Bohaterka zyskała motywację do wielkiej…


Bohaterka

 

Graf3

Mieszkanie było raczej ciasne. Ot, 30 metrów, w tym maleńka łazienka i pokój z
aneksem kuchennym tuż przy drzwiach. Obok okna pokoju stała mała toaletka, o
której pani z komisu powiedziała, że jest w eklektycznym stylu. Tuż za toaletką
stało wąskie drewniane łóżko, pokryte patchworkową narzutą. Narzuta ta wykonana
została z taką dokładnością, że trudno było dostrzec miejsca szwów. Wzór na niej
był dość dziwaczny: z jednej strony piękny i romantyczny, z drugiej pewna
jesienność sprawiała, że czuło się jakiś niewyjaśniony smutek, a może tylko
spokój. Naprzeciw okna, dokładnie przy łóżku, znajdowały się drewniane drzwi.
Jakimś cudem udało się tak połączyć wszystkie odcienie drewna, że wzbogacało to
ostateczny wygląd pomieszczenia zamiast wprowadzać chaos. Może to zasługa
jasnego dywanu o długim miękkim włosiu, a może przygaszonego światła witrażowej
lampy stojącej na biurku po przeciwnej stronie,przy oknie. Kathrin uwielbiała
siedzieć naprzeciw okna i obserwować czerwieniejące niebo nad kamienicami Nowego
Miasta. Siadywała na swoim eklektycznym krześle, przy równie eklektycznym biurku
z sekretarzykiem, bodaj XIX-wiecznym, lub w wielkim fotelu, w którym uwielbiała
się zatapiać okryta pledem, gdy wyjmowała swą namiastkę komputera.
Powiedziałby ktoś, że komputer nie pasował tu wcale, jednak byłaby to zupełna
nieprawda. Klawisze miał w kolorze orzecha, a obudowa była naprawdę drewniana.
Ciemne i jasne odcienie różnych gatunków drewna układały się w gałęzie bluszczu.
Taka przysługa znajomego. Klik-klak! Zamek w drzwiach zatrzeszczał i drzwi
zaskrzypiały, otwierając się pod naporem obładowanej pakunkami kobiety.
– Ożeż ty, gdzie to położyć?! Och, ten stół to żart! – Kathrin wypakowała
warzywa i kilka mrożonek do maleńkiej lodówki. Chyba była dość zmęczona, gdyż
nie planowała żadnego gotowania dzisiejszego popołudnia. Bułka i kubek
waniliowego serka często stanowiły jej posiłek. Ser. Ser ma w sobie pewną moc.
Nieważne czy twardy, czy miękki, czy twaróg, czy pleśniak. Ser zawsze zasługiwał
na miejsce w jej lodówce.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie Kathrin robiła po przyjściu z pracy, było
właśnie jedzenie, by zaraz potem wypakować swe cudo techniki i połączyć się ze
światem.

W tak małym mieszkaniu mały komputer świetnie się spełniał. Lekki, poręczny jak
książka netbook mieścił się w torbie i nie zawalał całego biurka.
Dryń, dryń! – rozległ się dzwonek Skype’a. Szybkim ruchem Kathrin odebrała
rozmowę.
– No, jesteś! Nie mogłem się doczekać. Gość był zachwycony. Dwa lata szukał tej
książki, a ty ją znalazłaś w miesiąc i do tego udało ci się ją kupić. Przeleję
ci połowę mojej prowizji.
– Dzień dobry, Warlord. Też miło cię słyszeć. Zaprawdę jesteś mi winien. To
rzadka książka. Jest ich niewiele, a ci, co mają egzemplarz, niechętnie się ich
pozbywają. Ale nic mi nie przelewaj. To była przysługa. Oddasz mi kiedyś.
– Nie przeciągaj malutka. Ja już żyję na kredyt.
– Jak rehabilitacja?
– Bardziej boli płacenie niż ćwiczenie, ha, ha, ha.
– Widzisz, potrzebujesz kasy, a ja daję radę. Zawsze jest jakaś książka do
znalezienia. Pracy mi raczej nie braknie. Przysługi przyjaciela jak na
lekarstwo.
– Myślę, że wielu ludzi wisi ci takie przysługi.
– Dzięki nim wiele znalazłam. Nie wysługuję się Fenicjanom Warlord. Przysługa za
przysługę. Kasę biorę tylko od obcych, bo muszę z czegoś żyć, ale w moim świecie
pieniądze nie mają wartości – Kathrin przełknęła kolejny kęs bułki.
– Ile Warlord dasz za zaufanie? – ciągnęła dalej.
– Nie wiem. Każde ma inną cenę – zastanowił się.
– A za moje?
– Na Twoje mnie nie stać – roześmiał się chłopak.
– W naszej pracy walutą są przysługi i zaufanie. Pieniądze się rozchodzą
szybciej, niż myślisz, a ten kapitał rośnie z czasem.
– Masz rację. Jak zwykle. Jesteś jedyna na świecie. Takich już teraz nie robią.
– Ha, ha, ha – wypowiedź chłopaka naprawdę ją rozbawiła. – Dzięki, Rycerzu.
Zawsze podnosisz mnie na duchu. Kończę już. Idę wcześniej spać, a chcę jeszcze
poczytać.
– Niech zgadnę. Na wszystkie Białe Kruki, na wszystkie rzadkie opowieści, ciągle
czytasz tę jedną serię, która jest wszędzie i trąci myszką. Kobieto! Od
ekranizacji minęły lata świetlne.
– Nieważne. To arcydzieło. Nie ma znaczenia, ile ma lat. Ważne, że znikają tam
wszelkie troski. Nie ma rachunków, ludzi szukających książek, by je mieć, a nie
czytać i nie ma pana Borowskiego, rozliczającego mnie ze wszystkich kosztów w
szczegółach. No i jego synalka z przerośniętym ego – w oczach dziewczyny
pojawiła się czysta, szczera pogarda.
– Ten łobuz jeszcze cię zaczepia?
– Modne ciuchy, fura jak mało która, a ciało z najlepszego gimnazjonu w mieście.
– A mózg z największego zoo – dokończył obruszonym głosem chłopak. – Czego on od
ciebie chce?
– Na chorą ambicję chyba nie ma leków – Kathrin uśmiechnęła się. – Muszę
biec.Rano lecę do Pragi. Mam tam przeszukiwać antykwariaty i spotkać się z panem
Haškiem. Cieszę się, że zastałam cię w niezłej formie.
– Pa, maleńka! Nie zamęcz dziś tych swoich elfów.
– Pa, wojowniku! Nie przegraj, zanim wrócę.
Kathrin znała Warlorda od kilku lat. Zawsze był chory, ale wówczas choroba
jeszcze nie postępowała tak szybko. Świetnie za to przeszukiwał archiwa
wszystkich bibliotek świata. Podobnie jak Kathrin miała wiele znajomości wśród
antykwariuszy, on wszędzie miał kogoś, kto mówił takim czy innym językiem i
działał przez Sieć. W tym fachu znajomość języków bardzo pomaga, a jeszcze
bardziej znajomość różnych ludzi: kolekcjonerów, antykwariuszy, inwestorów.
Kathrin za to kiepsko posługiwała się komputerem. Nie to, żeby nie radziła sobie
z jego obsługą, to robiła świetnie, ale nie umiała zaglądać to tu, to tam, tak,
by nie zostawiać oczywistych śladów. Warlord nigdy nie używał swych
umiejętności, by komuś zaszkodzić, o nie! Po prostu chciał wiedzieć, gdzie dany
wolumen się znajduje i na co liczy jego właściciel. Taki na ogół miał sumę
ubezpieczenia w zaszyfrowanym folderze czy skany innych ważnych dokumentów. Ta
pomoc była dla Kathrin bezcenna. Choć Warlord nigdy nie przyznał się, jak
dokładnie zdobywał różne informacje, kobieta nie nadużywała jego przysług.
Zwykle brała je w proporcji jedna do trzech: za trzy załatwione książki dla jego
klientów, kilka skromnych informacji o wyjątkowo ważnych egzemplarzach bądź ich
właścicielach. Nic wielkiego, po prostu o tym, co lubią, gdzie spędzają wakacje,
czy są w potrzebie, czy nie jest to dobry moment na oferty.

Kathrin nigdy nie zniżyła się do szantażu bądź wydania jakiejkolwiek informacji
o kliencie. Godność. Jeśli ktoś nie ma godności, a szczególnie kobieta, w
zasadzie może nie istnieć. Te sprawy dla niej były szczególnie ważne. Kobieta
musi znać swoje miejsce. Nie jest to żadna szowinistyczna teoria. Kobiety, jak i
mężczyźni,sami obierają swoje ścieżki. Ważne, by z obranej ścieżki nie schodzić
z byle powodu, by zachować swój wewnętrzny szkielet, który pozwala ci trzymać
się z wysoko podniesioną głową. I zasady. Zasady, jakim hołdowała, były niestety
dość rzadko spotykane w tym świecie. Może właśnie dlatego, a może również
dlatego każdej nocy podróżowała do Śródziemia. Śródziemia z okresu przed Wojną o
Śródziemie. Tą ostatnią. Tak jak w książce. Och, mimo całego niebezpieczeństwa,
a przecież nie szczególnie większego od panującego na ulicach wielkiego miasta
po zmroku, tyle piękna! Jeden dzień wśród pagórków i łąk z tak zieloną trawą i
tak soczystą, te białe i żółte pokrywające je kwiaty, te drzewa, wielkie i
potężne, że kolumny Koloseum wyglądają przy nich jak zapałki. Takich nie ma w
żadnym lesie w całym kraju.

Najtrudniej chyba wyobrazić sobie powietrze bez spalin i fabrycznych odorów. Jak
pachnie takie powietrze? Czy w Śródziemiu jest kurz? Ta myśl dopiero ją
rozbawiła, gdy wyobraziła sobie dostojnych elfów śmigających po dworze Elronda z
piórami w ręku.
Ten świat nie miał w jej oczach wad. Rozumiała motywy każdego stworzenia,
szanowała takich ludzi, jak Boromir czy Eomer, chyliła także czoła przed
Faramirem, do którego miała szczególną słabość ze względu na to, że mimo pozycji
gorszego syna, nigdy nie uległ rozpaczy czy buntowi, a zawsze stawał na
wysokości zadania, zawsze chciał wszystko zrobić lepiej, mimo że liczenie na
szacunek ojca, hm…, to jak liczenie na upał w grudniu. No i w chwili próby
poszedł za wewnętrznym przekonaniem, mimo że mógł przypodobać się ojcu posyłając
mu Froda z pierścieniem. No i Aragorn. Z kompleksem genetycznym, a jednak ponad
swoje słabości. Bardzo godne szacunku. Kobiety dostojne i piękne, no i elfowie.
Nie malutkie, skrzydlate krasnale z bajek Disney’a, ale silne, piękne,
jaśniejące istoty, które w jej oczach były raczej ekwiwalentem biblijnych
aniołów niż następnymi dziwakami po wszelkich orkach, czarodziejach, entach czy
niziołkach na ziemi. Także samo ich pochodzenie, znane z kart „Silmarillionu”,
dodawało im magii. Takim nie można było się oprzeć.

Pobyt w Pradze był udany. Piękna, słoneczna pogoda sprzyjała spacerom po Moście
Karola i przechadzkom po Starym Mieście. Otworzyli tu sporo restauracji od
czasu, kiedy była tam ostatni raz. Właśnie w jednej z nich umówiła się z panem
Peterem Haškiem. Usiadła przy oknie, by patrzeć na ulice pełne spacerujących
ludzi.
– Dzień dobry pani.
– Och, dzień dobry! Cieszę się, że już pan jest – wyrwała się z zamyślenia.
– Pogoda jest tak piękna, że nie sprzyja interesom. Człowiek zapomina się w
blasku słońca odbijającego się od Wełtawy.
– To piękna rzeka. Szedł pan pieszo?
– Mostem Karola. Wie pani, że to najstarszy most kamienny o takiej rozpiętości
przęseł?
– Wiem, wiem. Wiem nawet, że Karol IV postawił go w XIV w. na miejscu innego
kamiennego mostu z XII w. I że wbudował kamień węgielny o 5:31 rano. Pamiętam tę
magiczną godzinę, ale nie datę, ha, ha!
– Wie pani więcej, niż oczekiwałem po obcokrajowcu.
– Dobrze, gdy sąsiedzi się znają i szanują, panie Hašek.
– Reprezentuje pani mój pogląd na tę sprawę. Cieszy mnie to. Książkę, po którą
pani przyjechała, trzymaliśmy w naszej rodzinie od kilku pokoleń. Nie
spodziewałem się, że przyjdzie czas, kiedy będę musiał ją sprzedać. Gdyby moja
żona mogła wyzdrowieć bez tej operacji… – mężczyzna załamał głos.
– Książka, która może przywrócić życie, to bardzo szczególny wolumen. Chce ją
kupić bardzo godna osoba, panie Hašek. Przykro mi nabywać tę książkę w takich
okolicznościach, ale proszę mi wierzyć – Kathrin ujęła w dłonie rękę mężczyzny –
proszę mi wierzyć, że gdyby coś stało się pańskiej żonie, bo nie sprzedał pan
tej cennej pamiątki, znienawidziłby pan ją z całego serca, a ten wolumen nie
zasługuje na to.
– Pięknie to pani ujęła. Nie chcę nienawidzić żadnej z książek, a i świat bym
sprzedał, by moja Hanka nadal burczała na mnie z kuchni. Jest pani bardzo
wrażliwą kobietą. Z dużo mniejszym bólem rozstanę się z tą pamiątką.
– Panie Hašek, wiem co nieco o panu. I wiem, że pana własne życie pisze znacznie
piękniejszą opowieść niż większość książek, jakie przeszły przez moje ręce.
– Jest pani bardzo miła. Nie chcę jednak przedłużać tej niełatwej chwili.
Proszę, oto książka.
– Och, jest pięknie zachowana! Zawsze lubiłam te piękne zdobienia. Tyle miłości
i uwagi ludzie niegdyś dawali książkom. Teraz zarówno pisanie książek jak i
introligatorstwo to częściej rzemiosło niż sztuka, i to w najróżniejszym
wydaniu.
– To prawda, sam szukam dobrego introligatora dla kilku dzieł.
– Proszę, to pański czek. Odnośnie introligatora odezwę się. To rzadki talent,
ale znam kilka nazwisk.
– Och, byłoby to nieocenione, pani Kathrino.
– Taka przysługa będzie dla mnie honorem, panie Hašek.
– Jest pani niezwykła – roześmiał się mężczyzna wstając od stolika. – Kto dziś
pamięta o honorze?
– Pan na pewno. Zadzwonię za kilka dni. Upewnię się, że introligator jest wolny
i się zgodzi.
– Miło było znów panią spotkać.
– Proszę pozdrowić żonę.
– Na pewno. – Starszy mężczyzna odwrócił się, wyszedł i skierował w stronę Mostu
Karola. Kathrin długo patrzyła na znikającą postać. To niesamowite, że pan po
siedemdziesiątce nadal zachowywał tak wyprostowaną, przystojną postawę.
Szczególnie, że jego kark tak często był łamany. No i taka miłość. „Miłość, dla
której sprzedałby cały świat” – rozmarzyła się Kathrin. Ona nigdy nie ulegała
uczuciom. Widząc tyle rozczarowanych kobiet, tyle niespełnionych marzeń, wolała
nie wkładać rąk do wrzątku. Jej miłość była inna, bezpieczna. Zawsze przecież
można się obudzić albo przewrócić kartkę książki. Nawet najbliższy, a w zasadzie
chyba jedyny prawdziwy przyjaciel, jakiego miała, a mowa tu oczywiście o
Warlordzie, mieszkał wystarczającą ilość kilometrów, a po jego mierze mil, od
Warszawy, że nie istniało ryzyko bezpośredniego spotkania. Nawet gdy była w
Londynie, wyjazd 80 km na zachód z miasta, by go odwiedzić, było dziwnym
zbiegiem okoliczności zawsze niemożliwe. Szczególnie, że jeździ się tam złą
stroną ulicy. Ach, ci Anglicy!
Powrót do domu zajął Kathrin jeszcze kilka dni. Musiała dowieźć książkę do
klienta i załatwić parę spraw po drodze. Kiedy mogła w końcu włożyć klucz do
zamka, była niezwykle szczęśliwa.

– Och, nareszcie w domu. Moja podłoga i moje ściany – w tym momencie stanęła na
zimnym rogu koperty. – Ach, oczywiście, i moje rachunki…
Włączyła komputer i weszła do łazienki. Kathrin jak nikt panowała nad czasem i
nie potrafiła złościć się drobiazgami. Fakt, że netbook otwierał się wieki całe,
każdą inną osobę sprowadziłby na podłogę w konwulsjach wściekłości z twarzą
ociekającą pianą, ale nie ją. Ona za drugim już razem zmierzyła czas pełnego
uruchamiania i od tego czasu nigdy nie czekała na to przy biurku. Zawsze można
było wziąć prysznic, przebrać się czy zrobić coś do jedzenia. Zarządzanie
czasem, to także zarządzanie jego brakiem. Coś tak niewartego uwagi, jak tysiące
obliczeń urządzenia, by zobaczyć na pulpicie tak doskonałe arcydzieło natury i
świetnych charakteryzatorów z Wety, z pewnością, wart jest znacznie dłuższego
czekania. Nawet Warlord nie wiedział, na co patrzy, gdy tylko otwiera komputer.
„Taka głupia jestem, jak nastolatka, to takie nierozsądne” – kobieta skarciła
samą siebie, stając w szlafroku przed biurkiem.
Kathrin przy całym swym rozsądku i profesjonalizmie była zupełnie beznadziejną
romantyczką, przy tym tak nieśmiałą, że nikt nie miał szans się o tym przekonać.
Zdjęła ręcznik z głowy i z wielką wprawą zaczęła wyciskać wilgoć z kasztanowych
włosów sięgających pasa. Odłożyła ręcznik i położyła końce palców na długich,
niemal białych włosach mężczyzny na ekranie.
– Za wysokie progi panno Kathrin, znacznie za wysokie…
Dryń, dryń! Rozległ się znajomy głos dzwonka.
– Poczekaj, Warlord. Wysuszę włosy. Zaraz do ciebie wracam – krzyknęła
podbiegając do łazienki.
– Nie spiesz się. Czekałem tyle dni, by cię zobaczyć, poczekam i ten kwadrans.
No dobra, dwa kwadranse. Pewnie z godzinę – z udawaną rezygnacją powiedział
chłopak.
– Daj spokój, tylko kilka minut – dobiegło go z łazienki.

Minuty dłużyły się jak godziny, a dni bez rozmów z Kathrin – jak lata. Jedyna
rozrywka odkąd z trudem już pisał, a uszy były jednymi z nielicznych organów
jakie nie szwankowały, to właśnie rozmowy z nią. Ból. Ten nieznośny ból. Jego
fale nadchodziły jak sztorm, a morze to nigdy nie cichło zupełnie. Choćby
dreszcz, zmarszczka w powiewie beznadziei zaciskała zęby w potężnym skurczu.
Mimo to nigdy, przenigdy nie pozwolił, by zobaczyła choć cień tego horroru w
jego twarzy, wyczuła w tonie głosu, nie mówiąc o jakimkolwiek narzekaniu. Kochał
ją całym sercem. Nigdy, przenigdy by się nie przyznał i nigdy na pewno nie
wzbudziłby w niej… Przecież i tak umiera, a ona i tak jest nie z tego świata.
Jej przyjaźń stała się dla niego na tyle bezcenna, że nie wyobrażał sobie, by
dzieliła czas i uwagę z kimkolwiek innym. Z drugiej jednak strony marzył, by,
kiedy on już odejdzie, nie była sama.

Oczy Kathrin były magiczne. Kiedy była szczęśliwa, kiedy zdobyła książkę, której
żaden poszukiwacz białych kruków zdobyć nie mógł, jej oczy nabierały barwy
szaroniebieskiej, tak czystej, jak skały wysokich gór w świetle poranka.
Błyszczały wówczas jak małe gwiazdki z dalekiej galaktyki. Kiedy jednak coś
przyćmiewało jej radość, zachodziły smutnym, zielonawym cieniem. Jak błoto. Nie
musiała nic mówić. Nie umiałaby nawet skłamać, gdyby w ogóle chciała się do tego
posunąć – oczy ją zdradzały. Ten matowiejący szarozielony cień. Zresztą, ona nie
kłamała. Twierdziła, że „człowiek, który nie ma odwagi wypowiedzieć własnych
słów, powinien milczeć. Inaczej sam depta swoją godność i do nikogo już żalu
mieć nie może”. Nie to, żeby się wywyższała. Mimo tych wszystkich zasad i
moralnego kręgosłupa, mimo chowania się za lodową maską profesjonalizmu,
zdejmowaną jedynie dla ludzi szczególnie szanowanych, sama siebie z
niezrozumiałych zupełnie przyczyn miała za nic. Może dlatego, że zupełnie nie
pasowała do tej epoki, a może z innych przyczyn, których na pewno nikomu nie
wyjawi. Nigdy nie podała nikomu swojego adresu. Nigdy nie pozwoliłaby, by można
jej było dać jakikolwiek prezent. Sam Warlord w desperacji ostatnich świąt
doładował jej komórkę na kartę, by mieć jakiekolwiek poczucie obdarowania
ukochanej przyjaciółki. Była jak ogień. Silna, jasna i gotowa spalić wszystko na
drodze, co jej zdaniem było złe i niegodne. Z drugiej strony potrafiła być czuła
i wierna jak pies. Lojalna i wrażliwa. Serce miała z czystego złota najwyższej
próby. Nawet temu nadmuchanemu pajacowi, a mowa tu o jej szefie, który miał dość
kasy, by pokrywać koszty jej poszukiwań, szczególnie, że zwracały się wielokroć,
nawet więc temu bufonowi, kiedy zachorował na serce, zamiast poczekać, aż
spokojnie wykituje i uwolni ją od swej wrednej gęby, załatwiła najlepszego
kardiochirurga w kraju. Postanowił wówczas, że da jej premię w podziękowaniu, co
tak obraziło jej szczere uczucia, że odesłała mu całą kwotę na konto z
wiadomością: „Wartość pańskiego życia wyceniłam tak wysoko, że żadna kwota
wyrażona w pieniądzach nie byłaby w stanie tego pokryć”. Tuman nie pojął
przebiegłej aluzji, a przyjął wiadomość za gest najwyższego szacunku i
uwielbienia. Nic jednak nie zgasiłoby jej ducha. Nie jej. Choćby niebo zapadło
się nad nią, ona znalazłaby siłę w swoim świecie marzeń. Uciekłaby gdzieś w te
gęstwiny lasów po radę do pięknej Złotej Jagody, a może innej magicznej istoty.
Czasem podejrzewała, że to, co kocha w tej książce najbardziej, to nie istoty i
wydarzenia, ale czysty kraj, szeroki i piękny, w którym znajdowała to, co
najbardziej kochała na świecie – wolność. Sam fakt, że mieszkała w Warszawie,
był nieporozumieniem. Śpiewający w liściach bieszczadzkich kniei wiatr trafniej
by wskazał jej lepsze mieszkanie niż wielkomiejska wrzawa, wielkie, ciasne
blokowiska i wszędzie unoszący się kurz. Nawet Starówka to było zbyt wiele.
Nienawidziła i betonu, i asfaltu, i hałasu. Hałasu chyba najbardziej. Hałas
rozrywa mózg, zagłusza najcichsze szepty serca. W hałasie nie można być sobą,
przeszywa umysł i duszę jak miecz i męczy jak ciężka bitwa.

Słońce powoli zachodziło. Niebo zasnuwało się ciepłem czerwieni, jak kołdra
okrywająca świat przed nocą. Czas wytchnienia.
– No, już jestem. Co u ciebie?
– Ano, pasmo niekończących się sukcesów. Sam nie wiem, jak sobie z nimi radzić.
Wczoraj uniosłem do ust herbatę i sam ją wypiłem.
– Rehabilitacja działa, jak widzę.
– O, jeszcze jak! Jack jest sadystą z upodobania. Nie odpuszcza jeśli może kogoś
trochę podręczyć, szczególnie kiedy dostaje jeszcze za to kasę. Daję słowo, w
wiekach średnich byłby katem.
– Wiesz, taka pokusa. Płacili im całkiem nieźle, a i bardzo szanowani byli ci
goście. Nie narzekaj jednak. Każdy dzień, każda chwila, jaką od niego dostajesz,
jest warta tyle złota, ile ważysz, drogi przyjacielu. W tym momencie chłopak
nagle się rozłączył. Wysłał jeszcze po chwili krótką wiadomość, że cieszy się z
jej powrotu, ale coś mu komputer ostatnio nawala i musi chyba coś z tym zrobić.
Przez kilka następnych tygodni komputer Warlorda nie odzyskiwał kondycji, a
Kathrin rzuciła się w wir pracy. Zamówień zrobiło się dużo. Nie wszystkie
książki były białymi krukami, ale wyszukiwanie ich zajmowało sporo czasu.
Zbliżał się grudzień. Czas obdarowywania i bycia obdarowywanym. Kathrin nie
miała żadnej rodziny, z którą mogłaby obchodzić święta, a mimo to nie
przygnębiały jej one tak, jak innych samotnych ludzi. Kiedy ktoś ją zaczepiał
przy stoliku w kawiarni, zwykła odpowiadać: „Sama, ale nie samotna, proszę pana,
ten stolik jest już zajęty”. Po czym wracała do swej gorącej czekolady. Czemu
uważa się, że kobieta dobiegająca czterdziestki musi być zdesperowana? Myśl ta
nie zatrzymywała jej jednak na zbyt długo. Kochała rozświetlone białym światłem
dekoracje na Nowym Świecie, rozwieszone girlandy jakby błyszczącego śniegu.
Kochała magiczne chwile, gdy zapalały się stare latarnie w uliczce prowadzącej
ze Starego Miasta do Barbakanu. Stare kamieniczki, pełne ciepła światła w oknach
i te latarnie. Nie zimne, nowoczesne, wielkie lampy, ale starodawne, stylowe
światła, dające wrażenie, że tuż za rogiem spotka się dziewczynkę z zapałkami
prosto z kart Andersena. Tylko dlatego chyba znosiła to miasto, że miała
mieszkanko właśnie w tej jego części, części zachowanej z minionego świata.
Ulice Starówki są brukowane; od czasu do czasu słychać tu stukot kopyt i
skrzypienie kół przejeżdżającej z turystami dorożki. Tuż naprzeciwko lodziarni,
do której od lat ustawiają się zadziwiającej długości kolejki, choć wokół jest
kilka innych, znajduje się mała herbaciarnia w piwnicy jednej z kamienic. Podają
tam herbatę na wszystkie sposoby świata, a do herbaty pyszną porcję ciasta. To
jedno z nielicznych miejsc, gdzie Kathrin pozwala sobie na małe co nieco. W
witrynach sklepów połyskują już świąteczne lampki i przyozdobione drzewka. Tu
aniołek, tam Święty Mikołaj szerokim uśmiechem zaprasza do środka. Wszędzie
puszczają już wyłącznie kolędy i zaczyna się przedświąteczna gorączka.
Chyba właśnie ta atmosfera wzruszenia, ta przejmująca miłość, którą tylko w
święta bezpiecznie wypada okazywać, i ta zbliżająca się noc, kiedy niemal
wszyscy potrafią mówić do siebie ludzkimi głosami, zasiadając przy jednym stole,
tak ją poruszają. Nie martwi się tym, że kolację zje sama, gdyż – jak
powiedziała wcześniej – sama, ale nie samotna.

Tuż przed 20 grudnia zrobiło się luźniej. Ci, co zamówili książki z
wyprzedzeniem, mieli szansę otrzymać je przed Gwiazdką. Reszta i tak musiała
czekać do stycznia, bo po 20. grudnia ludzie zawodowo wrzucali na luz. Nie było
dużych szans, by jeszcze dobić jakiegoś targu. To był czas na spacery nad Wisłą,
na ciepły pled przy książce, na muzykę. Tu Kathrin znów zaskakiwała gustami.
Wśród ukochanej muzyki klasycznej i filmowej często zdarzało jej się słuchać
Wielkiego Freddiego, jak go nazywała. Geniusz z głosem, który nigdy nie powinien
był umierać, a na pewno nie na AIDS. Kochała i teksty, i muzykę, a niektóre
piosenki znała na pamięć. Zdarzało jej się również w chwilach mocniejszego
wzburzenia włączać Metallicę, ale nieczęsto ulegała tak silnym emocjom. Tylko z
Nowym Rokiem przychodziła refleksja. Kolejny rok. Rok nieróżniący się od
poprzedniego i jeszcze od tego wcześniej. Dokąd prowadzi takie życie? Co
zobaczy, kiedy za kolejne 10, 20 lat obejrzy się wstecz? Praca, dom, dom, praca.
Czy na pewno o to chodzi? Te pytania były coraz trudniejsze i wywoływały coraz
większe rozdrażnienie i wewnętrzny bunt. W pokoju rozległ się powolny,
przerywany sygnał. Kathrin od tygodnia próbuje połączyć się z Warlordem, ale jak
dotąd bez skutku. Już chciała się rozłączyć, gdy nagle połączenie zostało
podjęte.
– Och, nareszcie! Co się z Tobą dzieje? Myślałam, że wyjechałeś – niemal
wykrzyczała, nie kryjąc zmartwienia. W tym momencie kamerka wreszcie zaskoczyła
i na ekranie zamiast znanej twarzy chłopaka zobaczyła starszą kobietę.
– Dzień Dobry. Mój syn wyjechał, panienko Kathrin. Jest w szpitalu. Zabronił mi
pani mówić, ale od jakichś dwóch miesięcy jest z nim gorzej. Znacznie gorzej –
Kathrin zamurowało, a kobieta nie powstrzymała łez. – Ja tak bardzo pani
dziękuję za tę przyjaźń, jaką go pani darzy. On już by dawno nie żył, gdyby nie
czekał każdego dnia na rozmowę z panią.
– Wspominał, że komputer mu szwankuje i że rehabilitacja mu pomaga – Kathrin
zaparło dech, gdy uświadomiła sobie prawdę.
– On by pani nigdy nie zmartwił i nie chciałby, aby pani była smutna. Nie
wybaczyłby mi też tej rozmowy, więc proszę mu nie mówić. Rehabilitacji już nie
ma. Oni wszyscy czekają, aż on umrze, a on jak ten uparty osioł trzyma się życia
tylko dla pani. By nie została pani na świecie sama. No i by mnie nie zostawiać.
– Czy on wróci ze szpitala?
– Nie, ale wróciłam do domu właśnie po ten komputer. Proszę do niego dzwonić i
nie przyznawać się, że pani wie. Proszę dla niego o te kilka chwil, które
zatrzymają go jeszcze na tym świecie.
– Nie musi mnie pani o nic prosić. Pani syn jest dla mnie jak brat. Zawsze się o
mnie troszczy, ale gdy trzeba, nie zostawia złudzeń. Nigdy nikogo takiego nie
miałam. Zadzwonię wieczorem. Nic nie powiem, obiecuję pani.
– Muszę kończyć. Dziękuję. Nie wiem jak się pani odwdzięczę.
– To ja mam dług, proszę pani. Proszę już iść i się nie martwić. Do widzenia.
– Do widzenia, aniele.

Kathrin opadła na krzesło i nie była w stanie się ruszyć. Jakby kolejny ork
przebijał ciało bliskiej osoby, wbijając topór w plecy jak tchórz. Tej sceny w
filmie nie mogła wybaczyć scenarzystom, choć z drugiej strony wiedziała, że
wielkiego wojownika nie da się zabić inaczej niż właśnie tak. I tak właśnie cios
za ciosem dostawała najbliższa jej osoba na świecie. Z tym nie mogła się
pogodzić. Wróg nie będzie przecież odbierał jej serca kawałek po kawałku. W
miejsce bólu i rezygnacji odczuła nagle taki gniew i furię niemal, że nie
wiadomo skąd, przyszedł jej do głowy nienormalny pomysł, iż jak uratuje swego
ukochanego Haldira na murach Helmowego Jaru, to w jakiś sposób uratuje i siebie,
i przyjaciela. Umierać po prostu nie wolno. Nie zanim dostanie się odpowiedzi.
Potworna bezsilność ustąpiła nagle przed wielkim rozbłyskiem nadziei, to znów to
małe światełko gasło wobec widoku własnej małości. Jak mogłaby zwalczyć potwory,
jak zniszczyć największą czarną siłę? Jak mogłaby się równać z wielkimi mężami,
jacy stanęli na tym polu chwały by przez życie lub śmierć odnieść zwycięstwo?
Niebo już dawno pociemniało, a księżyc z wyjątkowo czystego nieba oświetlał
przez okno jej twarz. W jego niebieskim blasku spływające po jej twarzy łzy
wyglądały jak małe diamenty. Nie odezwała się słowem, nie ruszyła nawet z
miejsca. Serce zaciskało się w jej piersi, a żołądek podszedł pod samo gardło.
„Walcz, wojowniku, walcz. Oddam ci swoje mięśnie, byś podniósł swój miecz w górę
jeszcze raz. Go Wagner, go!” podeszła do wieży i włączyła płytę. Waleczne rytmy
muzyki rozerwały ciszę na strzępy, a dziewczyna stała pośrodku ciemnego pokoju
wyprostowana jak struna, próbując jakoś swą postawą zaprzeczyć cieknącemu w
milczeniu z jej oczu potokowi niemocy. Nigdy nie dbała o siebie, ale teraz nie
mogła pokazać po sobie żadnej słabości. Muzyka brzmiała głośno i walecznie,
jakby mogła dodać sił lub życia tej jedynej na świecie istocie, której mogła
ufać. Po dłuższej chwili jednak ucichła. Kathrin obmyła twarz i wyjęła z lodówki
zimną Warkę. Nigdy nikt nie widział jej z piwem w ręku, gdyż uważała, że kobieta
przebywająca publicznie z alkoholem lub papierosem w dłoni wygląda ohydnie. A że
piwo świetnie gasi pragnienie, od czasu do czasu popijała je sobie do dobrego
filmu lub książki, ale wyłącznie sama, w domu. Tym razem jednak liczyła na
uspokajające działanie chmielu. Tuż przed ósmą była gotowa do konfrontacji. W
pokoju rozległ się powolny sygnał.

cdn.