Odc. 3, w którym zaginął przyjaciel, a dziewczyna udała się w podróż.

Odc. 3, w którym zaginął przyjaciel, a dziewczyna udała się w podróż.


Wieczorem Kathrin znalazła się w domu mocno przemarznięta. Dzień był tak uroczy, że nie mogła się przed nim ukrywać. Teraz jednak skóra piekła jak diabli, a stóp nie dało się niczym ogrzać. Nie miała nawet siły zrobić czegokolwiek do jedzenia. Dopiero kąpiel przywróciła ją do życia. Gotować i tak by jej się nie chciało. Nie dlatego, że jest leniwa czy nie umie. Uznawała zawsze, że czasu ma

się tak mało, a tyle jest do zrobienia, że szkoda marnować go w kuchni. To taka syzyfowa praca. Zjesz i za kilka godzin dostrzegasz, jak było to zwodnicze, gdyż znów czujesz potrzebę napełnienia żołądka; a za kilka godzin to samo… Bez sensu, a już na pewno szkoda czasu na poświęcanie temu zbyt wiele uwagi.
Komputer nie zawiódł i po chwili wydał z siebie sygnał. Warlord odebrał praktycznie od razu.
– Kath, jesteś nareszcie. Nie masz pojęcia co się dziś stało!
– Co jest? Jesteś bardzo wzburzony – zmartwiła się Kathrin.
– Pamiętasz tego małego z Paryża?
– Tego Leo?
– Tak! Frank do mnie zadzwonił i mówił, że gość zniknął. Szukał czegoś cennego i nie była to żadna z książek. To jakiś artefakt, ale wyszukał o nim wiele danych w paryskich archiwach.
– Rozmawiałam z nim kilka dni temu. Jak to zaginął? To jakaś bzdura. Na pewno pojechał do rodziny na święta.
– Jego rodzina mieszka w Paryżu. Dzwoniłem do matki. Kobieta w histerii zawiadomiła policję.
– Zanim policja załapie, co jest grane, Leo może już nie wrócić. O ile oczywiście zaginął, a nie wyjechał.
– Co ci mówił, jak z nim rozmawiałaś?
– Wybierał się do Szwajcarii, w okolice jeziora Neuchatel. Mówi się tam po francusku, więc nie ma problemu. Mały jest żabojadem i na pewno sobie poradzi.
– Neuchatel? Czego tam szuka?
– Teraz to bez sensu. Byłam tam kiedyś pod koniec lata.
– Byłaś tam?
– Tak, kilka dni. Miejsce piękne. Okolica zaściełana winnicami. Rzędy winorośli z obu stron zakończone były krzakami róż. Kiedy szedłeś drogą, każdy obcy człowiek witał się z tobą. Czy w Londynie, jak wychodziłeś z domu, mówiłeś do obcych „dzień dobry”? Albo ktoś do ciebie?
– Nie, ale co ty tam robiłaś?
– Mieszka tam jeden kolekcjoner. Nie bywa w świecie. Interesuje się mapami. Jak on się nazywał? – Kathrin usilnie próbowała sobie przypomnieć – Nie, nie pamiętam tego nazwiska, ale mam je w biurze. Zresztą, co za różnica.
– Myślę, że powinnaś przekazać to policji. Jeśli mały też zna gościa, to może tam pojechał.
– Leo jak się napali to nic go nie zatrzyma. Jeśli pojechał do tego gościa po jakąś mapę, o ile w ogóle gość mu pozwoli zrobić kopię, to nie ma się o co martwić.
– Masz rację. Na nic nie zważa. Podobno jednak był jakiś dziwny ostatnio. Cichy.
– Leo? Niemożliwe, ha, ha, ha! Przecież mu się buzia nie zamyka. A jak coś znajdzie, to nie ma mowy, by cały świat nie usłyszał.
– A jak z nim rozmawiałaś ostatnio, też taki był?
– Krótko z nim rozmawiałam. Śpieszyłam się. Jakiś klient chciał książkę z odręczną notatką Honoriusza Balzaka na Walentynki. Wiesz, to takie romantyczne. Leo mi to załatwiał.
– Dziś jest późno, ale rano jedź do biura i znajdź faceta. To może pomóc. Może on coś wie.
– Nawet nie wiemy, czy się znali.
– Proszę, mam przeczucie.
– Ok, ok.
– Uspokoiłaś mnie. W tym fachu musimy sobie pomagać.
– Jasne, że tak. Gdybym podejrzewała, że coś mu grozi… ale to tak nieprawdopodobne! Fajnie być Jamesem Bondem, ale nasza praca, nie oszukujmy się, to antykwariat – dodała zrezygnowanym tonem. – Może mały chce być Indianą Jonesem albo tym bibliotekarzem z filmu; znów się czegoś naczytał. Czasem myślę, że traci kontakt z rzeczywistością. Dla znajdę nazwisko tego gościa i prześlę ci. Nie chcę jednak, byś podawał im moje nazwisko, by zawracali mi głowę, tym bardziej, że w nic niezwykłego mnie Leo nie wtajemniczył.
– No dobrze już, dobrze. Może wrócimy do opowiadania – zaproponował.
– Hm, jakoś nie mam nastroju pośród tej kryminalnej historii.
– A co z dziewczyną. Sama w jakiejś obleśnej karczmie z niewiadomo jakim snem zaklętym w kamieniu – podpuszczał.
– Poczekaj. Ochłonę. Zaraz wrócę – zgodziła się w końcu.
– Niech zgadnę. Podwójna czekolada Lindt. Wyjątkowa rozpusta.
– Muszę się napić czegoś podnoszącego nastrój, a nic tego nie robi tak, jak czekolada. Gęsta, gorąca, pyszna czekolada.
– Chodź, chodź. Jestem ciekaw, co było dalej.
Kathrin podeszła do łóżka, postawiła napój na toaletce i ułożyła się wygodnie.
– Dalej, pytasz?
Dalej była wielka niepewność. Postanowiła nie położyć kamyka pod głową tej nocy i samodzielnie, a nie pod wpływem jakichś mar, podjąć decyzję co do jutrzejszego wyjazdu. Włożyła kamyk do swojego tobołka i położyła się spać.
Kiedy nastał świt, karczmarz zastukał do jej drzwi.
– Proszę wstawać. Chciała panienka rano wyruszyć.
Dziewczyna podniosła się powoli i już chciała podziękować, ale karczmarz odszedł nie czekając. Ubrała się więc szybko i podążyła na miejsce spotkania.
Kronikarz nie kłamał. Czekał w tym samym miejscu, w którym się rozstali.
– A więc jednak jesteś?
– Żal jej opuszczać swoją grotę i drzewa piękne, które tak wiernie słuchały jej opowieści i śpiewu. I ptaków niebieskich, które karmiła okruchami chleba, ale czuje, że wracać tam nie może. Wiele złego widziała. Wrogowie zasadzają się na piękne Lothlorien, jakby raziło ich, że to piękne miejsce jest dokładnie na drodze do Morii i należy je pokonać, by nie mijać takiego obszaru szerokim łukiem.
– Ruszajmy więc. Nie ma na co czekać.
– Panie, czy zechcesz dziewczynie opowiedzieć o mieczu? Czasy takie, że chciałaby umieć się bronić. Nawet zakupiła jeden od człowieka w osadzie. Mówił, że to wyrób krasnoludzkich mistrzów.
– To ten, który wieziesz pod płaszczem?
– Ten, panie.
– Zwrócił mą uwagę, bo pięknej jest roboty. Pasuje na dzieło krasnoludów. Nie jest tak lekki, jak elfów, ale to świetna robota.
– Nie ćwiczyła się w walce, ale i dni były spokojniejsze. Teraz myśli o tym, by nauczyć się nim władać.
– Nie chciałbym, byś się zraniła. Ja nie mam czasu cię niczego uczyć, ale znam człowieka. Pokaże ci to i owo, tak byś mogła umknąć z pułapki. Bardziej ci jednak pokaże, jak się w kłopoty nie pakować. Kobiety nie powinny walczyć mieczem, a iść za mąż i rodzić dzieci ku chwale całego ludu. A i twój czas, byś już osiadła wśród ludzi.
– Kto spojrzy, panie, na dziewczynę z lasu? A i jej serce w inną patrzy stronę i tam pozostanie. Niczyjego wszak serca obciążać nie będzie, gdyż niegodna między szacownych ludzi się pchać i zawracać im głowę swoją osobą. Jest ci wdzięczna, panie, za gest serca, ale nie mogłaby prosić o więcej niż kilka wskazówek.
Kronikarz roześmiał się szczerze.
– A więc myślisz, że wprawę, jaką zdobywają mężowie od niemal szczenięcych lat, można posiąść przez kilka wskazówek?
– Jakże by śmiała przyrównywać się do wielkich mężów z Gondoru czy z Rohanu? Nie pamiętaj jej, panie, że cokolwiek mówiła, bezrozumna dziewczyna.
Jechali jeszcze kilka godzin, nim zatrzymali się na wypoczynek i jakiś posiłek dla siebie i koni.
– Nie zamarudzimy tu długo, panienko. Odpocznij. Musimy dotrzeć do Dol Baran przed nocą. Mam tam parę spraw. Zostaniemy tam dzień i potem udamy się do Helmowego Jaru a stamtąd do Edoras. Sama zdecydujesz, gdzie chcesz się zatrzymać. Dziwne rzeczy mówią o Isengardzie, choć mieszka tam Biały Czarodziej i niektórzy ludzie mu ufają. Na zachód też nie ma po co iść. Co za czasy.
– Widziała wielu od Dol Guldur dążących w stronę Morii. Wielka to przyjaźń się wywiązała między Zachodem a potworami Morii.
– Jeden tam potwór się budzi. A z Dol Guldur masz rację. Coś dziwnego się dzieje.
Opowiedz, co widziałaś i kiedy. Ważne to sprawy się dzieją w twoich lasach.
Dziewczyna poczęła opowiadać o wszystkim, co widziała. Unikała jedynie opowieści o elfach, by nie wydać zbyt wiele z ich zwyczajów i porządków. Kronikarzowi ufała, ale nie wiadomo, komu powtarzał swoje wieści, a narażenie Lothlorien byłoby ostatnią rzeczą, jaką mogłaby zrobić. Opowieści snuła jeszcze w drodze, a Kronikarz dawał jej wskazówki, co do bezpieczeństwa. Wiele było niepotrzebnych, gdyż dziewczyna w swoim lesie świetnie nauczyła się unikać wrogów, jednak słuchała go, jakby wszystko to było dla niej zupełnie nowe.
Szanowała bowiem Kronikarza niemal jak ojca, którego pamiętać nie mogła.
Do wioski u podnóża wzgórza Dol Baran dotarli już po zmroku. Pusty gościniec i wzmocnione ogrodzenia nie nastawiały przyjaźnie. Podążyli do końca wioski i zatrzymali się przy ostatnim domu. Kronikarz zastukał w drzwi w dziwny sposób i natychmiast otworzyły się przed nimi.
– Kronikarzu, witaj! – uściskał go rosły mężczyzna. – A kogo nam tu przyprowadziłeś?
– Dziewczyna z północy. Wiozę ją do Edoras, gdzie, jak sądzę, bezpieczniej niż w lasach za Faragornem.
– Daleka więc droga za wami. Wchodźcie szybko. Dostaniecie gorące jadło i nocleg, a my, przyjacielu, wiele musimy omówić zanim położysz się spać – mężczyzna poklepał Kronikarza po ramieniu i tak wprowadził do izby.
Dziewczyna została ciepło przyjęta. Dostała wygodne posłanie i ciepłą strawę. Odwdzięczyła się jednym ze swoich owocowych przetworów w małym glinianym garnuszku, szczelnie zamkniętym drewnianym korkiem i zaklejonym pszczelim woskiem. Miała takich jeszcze kilka i trzymała je na dary dla dobrych ludzi, jakich miała spotkać po drodze.
Konie również zaprowadzono do stajni i zaopiekowano się nimi. Jak wiesz, drogi Warlordzie, Rohirrimowie kochali konie jak nikt i nie daliby żadnemu zwierzęciu męczyć się po długiej drodze bez wody i paszy.
Dziewczyna położyła się i przypomniała sobie o małym kamyku. Wyjęła go z tobołka i poczęła przyglądać mu się z ciekawością.
– Mam mały, biały kamyk w ręku. Niby nic, a jednak zaklęta tajemnica. Taki mały, taki biały, jakby łza niewinna. Co chcesz powiedzieć dziewczynie, mój mały? Czy dobra to wieść, czy zła?
– Czy wieść może być dobra lub zła Warlordzie? – Kathrin zwróciła się do przyjaciela.
– Na pewno to podchwytliwe pytanie – zauważył.
– Myślę, że wiadomość nie jest dobra albo zła. Pomyśl, jeśli przyśni jej się jej matka, czy jej imię, to czy to dobrze czy źle?
– No chyba dobrze.
– Nic by jej to jednak nie dało prócz tęsknoty, a imię brzmiałoby obco po tylu latach.
– Mówiłem, że to podchwytliwe.
– A śmierć kogoś bliskiego?
– No to coś złego oczywiście.
– Dziewczyna też się bała. Postanowiła jednak zaryzykować. Bo gdyby mogła jeszcze coś zrobić, a przez strach swój nie wiedziałaby o tym, nie wybaczyłaby sobie nigdy.
Położyła więc ten kamień pod głową i zasnęła.
– Nareszcie. I co zobaczyła?
– Zaśnij teraz. Może ci się przyśni.
– Żartujesz chyba! Ja zejdę przez ciebie. Nie wiesz, że nie można mnie denerwować w tym stanie?
– Dasz radę – roześmiała się Kathrin. – Jest już północ. Opowiem ci jutro.
– Czy wszystkie Polki to tak wredne baby?
– Uważaj co mówisz, przyjacielu. Zanim byłam Polką, urodziłam się kobietą, a to bardziej niebezpieczne niż jakakolwiek narodowość.
– Wiedźma, i do tego świadoma swych mocy – wysyczał niezadowolony chłopak.
– Dobranoc, mój drogi. Musisz się wyspać.
– Tak, jutro czeka mnie fascynujący świat szpitalnych przygód. Pan Smith nie dotarł do toalety na czas i całe konsylium pielęgniarek zwołało naradę, co z tą śmierdzącą sprawą zrobić – z udawaną tajemniczością wyszeptał do mikrofonu, po czym dodał już normalnym głosem:
– Masz jednak rację, Kath. Czas spać i dla mnie, i dla ciebie. Dobrej nocy.
– Dobranoc, wojowniku.
Rankiem Kathrin poszła do biura, by znaleźć nazwisko owego kolekcjonera map.
Nie było to trudne, gdyż w swoich papierach trzymała porządek z żelazną dyscypliną, chyba jako jedyna w firmie. Ponieważ prowadziła jedną sprawę z udziałem tego pana przed kilkoma miesiącami, foldery leżały na samej górze, na półce z napisem „Ostatnie”. Wyjęła kartki i poczęła przebiegać po nich wzrokiem.
– M, m, m… – miała na końcu języka – Monen. Pan August Monen.
Włączyła szybko komputer i przesłała mailem nazwisko i adres mapiarza, jak go zwykła nazywać, Warlordowi. Zamknęła dokumenty z powrotem w szafie i opuściła biuro. Mróz jakby zelżał od wczoraj. Już nie było poniżej -20 stopni, ale nie więcej niż -10. Słońce budziło miasto powoli do życia, ale ulice były jeszcze niemal puste.
Kobieta powolnym krokiem wróciła do domu, rozkoszując się rześkością poranka. Dziś nie planowała się nudzić. Zawsze przychodzi taki dzień, kiedy trzeba odwalić brudną robotę i przygotować się do kolejnych dni pracy. Dzień więc spędziła na praniu, układaniu rzeczy i osobistej kosmetyce. Raz na jakiś czas decydowała się na dopieszczanie i robiła sobie małe SPA. Cóż innego mogła zrobić w taki dzień, jak dziś. Nadal wszystko zamknięte i nikogo nie ma w mieście. Powoli ludzie zjeżdżają do stolicy, ale wiele osób również zostaje gdzieś w świecie do Nowego Roku.
Kiedy wszystkie spawy zostały załatwione, okazało się, że doba dobie nie równa i ta ostatnia właśnie była z pewnością wybrakowana, bo niby nic takiego nie zrobiła, a minęła dwudziesta.
– Oooo, świetnie dziś wyglądasz!
– To jakaś aluzja do pozostałych dni, wojowniku?
– I właśnie takie są baby. Zawsze podejrzewają coś pod spodem.
– Doświadczenie uczy, ha, ha, ha!
– Przekazałem informację od ciebie policji. Szukają gościa. Bardzo chcieli wiedzieć więcej, ale zasłabłem i nie mogłem im pomóc. Nie powiedziałem słowa o tobie.
– Dzięki, Warlord. Dzięki. Nie chcę się włóczyć bez sensu po komendach.
– Czy usłyszę w nagrodę, co takiego śniło się naszej bohaterce, czy znowu coś wymyślisz, by wyszło „na wieczne jutro”?
– Dziś usłyszysz. Dobrą wiadomość lub złą.
Kobieta zajęła pozycję na łóżku i przygasiła pilotem światło. Z głębokim oddechem odprężenia przeniosła siebie i przyjaciela w ten inny świat.
– Mężczyźni, Warlordzie, nie są cierpliwi. Myślę, że ów przyjaciel, a na imię miał Dateron, miast dać odpocząć Kronikarzowi po długiej podróży, zaczął od razu wypytywać go o wieści z Północy. Kronikarz począł opowiadać mu w szczegółach, co słyszał od ludzi i co sama dziewczyna widziała na własne oczy.
– Kathrin! Daj spokój!
Kathrin, udając że nie wie, o co chodzi, już otworzyła usta by dalej rozprawiać o dysputach mężczyzn, gdy Warlord zasyczał z bólu.
– Warlord, co się dzieje? – zerwała się zatroskana.
– U mnie nic nowego, ale chciałbym, zanim mnie szlag trafi, usłyszeć w końcu ten sen – wyrzucił przez zęby już mocno wkurzony.
– No dobra, dobra. Żartowałam – ułożyła się ponownie. – Dziewczyna włożywszy kamyk pod głowę zasnęła kamiennym snem.
Sen przychodził długo i dziwnie. Widziała rozmyte obrazy krajobrazu. Góry i dolinę rozległą jak wielki step. W głębi, u samego podnóża góry, zobaczyła miasto otoczone wysokim murem. Zobaczyła białego konia biegnącego po trawie i pomyślała, że jest to miasto z Rohanu, ale nie widziała go nigdy wcześniej. Miasto jak twierdza, do którego prowadził biały wąski most. Nagle niebo pociemniało i zrobiło się bardzo duszno. Duszno i mokro jak po deszczu. Cała pusta do tej chwili polana zasłana była zdesperowanymi oddziałami wroga. Obsiedli ją jak szarańcza i z rykiem nacierali na mury. Na murze dostrzegła białe szaty dostojnych mężów z łukami, ale mieli hełmy, jakich wcześniej nie widziała. Z pewnością byli to elfowie, ale skąd? Oni nie zadają się z ludźmi, a na pewno nie interesują się ich wojnami. Co tu się dzieje? Nim zdążyła się zastanowić, dostrzegła na murze tego jednego. Usłyszała zza muru głos, a potem mężczyzna z mostu zawołał coś do niego w sindarin. Haldir obejrzał się i począł wzywać swoich ludzi ku wewnętrznemu dziedzińcowi. W tym momencie jakiś czarny stwór wbił mu swą broń w brzuch. Nim zdążył zareagować, inny z tyłu powalił go na kolana ciosem topora w plecy. Dziewczyna patrzyła na tę scenę jak zaczarowana, nie mogąc uwierzyć, że ta najpiękniejsza istota na świecie, wieczna i dumna, pada na kolana, a światło, jakie nosiła w oczach, gaśnie jakby burzowe chmury przysłoniły słońce. Jak koniec świata.
Mężczyzna z mostu dobiegł do niego i nim ten upadł, chwycił go w ramiona. Musząc uciekać dalej, porzucił przyjaciela na ścierwie wroga. Dziewczyna zbliżyła się do niego we śnie i patrzyła na opuszczone oczy aż wszystko ucichło i zbudził się poranek.

ANna
Obudziła się milcząca i nieobecna ni duchem, ni wzrokiem, poruszała się jak cień.
Kronikarz podszedł do niej przy śniadaniu, złapał za ramiona i delikatnie potrząsnął pytając:
– Co z tobą, dziewczyno? Chora jesteś?
– Nie, panie. Ona nie zachorowała a umarła tej nocy, kiedy zobaczyła czarny sen. Czarny jak śmierć, z której objęć trudno wyrwać, a w nim tych, którzy znać jej nie powinni wcale. Kobieta w osadzie dała jej sen zaklęty w kamień. Dziś go śniła – spojrzała na niego nieprzytomnie i dodała:
– Naucz ją, panie, władać mieczem lub zginie ratując tego, którego serce winno bić wiecznie. Nie zna dnia ani roku, ale z pewnością była to wiosna tuż po zimie. Czarne chmury się zbliżają, Kronikarzu, i śmierć stoi u drzwi. Na pewno była to niedaleka przyszłość.
– Kobiety tym bardziej powinny trzymać się w dali, cokolwiek widziałaś we śnie.
– Nie wiem, co znaczy być kobietą i co znaczy być mężczyzną. Wiem jednak, że muszę dotrzeć do owego miasta na czas i wymierzyć cios, zanim światło zgaśnie.
– Jaki cios, o czym ty mówisz?
Dziewczyna spojrzała tylko nieprzytomnym wzrokiem i nie powiedziała nic więcej.
– A więc wybrałaś wersję kinową?! – zagadnął Warlord.
– Nie godzi się przyzywać na wojnę męża, którego dni nie dałoby się policzyć, i kazać mu umierać za ludzi, choć mógł w spokoju udać się łodzią do ziem Valinoru. Czyż nie człowiek więc powinien podjąć się uratowania go od tego parszywego losu? Jeśli człowiek, to kto byłby bardziej zdesperowany? Kto więcej serca w to włoży niż ta, która od lat wygląda choćby poświaty jego włosów w oddali?
– Czy wygra?
– Na pewno podejmie walkę – Kathrin przerwała na chwilę, po czym poczęła opowiadać dalej.
Dziewczyna podążała za Kronikarzem bez słowa i posłusznie wykonywała polecenia. Mężczyzna był coraz bardziej zatroskany wiedząc, że i tak jej życie dalekie było od tego, co uznaje się za szczęście. Teraz jednak wiedział, że i ta resztka radości, jaką nosiła w sobie, zgasła jak wypalone łuczywo. Położyli się spać i następnego rana wyruszyli w stronę Helmowego Jaru.
Jechali gościńcem wzdłuż gór. Obrali taką drogę by z daleka obejść Dolinę Sarumana i dotarli do Brodów na Isenie. Tam przeprawili się na drugą stronę.
– Znajdę ci kogoś, kto będzie cię uczył. W zamian jednak musisz pomagać mu w pracy, a pracy ma teraz wiele. Wojna idzie. Wszyscy to czują. Wieża stanęła wysoko i wielkie oko rozgląda się po horyzont. Czegoś wypatruje, ale nikt nie wie czego – mężczyzna odwrócił z niepokojem wzrok w stronę północy. – Może to dobry wybór, by i kobiety chwyciły za broń, bo jak mężów nie stanie, i one zginą bezbronne.
– Mądre to słowa, Kronikarzu. Dziś czas zdjąć bransolety z rąk i piękne naszyjniki z szyi, by nie zamienić ich kiedyś na obroże i kajdany.
– Nie widziałem u ciebie biżuterii – Kronikarz spojrzał na dziewczynę jadącą prosto na jej klaczce przed nim.
– Jej bransolety z kwiatów polnych i jej diadem ze złotych liści. Cenniejsze od złota i piękniejsze od diamentów, lśniące poranną rosą – głos jej zmiękł nagle.
– Uczynisz mężczyznę bogatym z takim przekonaniem – roześmiał się szczerze.
– Na tego, którego oczy zaczarowały jej serce, jest niegodna nawet podnieść wzroku. Inni, choć wspaniali i mężni panowie, przy jednym tym wspomnieniu są zupełnie niewidzialni w blasku, któremu nie można się oprzeć.
– A więc jest taki mąż. Nie zdradzisz mi sekretu?
– Ni tobie, panie, ni nikomu innemu. Zechciej jej wybaczyć i nie zwracaj na nią uwagi, gdyż niegodna jest zaprzątać umysłu męża takiego jak ty, panie, i odwracać twojej uwagi od rzeczy pierwszej wagi.
– Zniżasz się do ziemi jak opadający proch i coś mi mówi, że będzie z tego kiedyś wielka burza. Na wszystko jest czas, moje dziecko, a źle myślisz o sobie. Jesteś panną, jakich niewiele widziałem. Nie powinnaś źle o sobie myśleć.
– Jesteś łaskawy, panie. Znam swoje miejsce i swoją pozycję – dziewczyna spojrzała przed siebie. – O, patrz! Miasto!
– To Helmowy Jar. Zostaniemy tu kilka dni.
Dziewczyna zatrzymała się nagle. Coś zaczęło ją niepokoić. Rozejrzała się dookoła i miała przemożne wrażenie, że widok ten jest jej znany. Zbliżyli się do miasta. Most, a za mostem mur. Za murem dziedziniec. Odwróciła się i spojrzała do góry. Zatrzymała konia, zsiadła z niego i zbliżyła się do schodów prowadzących na mur.
– Co robisz, dziewczyno?
– Daj jej, panie, chwilę. Jedną chwilę – i nie czekając na odpowiedź poszła na górę. Kronikarz zsiadł z konia i podążył za nią.
Dziewczyna rozejrzała się i upadła na kolana, gładząc ziemię przed sobą.
– To tu przyprowadził cię ów mroczny sen?
– Tu wróci, panie, i tu zatańczy ze śmiercią.
– Tu kryją się ludzie z Edoras i tu właśnie król Theoden chroni swój lud w czasie wojny. Złe rzeczy musiały widzieć twoje oczy, złe rzeczy. Tym bardziej musimy się sposobić.
Kronikarz podniósł dziewczynę za ramię i sprowadził na dół. Pozostali w mieście jeszcze około tygodnia. Każdego jednak dnia dziewczyna przychodziła na mur, oglądała każdy kamień i każdą w nim szczelinę. Próbowała wyobrazić sobie, co mogłaby zrobić, jak mogłaby pozostać niewidzialna w ukryciu aż do wezwania do odwrotu, które słyszała w wizji. Bezsilność odbierała jej siły, a żadna myśl nie przychodziła do głowy. Może tylko zatracić się w bólu i ćwiczeniach?
Nadszedł czas wyjazdu do stolicy królestwa. Zabrała swoje rzeczy i obejrzała mur raz jeszcze, nie będąc pewną, czy jeszcze tu wróci. Potem myślała już tylko o walce. Także w drodze na przystankach prosiła Kronikarza o instrukcje i ćwiczyła, i próbowała umieścić się w sytuacji.
Kiedy dojechali do Edoras, Kronikarz udał się do domu swojego przyjaciela, służącego w obronie grodu Janeki. Janeka wprawdzie świetnie walczył, ale nie on miał być mentorem dziewczyny. Tu jedynie znaleźli odpoczynek i strawę. Oczywiście Kronikarz spędził długie godziny na dysputach i wymianie informacji. Dziewczyna nie chciała przysłuchiwać się mężczyznom, dlatego wyszła na zewnątrz, gdzie mały chłopiec stał wpatrzony w gałąź krzewu. Podeszła powoli i spojrzała. Na gałęzi siedział najpiękniejszy motyl, jakiego widziała od wyjścia z lasów nad Anduiną.
Podeszła jeszcze bliżej i cicho wypowiedziała słowa jakich chłopiec nie zrozumiał. Motyl poderwał się i usiadł chłopcu na ręce. Ten stał w oczarowaniu przez chwilę, jednak gdy tylko ruszył ręką, motyl uleciał.
– Co mu powiedziałaś i w jakim to było języku?
– Nauczono ją tego dawno temu. Każde żywe stworzenie jest częścią całości. Skoro więc możesz porozumieć się z człowiekiem i elfem, i krasnoludem, czemu nie z motylem?!
– Nikt tego nie potrafi.
– Niewielu próbowało. Lubisz zwierzęta?
– I zwierzęta, i rośliny, a najbardziej konie.
– Wasz lud znany jest z miłości do koni.
– Nie lubię jednak, jak biorą udział w walce – chłopiec posmutniał. – Bywają ranne i cierpią nie wiadomo za co. Walki przecież nie ich, a ich panów.
– Jesteś bardzo mądrym młodym człowiekiem. Wiedz jednak, że konie kochają swoich panów i nie pozwolą, by stała im się krzywda. Jeśli pan ma do tego takie serce jak ty, koń i na śmierć chętnie za nim pójdzie. Źle jest jednak, gdy ktokolwiek cierpi.
– Widziałaś pani elfów i krasnoludów?
– Elfowie mieszkają po drugiej stronie rzeki, od miejsca, które musiała porzucić.
– Mówią, że używają czarów i są okrutni.
– Okrutni są ci, którzy klepią bez zastanowienia i sieją wrogie słowa na piękny i szlachetny ród. Nigdy nie powtarzaj słów, których sam prawdziwości nie sprawdziłeś. Można tak skrzywdzić niewinnych, a tego przecież ktoś, kto tak ceni życie, uczynić by nie chciał.
– Nie, nie chciałbym. Więc jacy oni są?
– Istoty pięknej postawy o długich, jasnych włosach. Są o różnych włosach, ale ci szlachetniejsi mają włosy jasne, niemal białe, jasną skórę i piękne białe szaty. Kochają życie tak jak ty. Żyją w harmonii z lasem i są letcy i wytrzymali jak żaden człowiek. Kochają również śpiew. Często słyszałam, jak w ciszy wieczoru dobiegała do mnie muzyka zza rzeki. Nawet ta zwalniała bieg, by swym szumem nie przeszkadzać tym pięknym śpiewom.
– A więc i czary?
– Nie czary, a na pewno nie większe niż te, którymi ten motyl ciebie zaczarował – dziewczyna się roześmiała wesoło.
– A więc humor ci się poprawił – zza pleców usłyszała głos Kronikarza. – Cieszę się.
– Trafiwszy na tak znakomite towarzystwo, nie zdołałaby się smucić, drogi panie – odrzekła dziewczyna.
– Miło to słyszeć. Wracajcie do domu, gdyż słońce już się chowa za horyzont i jadło na stole. Rano wyruszymy do przyjaciela, u którego możesz zostać, jeśli zechcesz, gdyż dowiedziałem się, że nadal tu przebywa i brak mu rąk do pracy.
– Tym bardziej dziewczyna ma powody do radości i nie może się doczekać tego spotkania – tu dziewczyna zwróciła się do chłopca. – Młody panie, prowadź.
Chłopiec poczuł się mężczyzną i gospodarzem, tak że wprowadził ich do domu z dumą i radością. Tam też pozostali do następnego rana.
– I my przyjacielu musimy się poddać nocy. Rano nowy dzień, nowe wyzwania.
– Racja. Muszę przemyśleć tę część historii, by jutro zamęczać się pytaniami. Sam jestem zmęczony.
– Śpij więc dobrze. Dobranoc.
– Dobranoc, Kath.
Rano wstał zwykły dzień. Taki jak normalne dni roku. No, może nie całkiem zwykły, jako że jeszcze sprawy nie ruszyły pełną parą przed Nowym Rokiem, ale już można było oddychać. Praca porywa i czas, i umysł. Człowiek nie zastanawia się, że właśnie rocznik przeskakuje na następny tryb, i znów nie było odpowiedzi i nawet pytań, ale niepokój…

cdn.