Nie musisz wierzyć w siebie!

Nie musisz wierzyć w siebie!

opublikowane w Najnowsze Wpisy, Psychologia | 1

„Uwierz w siebie”

„Pokochaj siebie”

„Jesteś wyjątkowy”

„Liczy się tylko to co sam o sobie myślisz”

„Kochaj siebie na pierwszym miejscu”

„Warto czasem byś samolubnym”

Współczesny świat bombarduje nas tymi i podobnymi hasłami. Mamy być dla siebie najważniejsi, asertywni, zawsze myśleć o sobie dobrze, a nawet…być egoistyczni. Powstały termin pozytywny egoizm mówi o utrzymywaniu koncentracji na sobie, dbaniu o siebie i śmiałym zajmowaniu centralnej pozycji w swoim własnym świecie. Choć świat uczy, by ego stawiać na piedestale,  często wcale nie jest nam ze sobą dobrze, szukamy akceptacji innych, jesteśmy niewolnikami ich pochwał. Słyszymy, że dzieje się tak, bo za mało kochamy siebie i mamy niskie poczucie własnej wartości. Czy jednak zbudowanie wysokiego poczucia własnej wartości i uwierzenie w siebie sprawiają, że jesteśmy szczęśliwsi? Okazuje się, że nie.

Skąd ta obsesja?

Idea rozwijania poczucia własnej wartości obiecuje nam wiele: ma odpowiedzieć na pytanie ile jesteśmy warci, nadać sens naszemu życiu. Zbudowanie wysokiej samooceny ma prowadzić nas do sukcesu, zapewnić udane relacje z innymi, sprawić, że dobrze będziemy czuć się ze sobą,jednym słowem-ma dać nam szczęśliwe życie. Na całym świecie powstają ruchy, kursy, szkolenia i książki o tym, jak zwiększyć poczucie własnej wartości czy podnieść samoocenę. Książki motywacyjne przekonują nas, że jesteśmy wyjątkowi i możemy wszystko, wystarczy uwierzyć w siebie. Warto jednak zapytać, czy to się sprawdziło? Czy obietnice zostały spełnione? Czy zachęcając ludzi, by cenili i kochali siebie, uzyskuje się oczekiwany efekt?

Za sprawą edukacji terapeutycznej i wprowadzenia koncepcji poczucia własnej wartości do programów nauczania w USA, odnotowano znaczny wzrost poczucia własnej wartości u dzieci i nastolatków. Badania (dr Jean M. Twenge, 2006) pokazują, że nastolatkowie, którzy zostali poddani testom, uznają się za atrakcyjnych fizycznie, bardzo inteligentnych, odpowiedzialnych. Chętnie zgadzają się z takimi stwierdzeniami jak: jestem ważną osobą, z łatwością przychodzi mi manipulacja innymi, domagam się należnego mi szacunku, zawsze postępuję właściwie. Twenge zbadała, że budowanie wysokiej samooceny wiąże się z większą pewnością siebie, asertywnością, rozczeniowością oraz brakiem empatii.  Twierdzi ona także, że dzisiejsi młodzi Amerykanie są bardziej nieszczęśliwi niż kiedykolwiek wcześniej.

Badania pokazują, że zwiększanie poczucia własnej wartości nie ma pozytywnych efektów w dziedzinie edukacji, za to otrzymano negatywne wyniki w sferze zdrowia psychicznego. Brak też pozytywnego wpływu na przystosowanie społeczne czy tworzenie zdrowych związków międzyludzkich. Co więcej, wielu psychologów obwinia ruch poczucia własnej wartości o tworzenie negatywnych tendencji społecznych takich jak: rozwój kultury celebrytów, roszczeniowość, egoizm i narcyzm. Próby poczucia się dobrze we własnej skórze z reguły wzmagają niepokój, zamiast go leczyć. Dzieje się tak dlatego, że wysiłek wkładany w starania o uniezależnienie się od opinii innych prowadzi do powtarzania starych nawyków, do których należy porównywanie się oraz chęć zdobycia akceptacji.

Po co nam wysoka samoocena?

Psychologiczna szkoła upowszechniająca teorię opanowywania trwogi zainspirowana badaniami Ernsta Beckera, uczy, że poczucie własnej wartości jest psychologiczną obroną przed niepokojem egzystencjonalnym. Łudzimy się iluzją wysokiej wartości po to, by odsunąć od siebie myśl o tym, że jesteśmy nieistotni i w końcu przeminiemy. Jednak, jak twierdzi Becker, budowanie wysokiej samooceny nie pomaga w pozbyciu się tej metafizycznej niepewności.

Psycholog Albert Ellis potępia ideologię poczucia własnej wartości, twierdząc, że jest ona bezmyślna i absurdalna. Uważa on, że powinniśmy oceniać nasze cechy i zachowania, nie zaś siebie w pojęciu ogólnym. Należy więc rozwijać pewność swoich umiejętności, a nie pewność siebie. Ellis proponuje rozwiązanie, by przestać użalać się nad sobą, wydając ogólne sądy o sobie, a skupić się na rozwijaniu swoich mocnych stron w poszczególnych dziedzinach. Uważa on, że ideologia poczucia własnej wartości oferuje nam filozoficzną pustkę. Człowiek składa się z setek indywidualnych cech, które prowadzą do różnorodnych – dobrych lub złych – działań. Próba szufladkowania siebie ze względu na ogólną ocenę naszej osoby jest wg niego nielogiczna. Zamiast dążyć do całościowej oceny pt. jestem super, czy jestem nic niewart, postarajmy się oceniać tylko swoje poszczególne zachowania.

Martin Seligman – twórca psychologii pozytywnej twierdzi, że samochwalenie się jest bezcelowe i niemalże nieuczciwe. Odrzuca on ślepy optymizm i utarte przekonania typu: jestem wyjątkowy, każdego dnia staję się lepszy, twierdząc że człowiek powinien uczyć się myśleć realistycznie o życiowych przeciwnościach, a nie poddawać się ulotnemu optymizmowi autoreklamy. Psychologowie przeciwni skupianiu się na budowaniu poczucia własnej wartości uważają, że realistyczne spojrzenie na własną osobę jest niezbędną częścią prawidłowego rozwoju zdrowia psychicznego. Nie odrzucają oni potrzeby budowania właściwego obrazu siebie.

Wiele czasu spędzamy na analizowaniu swoich odczuć, ocenianie tego, jak jesteśmy postrzegani i porównywaniu się z innymi. Życie staje się wówczas sinusoidą niespokojnego egocentryzmu – po chwili dumy i zadowolenia, kiedy udaje nam się sprostać oczekiwaniom, następują chwile załamania i wstydu, kiedy napotykamy niepowodzenia. Co wtedy, gdy obiektywna ocena naszego zachowania nie pozwala nam myśleć o sobie dobrze? Według Glynna Harrisona, profesora psychiatrii, mamy zaprzestać  osądzania całej swojej osoby, nie oceniać siebie w kategoriach dobry, zły, wartościowy, niewartościowy. Powinniśmy umieć odnieść się do swoich konkretnych zachowań, słabości, wad i uświadomić sobie ich przyczyny. Zamiast karać się w obliczu porażki, użalać nad sobą i próbować chronić swoje ego, myśląc o sobie, że i tak jesteśmy super i udowadniać,  że jesteśmy lepsi od innych, powinniśmy okazać sobie współczucie, cierpliwości i wyrozumiałość. W towarzystwie tych emocji i akceptacji tego, że nie jesteśmy idealni, mamy podjąć wędrówkę samodoskonalenia się, wykraczającą ponad nasze ego. Warto bowiem czasem przestać koncentrować się wyłącznie na swoim Ja i spojrzeć na rzeczywistość szczerzej – poza nas samych.

A co Wy o tym sądzicie? Czy uważacie, że wysokie poczucie własnej wartości i wysoka samoocena są nam potrzebne do bycia szczęśliwym? Czy można odnieść sukces, mieć udane relacje z innymi i czuć się ze sobą dobrze, nie będąc pewnym siebie i nie koncentrując się na sobie w pierwszej kolejności?

  • Marcin

    Bardzo dobry artykuł. Nie sądziłem, że znajdę więcej ludzi z podobnym podejściem na temat „kołczingu”.
    Ludzka motywacja jest niezmiernie ważna, a potęgowanie tej motywacji powinno być najważniejszym celem wszystkich, którzy zajmują się w jakikolwiek sposób kształtowaniem ludzi. Czy jest to trener na siłowni, nauczyciel w szkole, rodzic w domu, przełożony w pracy, dowódca drużyny w wojsku czy trener personalny, wszyscy oni powinni motywować ludzi. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że z tej całej grupy ludzi, to właśnie trenerowi personalnemu, nazywanemu przeze mnie dalej „KOŁCZEM”, zależy, żeby ci ludzie przyszli do niego znów i znów i znów, płacąc przy tym niesamowite pieniądze, rodzi się pytanie, czy kołczowi na pewno zależy na tym, żeby człowiek był coraz lepszy i nauczył się pracy nad sobą. Człowiek, który osiąga stan wyczekiwany przez kołcza, czyli stan „jestem debeściakiem”, przestaje nad sobą pracować. No bo po co nad sobą pracować, skoro JESTEM NAJLEPSZY, WIERZĘ W SIEBIE, JESTEM WYJĄTKOWY I KOCHAM SIEBIE? W związku z tym, że świat niezmiennie pędzi do przodu, rozwija się, tenże człowiek, przestając nad sobą pracować, zaczyna odstawać od pewnego poziomu. Przestaje spełniać targety, zaczyna być po prostu słaby. I co wtedy robi? IDZIE DO KOŁCZA! Tym samym wpada w błędne koło, wydając przy tym niesamowite pieniądze i powodując w swoim wnętrzu emocjonalną huśtawkę. Błędne koło w postaci dołek-kołcz-debeściak-samouwielbienie-targety-dołek-kołcz-debeściak itd…
    Aby zrozumieć problem, warto spojrzeć na sposób szkolenia jednostek specjalnych. Tam trenerzy nie wmawiają kursantom, że są debeściakami (czasem wręcz przeciwnie :D). Tam nie utwierdza się ludzi w przekonaniu, że są najlepsi, że muszą wierzyć w siebie. Tam wyciąga się z ludzi ich mocne strony, ukazuje słabości i daje instrumenty, aby ze słabościami pracować, a w mocne strony wierzyć. Dlaczego tak, skoro łatwiej jest wmówić człowiekowi, że jest najlepszy? Bo „bycie najlepszym” to tylko krok do popełniania błędów. Do przekonania o własnej nieomylności. W korporacji przekonanie o własnej nieomylności może spowodować co najwyżej niespełnienie targetu. W wojsku czy policji może spowodować śmierć operatorów, zakładników bądź cywili.
    Dlatego moim zdaniem najważniejsze jest, aby zmotywować człowieka do pracy nad sobą, żeby uwidocznić jego mocne strony, ukazać słabości i dać instrumenty, aby nad słabościami pracować. Należy dążyć do ideału, jednak, paradoksalnie, tego ideału nigdy nie osiągnąć. Trzeba sobie stawiać coraz to wyższe poprzeczki, coraz to wyższe cele, tylko w ten sposób będziemy coraz lepsi. A jeżeli chociaż raz staniemy i powiemy „jestem najlepszy”, to właśnie przegraliśmy wyścig. Dlaczego? Bo stanęliśmy, a świat pognał dalej. 😉