Coaching w XXI wieku – czy musimy się poniżać?

Coaching w XXI wieku – czy musimy się poniżać?


XXI wiek to czas, który sprzyja śmiałym, ambitnym i dynamicznym. Sukces nie przychodzi sam – trzeba go sobie wypracować. Nie każdy jednak jest na tyle przebojowy, aby w dzisiejszym świecie poradzić sobie ze społecznym naciskiem oraz aktualnym tempem życia. Stąd właśnie wzięło się zapotrzebowanie na tzw. „coaching”. Interaktywne szkolenia dotyczą już zdrowia, kariery, relacji interpersonalnych i motywacji w praktycznie każdej dziedzinie życia. Brzmi to świetnie – skoro człowiek nie radzi sobie z pewnymi zadaniami lub oczekiwaniami rynku pracy czy biznesu, to czemu nie spróbować szkolenia, które być może pozwoli znaleźć w sobie te brakujące fragmenty układanki? Moda na coaching stała się też świetną nowiną dla ludzi, którzy zwęszyli w tym niezły interes. Jak mówi stare powiedzenie: „Ten, kto umie – robi, ten, kto nie umie – naucza”. W sieci pojawił się bardzo pouczający film pokazujący dość ekstremalną formę treningu interpersonalnego, w którym uczestnicy kursu biorący udział w ćwiczeniu mieli na wzajem wymierzać sobie policzki. I bynajmniej nie chodzi tutaj o metaforę agresywnej dyskusji, ale o dosłownie rozumiane rękoczyny. Wyłączając dźwięk, można odnieść wrażenie, że ogląda się budżetową wersję „Figth Club” z równie ekonomicznym Bradem Pittem. Film rozprzestrzenił się bardzo szybko i wywołał falę bardzo gorącej dyskusji. Najczęściej powtarzające się w niej wypowiedzi dotyczyły kwestii profesjonalizmu samego „coacha”, ale warto na tym fundamencie zadać sobie bardzo ważne pytanie: czy ucząc się trudów współczesnego życia, musimy się poniżać?

Trening interpersonalny czy ćwiczenia dotyczące asertywności zwykle zmuszają kursantów do zmierzenia się ze swoim strachem i wypłynięciem na głęboką wodę. Takie doświadczenie w kontrolowanych warunkach może być naprawdę odświeżające i skłaniające do zmian w życiu. Gdzie jednak leży granica takich praktyk? Większość internautów była bardzo mocno zniesmaczona „bokserskim” eksperymentem pokazanym na nagraniu i można podejrzewać, że niejeden sierżant-sadysta z wieloletnim stażem w koszarach skrzywiłby się na ten widok z niesmakiem. Można oczywiście bronić tej metody tłumacząc, że chodziło o wyrazisty (żeby nie powiedzieć – mocno odczuwalny) przykład, że otrzymywanie ciosów może motywować tak samo, jak osiąganie sukcesów. Jednak zadaniem dobrego trenera nie może być naruszanie godności osobistej czy nietykalności cielesnej. Jeżeli ktoś twierdzi, że to po prostu najbardziej dosadny i zrozumiały dla każdego przykład, to warto się zastanowić, czy warto szkolić osoby, które nie rozumieją innych, mniej bolesnych metafor? Bo może się okazać, że dojdzie do sytuacji, gdy na rozmowach kwalifikacyjnych garnitur zastąpiony zostanie sportowymi spodenkami i parą rękawic bokserskich. Agresywne zachowania w biznesie to już wystarczająco poważny problem etyczny, by dobudowywać do niego jeszcze aspekt realnej agresji. I nawet jeżeli takie ćwiczenie może komuś pomóc – bo nie można wykluczyć, że i tacy ludzie są wśród nas – to jednak warto trzymać się pewnych standardów. Tak, aby nikt nie musiał przychodzić na szkolenie i pytać w drzwiach: Przepraszam, czy tu biją?

Sebastian Banasiak