Kathrin zaprosiła Warlorda  do krainy fantazji

Kathrin zaprosiła Warlorda do krainy fantazji


 Kathrin, to ty?

– Tak Warlord, masz coś z kamerką?

– Musiałem ją wyrzucić, ale znasz me obleśne oblicze, więc możemy pogadać bez kamerki.

– Jasne – dziewczyna udała, że kupuje bajeczkę. – Wiesz Warlord, postanowiłam, że muszę cię zabrać do mojego snu. Chcę ci opowiedzieć o beznadziejnym przypadku, jaki miał miejsce w Śródziemiu. Jak wiesz, często tam bywam.

– Wyjawisz mi wreszcie swoje tajemnice? Warto było dożyć takiej chwili – chłopak uśmiechnął się. – Ciekawe, co cię do tego skłoniło?

– Nie żartuj – oburzyła się. – Chcę, byś w końcu zrozumiał.

– Wiesz, Kathrin, że bardzo cię kocham. Jak kogoś bliższego niż siostrę, bo słyszałem, że siostry bywają wredne, a ty nigdy taka nie byłaś. Zawsze też chciałem wiedzieć, co się w tej twojej głowie roi, kiedy myślisz o tym innym świecie. Chciałbym, żebyś po mojej śmierci kogoś znalazła. Otworzyła się na ludzi, nie była samotna.

– Nie jestem samotna,Warlord.

– Nie żyjesz wśród prawdziwych ludzi. Nawet ja nie jestem do końca prawdziwy. Obiecaj mi, że jeśli los wyciągnie do ciebie rękę, chwycisz ją tym razem i nie będziesz się bała.

– Przestań.

– Obiecaj mi.

Kathrin opadła na krzesło i zamilkła na chwilę. Nigdy nie rzucała słów na wiatr.

– Obiecuję, mój przyjacielu, a ty możesz rzucić we mnie gradem z nieba jak nie dotrzymam obietnicy.

– Wierz mi, rzucę prosto w tą upartą głowę.

– No dobra. Zaczynamy? – Kathtin wzięła komputer do ręki, wskoczyła na łóżko układając się wygodnie i położyła urządzenie na toaletce obok, po czym, nie czekając na odpowiedź, zaczęła:

– Historia zaczęła się jakiś czas przed walką o Helmowy Jar. No właśnie, ja znam zupełnie inną wersję, niż pisze książka i niż widziałeś w filmie, przynajmniej odnośnie do jednej osoby.

– No to mnie zaciekawiłaś.

– Teraz milcz, ja będę mówić – skarciła go Kathrin. – Było to tak. Lato było w pełni, a ptaki śpiewały w oddali nad brzegiem Anduiny, u ujścia Celebranta. Nie wiadomo dlaczego, a może to tylko dziewczyna nie chciała wyznać bolesnej przeszłości, w lesie wśród drzew żyła samotnie młoda niewiasta, która tym razem zbierała czarne jagody, by móc wymienić coś co z nich robiła na inne potrzebne towary.

– Jak młoda?

– Wiek w Śródziemiu różnił się znacznie od wieku na naszej ziemi. Była więc młoda.

Od pewnego czasu była sama i chodząc po sobie jedynie znanym świecie, a przynajmniej tym jego kawałku, stroniła od ludzi i innych stworzeń, czując się dalece niegodna przebywania w towarzystwie tych, których podziwiała, a unikając tych, którymi gardziła bądź się ich bała.

Z miejsca na wzgórzu, nieco na południe od Srebrnej Żyły, za którą była kraina o dźwięcznej nazwie Kwiat Snu, często przyglądała się bezszelestnym patrolom szarych elfów po drugiej stronie rzeki. Rzeka ta stanowiła naturalną granicę ich terytoriów i rzadko przeprawiali się na drugą stronę, a i dziewczyna nie narzucała się śladami swojej obecności w sąsiedztwie. Była czujna jak sarna i umiała chodzić po lesie nie gorzej niż elfowie, a przynajmniej z tej wystarczającej odległości wierzyła, że nie mogli jej usłyszeć. Nosiła ciemną zieloną pelerynę, która nie odróżniała jej od tła leśnego, a że drzewa były dość gęste i dość jej przyjazne, ukrywały ją w swoim towarzystwie, z wdzięcznością szumiąc przy jej cichym śpiewie.

– Co to za miejsce ten Kwiat Snu, sama to wymyśliłaś?

– Och, nie! To tłumaczenie nazwy Lothlorien.

– Doprawdy? No proszę. A czy ta dziewczyna wyglądała tak jak ty?

– Nie, ta była naprawdę piękna. To dziewczyna o skórze białej jak pergamin, jak otwarta księga, której nikt nie odważył się zapisać. Postać jej lekka jak powiew wiatru, jej oczy zielone jak obrastający drzewa mech z północnej strony, a włosy jak opadające nici wodospadu na Nimrodel. Niemal białe, silne, a jednak tak miękkie, wijące się w długie loki i puszyste tak, że wiatr z łatwością rozwiewa je odkrywając zgrabną szyję. Talię miała wąską, palce długie jakby grała nimi na strunach pajęczych nici. Usta niczym bladokoralowa mgła zasłaniały śnieżne perły jej zębów. I głos, Warlord. Głos dźwięczny jak muzyka świtu. Głos tak kojący, jak woda dla wygnańców pustyni. Nie odkrywała jednak swej urody. Włosy splatała w długi, jedwabny warkocz, a ubierała się w długie spodnium uszyte z delikatnej skóry, jaką dostała kiedyś od wędrowca, któremu uratowała życie znajomością leśnych darów.

– Jak?

– Był głodny, a bał się zjeść czy owoce, czy grzyby z obawy przed zatruciem. Było to poprzedniego roku. Nakarmiony i wypoczęty, ruszył w dalszą drogę na południe pozostawiając jej ten cenny dar.

– Spodnium, cóż to takiego?

– Ach, mężczyźni! Dziewczyna żyła w surowych warunkach. Spódnica by się nie sprawdziła, a spodni kobiety tam nie zakładają. Uszyła więc strój, który wygląda jak suknia gdy stoi, ale mogła dosiąść w nim konia jak mężczyzna, co pozwoliło jej szybko się przemieszczać.

– I elfowie nie wyczaili konia?

– Konia ukrywała na małej polance, kilka stadiów na południe. Poza tym, nie powiedziałam, że elfowie o niej nie wiedzieli, a że ona w to wierzyła.

Zbierała i suszyła grzyby i zioła. Owoce przerabiała na soki lub konfitury i jako takie woziła na południe. Nie poruszała się głównymi traktami, by jej nikt nie zauważył, lecz tylko sobie znanymi drogami. Żyła tam na tyle długo, że znała różne ścieżki i wiedziała, gdzie na kogo się nie napatoczyć. Była ostrożna. Tuż za lasem Fangornu, tuż przy Zaklętej Kotlinie stacjonowali żołnierze Rohanu. Od kilku lat handlowała z nimi wymieniając swe zbiory na tkaniny czy naczynia, które miały zły zwyczaj się tłuc od czasu do czasu. Przekazywała też im wiadomości o tym, co działo się po drugiej stronie lasu, czy widziała jakieś oddziały podążające w stronę Mordoru albo z jego kierunku. Za te zawsze prawdziwe wieści pozwalali jej odchodzić wolno. Dawno się przekonali, że wróg nic o nich nie wie, więc dziewczyna nie mogła działać na dwa fronty. Kiedyś, za pierwszym razem, śledzili ją i obserwowali przez kilka tygodni. Dziewczyna dokładnie wiedziała, gdzie są i kiedy odeszli.

– Czemu wybrała takie mieszkanie, sama w tak niespokojnym miejscu?

– By patrzeć na Kwiat Snu w stronę Caras Galadon. Wieczorem wiatr znad Lothlorien przynosił jej pieśń elfów tak piękną i zachwycającą, że siadała przy swoim ulubionym drzewie i słuchała z zapamiętaniem. Kochała elfów. Podziwiała to połączenie lekkości i zwinności z siłą i pewnością siebie. Nieraz z daleka widziała potyczki elfów z wrogimi oddziałami przechodzącymi po tamtej stronie rzeki. Drżała wówczas o ich życie, gdyż oderwać kawał wieczności jednym pchnięciem topora to nie to samo, co zabranie człowiekowi ledwie kilkudziesięciu lat, a i to było przecież zbyt wiele.

Bywał tam jeden szczególny elf. Zdaje się, dowódca z północnych terenów. Słuchali go, a on jednym skinieniem ręki dawał im znaki, które od razu rozpoznawali. Czasem przedostawali się na drugą stronę rzeki po linach rozłożonych między drzewami po obu stronach. Ukrywała się wówczas w niewielkiej grocie wzgórza, w której mieszkała, a wejścia do tej groty pilnował ogromny krzew o wiecznie zielonych liściach, tak że nikt nie widział tego miejsca z zewnątrz. Tam właśnie, wyglądając przez gęste gałązki krzewu, po raz pierwszy słyszała jego imię.

– Jak?

– Tego dowiesz się może jutro. Jest późno. Czas na mnie. Rano rutyna.

– Ach, i tak mnie zostawiasz? To jakaś opowieść tysiąca i jednej nocy?

– Świetna myśl. Choć tysiąca nocy nie dam rady – odparła.

– Dobrej nocy. Dziś sam wybiorę się do tego lasu.

– Dobranoc, ale nie myśl sobie, że można sobie tam swobodnie spacerować.

Graf3

Noc zasnuła niebo i nawet światła w oknach kamienic już zgasły. Kathrin szybko wzięła prysznic i zniknęła pod grubą, puchową kołdrą, pogrążając się w sennych marzeniach. Rano jak zwykle na cichy dźwięk budzika z niechęcią zwlekła się z łóżka i już po chwili, zmywszy ostatnie mary senne z oczu, zwarta i gotowa opuściła mieszkanie. Dni były krótkie. Nie zauważyłaby nawet, że to już Wigilia, gdyby nie fakt, że jej pracodawca nie pojawił się w biurze i nawet nie zadzwonił. Wzięła kilka książek leżących na jej biurku i ruszyła na miasto, by ostatnie te sztuki dostarczyć jeszcze pod choinkę.

Uwinęła się do obiadu. Tuż po pierwszej mogła więc sobie pozwolić na wycieczkę do Łazienek Królewskich i przechadzkę po opustoszałych alejkach. To takie miłe móc przejść po pustych alejkach wśród wiekowych drzew. Patrzeć na łabędzie pływające po stawie i szukać wiatru wśród starych kasztanowców. Zimowe wieczory nie każą długo na siebie czekać. Popołudnie było zimne, a od wschodu nadciągał zmierzch. Wkrótce pierwsza gwiazdka rozświetli niebo i popłyną do niej miliony gwiazdkowych życzeń.

„Jak taka gwiazdka mogłaby spełnić tyle ludzkich życzeń? – pomyślała. – Jakim cudem mogłaby choć dbać o to, co się dzieje na tym błękitnym wyprysku Układu Słonecznego? A może tam, daleko, sama jest słońcem i ogrzewa inną taką jak nasza Ziemia planetę? Może tam właśnie wysyła swe dobre fluidy. A może to ta Arda, do której tak chętnie uciekam – rozmarzyła się przez chwilę. – Brrr, czas do domu”.

Zdążyła jeszcze wpaść do herbaciarni po swoje małe co nieco na wigilijny wieczór.

Kiedy dotarła do domu, była już dobrze zmarznięta i tylko gorąca, bardzo gorąca kąpiel i bardzo gorąca czekolada mogły zmienić ten sopel lodu w człowieka. Nie planowała dzwonić dziś do przyjaciela. Postanowiła ten wieczór zostawić jego matce. Z tego właśnie powodu wyłączyła komórkę, a Skype’a włączyła dopiero po dziesiątej. Czas do tej chwili spędziła przed srebrnym ekranem. Telewizja? Nie. Kathrin nie dałaby sobie narzucać, co i kiedy ma oglądać. Oszczędzała jednak dość długo by kupić sobie 42-calowy telewizor (w tak małym mieszkaniu wyglądał jak kinowy ekran), odtwarzacz Blue-ray i domowe kino. Głośniki umieszczone przy suficie w każdym koncie pokoju dawały fantastyczny efekt, o ile oglądało się filmy w oryginale. Nie musiała ustawiać dużej głośności ani przeszkadzać żadnemu z sąsiadów, by z każdej strony otaczały ją dźwięki oglądanej opowieści.

Dziś przekroczyła granice „Zakazanego Królestwa”. Uwielbiała Jackiego Chana i Jeta Li, a „Zakazane Królestwo” było sfilmowane z takim rozmachem i w tak pięknym otoczeniu, że zapierało dech. Misja, miłość, nadzieje. Piękne sceny walki. Sprawność, o jakiej można tylko marzyć. I magia. W życiu brakuje pewnej magii. Nie tej płynącej z zaklęć i starych giliad czarowników, ale tej, która właśnie dziś zasnuła świat. Ale dlaczego tylko dziś i dlaczego tylko dla znajomych i rodziny? Taki magiczny deficyt…

 

Biiip, biiip! „Może jeszcze nie śpi”, pomyślała wciskając w końcu zielony przycisk.

– Myślałem, że mnie już wystawiłaś dla owego nieznanego elfa.

– Nie mów bzdur. Dziś Wigilia. Chciałam dać ci trochę czasu z mamą. Czy Twoja siostra przyjechała?

– Tak, właśnie sobie poszły. Szpital nie jest dobrym miejscem na Wigilię.

– Szpital z jakiegoś powodu traktowany jest jak umieralnia. Pomyśl jednak, o ile więcej zdrowych wychodzi ze szpitala niż martwych. Ile więcej spełnionych nadziei niż rozpaczy.

– Nadzieję szybko wchłania rutyna, a rozpacz pożera jak choroba. Jest bardziej widowiskowa. Co innego niespełniająca się nadzieja.

– Jaka jest twoja? – zapytała.

– Ja odchodzę do „Krainy Wiecznych Łowów”. Jedyną nadzieją, jaką mam, jest twoje szczęście. Nie fantastyczne, ale prawdziwe, wśród ludzi z krwi i kości.

– Marzenia są za wysoko, a upadki z wysoka takie bolesne. Wróćmy jednak do miejsca, w którym zostawiliśmy biedną dziewczynę, bo jeszcze coś jej się przytrafi i nas tam nie będzie.

– Zgoda. Może się czegoś dowiem w końcu. Kim jest ten jedyny?

– Gdybyś czytał książkę, zamiast poprzestawać na filmie, na pewno już byś wiedział.

– Dowódca elfów z Lothlorien… Hmmm! Czy to nie ten gostek, który przywitał drużynę po wyjściu z tej tam jaskini, w której przepadł ten czarodziej?

– Brawo! Mówisz o Gandalfie. Czarodzieju.

– A ten twój…

– Jej! – westchnęła.

– Ok, jej. To ten, co teraz grał Darken Rahl’a, ten nowozelandzki aktor… – Warlord zawiesił się jak komputer, próbując wydobyć nazwisko z pamięci – Parker! – wykrzyknął, zachwycony swoim intelektem – Craig Parker!

Kathrin odwróciła wzrok, jakby przyłapana na czymś wstydliwym. Opanowała jednak emocje zanim Warlord wytrącił się z samozachwytu.

– Mówisz o aktorze, a ja o fantastycznej postaci.

– A więc jak mu było?

– Właśnie tego się wówczas dowiedziała. Kiedy kilku elfów przeszło przez rzekę, a wśród nich ten jedyny, usłyszała jak mówi coś do kompana, a tamten zwrócił się doń po imieniu, choć z wielkim szacunkiem.

– No, powiedz wreszcie!

– Na imię miał Haldir.

– Ach, tak. Właśnie, Haldir.

– Imię to było dla niej cenne jak najdroższy klejnot. „Haldir, Haldir” – powtarzała rozmarzona. Dziewczyna nie rozpoznawała tego uczucia. Nigdy nie uległa takiemu rozmarzeniu i nigdy serce jej tak nie przyspieszało na widok kogokolwiek. Sprawiało jej jednak niewymowną przyjemność powtarzanie go znowu i znowu, i jeszcze raz.

Przez kilka dni dziewczyna nie mogła się skoncentrować na codziennej rutynie. Elfa tego widywała bardzo rzadko, gdyż bardziej potrzebny był od strony Dol Guldur, czasem jednak podróżował na południe. Nie wiadomo po co, ale to był właśnie jeden z tych razów.

– Czy wspomniałaś może, jak ona miała na imię?

– Nie. W tym problem. Ona nie znała swego imienia. Zbyt długo żyła sama. W osadzie wołali ją „dziewczyno”, a ona sama nie nazywała siebie nijak, gdyż nawet do obcych mówiła tak, jakby nie ona się do nich zwracała. Czuła się nikim. Wiatr miał większe znaczenie niż ona. Nie, nie miała ani imienia, ani tożsamości.

– Ale się zakochała w nie byle kim?

– Nie rozumiała swoich emocji. Nie odważyłaby się czegokolwiek żądać od życia czy czegokolwiek oczekiwać. Wydawała się tak nieważna, tak słaba.

Minął jakiś miesiąc od tych wydarzeń i dziewczyna znów musiała wybrać się do osady by wymienić swoje wyroby. Droga była trudniejsza niż zwykle. Trzeba było wymijać się z wrogimi grupami i coraz częściej wchodzić na drzewa by przetrwać noc. Puściła nawet konia przodem, by nie być zbyt widoczną w nocy dla wrogich patroli. Kiedy doszła do osady, zobaczyła że większości ludzi tam nie ma. Wynieśli się wszyscy mający rodziny, by je chronić od coraz pewniejszego niebezpieczeństwa. Zostało niewielu, więc dziewczyna postanowiła wyszukać jedyną osobę, którą tu znała. Kronikarz. Kronikarz był jednym ze strażników. Biegle władał mieczem i na łucznictwie też się znał nieźle, choć nie chwalił się swymi umiejętnościami na prawo i lewo. Wszyscy znali go jednak z pisania kronik. Większość ludzi nie miała pojęcia, dlaczego tak o wszystko wypytuje, wierząc, że spisuje dzieje ludu i że oni w tych dziejach będą zaznaczeni. Nic jednak bardziej mylnego. Przez to złudzenie jednak wydobywał z ludzi wiele informacji i przekazywał sojusznikom, tak by żadne niebezpieczeństwo nie mogło ich zaskoczyć.

–Witaj, dziewczyno! Czego szukasz tu w tych niebezpiecznych dniach?

– I ona cię wita panie. Właśnie zobaczyła wiele zmian w osadzie i nie wie, co się dzieje.

– Czasy są niebezpieczne. Nie powinnaś tu być, choć i w twojej siedzibie, zbyt oddalonej na północ, tym bardziej – zwolnił w zadumaniu, po czym szybko dodał prowadząc konia w jej stronę. – Skieruj się na południe, jak najdalej od ziem Mordoru, jeśli chcesz ujść z życiem. I ja niedługo podążę w tamtym kierunku, więc jeśli chcesz, zabiorę cię. Tu nie zostawaj. Do twego lasu wracać jest nazbyt niebezpiecznie.

– Pragnie ci podziękować za troskę, ale tam jest jej dom i jej serce. Dokąd miałaby iść?

– W głąb Rohanu. Tam się udają ludzie z północy.

– Widziała więcej oddziałów niż dawniej. Coś złego dzieje się w Dol Guldur. Jeśli pozwolisz panie, ona znajdzie cię przed jutrzejszym południem, kiedy się nieco rozezna w sytuacji.

– Wychodzę o świcie. Bądź tutaj lub zostań na własną zgubę. Ja czekać nie mogę. Mam ważne wieści. Oto twój koń. Błąkał się samotnie. Masz szczęście, że znam tę klaczkę i zabrałem ją zanim ktoś obcy ją przygarnął.

– Och, to wspaniale, że ją znalazłeś panie. Ach, jest ci bardzo wdzięczna – zawołała uradowana dziewczyna, przejmując wodze – Więc do świtu, jeśli pan zechce na nią poczekać.

Dziewczyna odeszła na targowisko, by wystawić swoje towary. Tym razem wzięła monety, za które dostała miecz. Przypięła go do boku i poczęła szukać schronienia na noc. Miała jeszcze dość monet by przenocować w zajeździe. Usiadła na dole w karczmie i zamówiła miskę zupy.

Przez cały czas przyglądała się jej kobieta. Była zaawansowana w latach i zmarnowana przez ciężkie życie. Miała jednak w oczach taki rodzaj spokoju, jakiego nikt tu nie podzielał i coś w niej zapraszało, by przysiąść się do jej stołu.

Dziewczyna podniosła się z miejsca i podeszła do kobiety.

– Czy będziesz pani miała za złe dziewczynie, jeśli ta przysiądzie się do ciebie?

– Nie dziecko. Siadaj. Czekam tu właśnie na ciebie.

– Znasz ją pani? A skąd?

– Nie, nie spotkałaś mnie, ale miałam sen i mam jeden dla ciebie. Za misę gorącej zupy oddam ci go, a ty będziesz wiedziała co robić.

– Co miałaby zrobić biedna dziewczyna? Jak mogłaby pomóc?

– Dobre masz serce, ale mnie pomagać nie musisz. Jednak pomoc twoja będzie potrzebna, a ty dochowasz wierności.

Dziewczyna zaczepiła przechodzącego karczmarza.

– Zupy dajcie, jeszcze miskę zupy dla pani przy jej stole.

Mężczyzna przyniósł zupę i odebrał zapłatę. Kobieta poczęła jeść, dając wyraz temu, że już dawno nie miała nic w ustach. Kiedy zaspokoiła pierwszy głód, wyjęła zza płaszcza małe zawiniątko i podała go dziewczynie.

Dziewczyna rozpakowała szmacianą owijkę i oczom jej ukazał się mały, biały kamień.

Spojrzała na kobietę nierozumnie i jeszcze raz na dar na swojej dłoni.

– W tym kamieniu zamknięty jest sen. Połóż go pod poduszką dzisiejszej nocy i nie zapomnij snu, który zobaczysz, bo zobaczysz go tylko raz.

Nim zapytała o cokolwiek, nim powstała w jej głowie jakakolwiek przytomna myśl, kobiety już przy stole nie było. Dziewczyna trzymała ów mały, biały kamień i patrzyła weń z niepewnością. Nagle wstała poruszona obawą, że zobaczy coś, na co nie czeka i coś, czego na pewno nie chce widzieć. Poszła na górę do wskazanej izby. Ot, prosta ława z marnym materacem i okryciem. Niczego jej więcej nie trzeba było i niczego nawet tak prostego nie miała w swojej grocie.

Wahała się. Wkładała kamień pod głowę i zabierała go z powrotem. Burzyło się w niej tyle emocji, że w ogóle zaśnięcie nie wydawało się jej możliwe. Nie mogła podjąć decyzji, czy wyruszać świtem z Kronikarzem, a tu jeszcze to. Za wiele pytań jak na jeden dzień. Za szybko, za dziwnie. Jeśli jednak zobaczy tam coś ważnego? Coś, co w tych niebezpiecznych czasach pomoże przetrwać komukolwiek?! Och, co robić?

– I co, i co zrobiła?

– Tego się dziś nie dowiesz, Warlordzie. Masz drugą noc by się zastanowić.

– Jesteś potworem. Myślałem, że miła z ciebie kobieta, ale ty upajasz się swoją przewagą.

– Ha, ha! Czy czekałbyś do jutra, gdybym ci teraz powiedziała?

– A jak jutro mnie już nie będzie?

– Nie szantażuj mnie. Jeśli postanowisz nie dosłuchać mojej opowieści i sam wybrać się w podróż bez odpowiedzi, wiele możesz stracić. Ten świat istnieje tylko w fantazji śmiertelników.

– A co spotkam po drugiej stronie? – Warlord posmutniał nagle. – Wiele o tym myślałem.

–Wiesz, co spotkasz i nie będziesz zasmucony. Rozmawialiśmy już o tym.

– Nie jestem pokornym sługą, nie pokutuję w popiele.

– Byłoby to potwornie smutne i nudne, Warlordzie. Nie wierzę, że Bóg jest potworem z przerośniętym ego. Nic, poza ludzką głupotą na to nie wskazuje.

– Masz rację. Czasem się boję. Czasem chcę już tam być.

– Wszystko ma swe miejsce i porę. Wiesz już wszystko, czego potrzebujesz, a ja jestem przy tobie, drogi przyjacielu. Wiesz, że będę do końca. Teraz czas spać. Nie martw się na zapas. Jak było powiedziane, „dość ma dzień swego utrapienia”.

– Dobranoc, dobra wróżko. Co ja bym bez ciebie zrobił?

– Karierę? – roześmiała się Kathrin.

– I właśnie za to cię kocham.

Warlord rozłączył się po chwili, a Kathrin przygotowała do snu. Nie musiała rano wstawać ani się nigdzie spieszyć. Taki jeden dzień z niewielu, w którym jest się panem swojego czasu.

Ranek był mroźny a światło słońca świeciło szczególnym blaskiem. Kathrin odsłoniła zasłonę i zakryła oślepione oczy. Śnieg. Biała kołdra pokrywająca wszelki brud świata. Jakby Bóg chciał na ten jeden szczególny dzień uwolnić ludzi od ich własnej porażki. Tak biało i czysto.

Widok ten tak ją zachęcił do wyjścia z domu, że szybko zjadła śniadanie i ubrała się ciepło. Już od progu poczuła przenikający chłód.

„Wow! Zimno”, pomyślała, lecz nie zniechęciło jej to od spaceru. Ludzie w tych stronach lubią mróz. Mróz musi przyjść, choć na dwa tygodnie, by wymrozić wszelkie bakterie ukrywające się w zakamarkach. I wymrozić jak najwięcej insektów. Były już takie lata, kiedy mrozów nie było. Zawsze potem przychodziło lato pełne komarów, muszek i wszelkiego robactwa. Mróz pomaga zachować tę równowagę w przyrodzie, która wydaje się być niezbędna. No i śnieg w święta. Kathrin nie była religijna, ale od urodzenia wpajano jej tę kulturę i nawet jeśli nie obchodziła świąt wierząc, że Bóg nie obchodzi urodzin i raczej nie robi wówczas rodzinnej imprezki, udzielał się jej nastrój.

„Jak można obchodzić święta bez śniegu? Jak robią to w południowych krajach? A jak tam, 12 godzin stąd, w zielonym raju? – zamyśliła się. – Jak on obchodzi święta? Może wcale?” W zasadzie niewiele ją akurat to obchodziło, gdyż religijność innych ludzi także nie miała dla niej znaczenia. Religijność bardzo kłóciła się po prostu ze słowami „niech twoja prawica nie wie, co czyni lewica”. I to umartwianie się. Nie, nie może o to chodzić.

Dotarła już Nowym Światem do Alei Jerozolimskich by skierować się do Placu Trzech Krzyży, skąd tylko krok do Łazienek.

– Pani Kathrin! Co za spotkanie! – usłyszała za plecami – Wesołych Świąt!

Kathrin odwróciła się i jej oczom ukazała się drobna sylwetka starszego mężczyzny.

– Pan Nowak! Pan w Warszawie?

– Siostra mieszka w stolicy. Czasem ją więc odwiedzam, a święta to wymarzona sposobność. A pani też ma tu rodzinę?

– Jestem tu sama. Mieszkam tu.

– A pani rodzina nie z Warszawy, jeśli można spytać?

– Kiedyś do nich dołączę, gdziekolwiek się znaleźli, ale jeszcze nie teraz – Kathrin spuściła smutno wzrok.

– Przepraszam. Głupiec ze mnie. Może wybaczy pani staremu głupcowi i da się pani zaprosić na obiad? Porozmawialibyśmy o literaturze.

– Dziękuję pięknie. Mam już plany – odmówiła grzecznie.

– Proszę mi wybaczyć przywołanie wspomnień. Lepiej mi wśród książek niż ludzi. Tu się zupełnie gubię – mężczyzna był wyraźnie zmieszany.

– Wesołych Świąt życzę! – postanowiła zakończyć Kathrin.

– Wesołych Świąt! Proszę zajrzeć do mojej księgarni jak będzie pani w Krakowie.

– Z pewnością zajrzę. Ma pan skarby na zapleczu – roześmiała się Kathrin.

– O tym zawsze chętnie porozmawiam.

– Do widzenia.

– Do zobaczenia.

Przypadkowe spotkania jak uśmiech dnia. Kto by pomyślał.

Kathrin dotarła do parku wczesnym popołudniem. Drzewa pokryte śniegiem i szronem w promieniach zimowego słońca tworzyły tak niezwykłą scenerię. „Jedna rzecz, jakiej naprawdę powinni zazdrościć nam ludzie, którzy nie doświadczają zimy”. – przemknęło jej przez głowę. Trudno było odmówić racji tej myśli. Białe dywany u stóp, a przy nich jak pomniki zimowego pałacu Królowej Śniegu stały wielkie białe drzewa. Słońce odbijało się od pokrywających ich gałązki kryształków lodu, jak od brylantów. Każdy jednak dotyk sprawiał, że topiły się jak nadzieja na lepsze jutro.

Co za żart. Piękno, którego nie można dotknąć ani dosięgnąć. Można jedynie patrzeć. Jak sen.

Popołudnie zasnuło niebo szarym cieniem nadchodzącej nocy. Czemu grudniowe dni są tak krótkie? Ledwie minęła trzecia, a już ciemno. Co za strata. Kto by pomyślał, że musimy się dzielić jedyną gwiazdą z tymi z drugiej strony globu. A jednocześnie świadomość, do kogo właśnie ta gwiazda podąża, jakoś koiła jej wieczorne przygnębienie.

cdn.