Odc. 4, o tym jak znalazła się zguba i jak dziewczyna znalazła mistrza.


W biurze było leniwie. Oboje pracownicy snuli się jak zapach po kuchni, a Kathrin próbowała wziąć się do roboty.
– Artur, czy są jakieś zamówienia?
– Są. Zobacz tam – Artur uniósł się z krzesła stojącego na tylnych nogach, podczas gdy jego nogi spoczywały na biurku, i wskazał półkę przy drzwiach.
– Dzięki! – Kathrin podeszła do półki i zgarnęła kartki. – Pierwsze wydanie, pierwsze wydanie, rękopis… Ludzie oszaleli. Skąd ta obsesja na punkcie pierwszych wydań? Czy w drugim są inne treści?
– Bierzesz wszystkie? – chłopak spojrzał na nią zdziwiony.
– Nie – rzuciła spojrzeniem o temperaturze w okolicy -40 stopni. – Pierwsze cztery – dodała z naciskiem. – Te pierwsze.
– Weź rękopisy, są nieosiągalne.
– Artur, człowieku, niedługo jedyne, co osiągniesz, to wiek emerytalny. Rusz się – niemal wykrzyczała mu w twarz zirytowana.
– Jędza – usłyszała w odpowiedzi.
– Och, idę stąd. Chcę być młoda i pełna życia – trzasnęła ostentacyjnie drzwiami.
Poszła do małej herbaciarni i zamówiła jaśminową herbatę i paschę. Och, ser sam w sobie jest cudowny, ale ta pascha… Jak oni to robią?
Małe komputerki mają wiele zalet. Tu właśnie, przy małym stoliku, sprawdzał się jak nic. Kathrin otworzyła malucha i połączyła się z Internetem.
„A więc pierwsze wydanie Ellis Bell vel Emily Bronte <<Wichrowych Wzgórz>>. Dobrze, że chodzi o polskie wydanie. Gdyby o to brytyjskie, słyszałam że poszło za 114 tysięcy funtów w 2007 na aukcji. Hm! Niezłe, chcieli połowę. To pewnie na walentynki. W Polsce wydane chyba po raz pierwszy w 1929 roku i chyba w Warszawie. Już wiem, kogo zapytać”. Otworzyła książkę adresową i wybrała nazwisko. Mail tu, mail tam. „Może ktoś coś będzie wiedział, ale odpowie pewnie po Nowym Roku. I jeszcze to. <<Pan Tadeusz>> Mickiewicza. No, to jest archeologia. Drukarnia Ernsta Lambecka w Toruniu w 1858 r. Kto to może mieć? Wiem, gdzie jest rękopis, ale pierwsze wydanie… Przypomina mi się pewna aukcja, ale tanio to nie będzie. W styczniu na Allegro poszło za 99 000 zł. I jeszcze to – spojrzała na kartkę i zmarszczyła brwi z niedowierzania. – Pierwsze wydanie <<Playboya>>? To na pewno na walentynki, choć głupawy pomysł. Cóż… O ile pamiętam, lata pięćdziesiąte. Po wojnie”.
W tym duchu Kathrin spędziła niemal cały dzień. Około osiemnastej poszła do biura zanieść notatki i zamówienia, gdyż nienawidziła zanosić pracy do domu, i udała się do sali Mikołaja. Mikołaj to wielki mężczyzna o posturze tura, za to, jak to często bywa, o miłym usposobieniu. Zajmuje się nauką władania mieczem głównie na potrzeby filmu. Kathrin od dawna przychodzi do jego sali, czasem by popatrzeć na siłę i sprawność, z jaką poruszają się walczący mężczyźni, a czasem by samej potrenować. Traktowała to raczej jak zabawę, choć sztuka ta wymagała ogromnej siły fizycznej, koncentracji i sprytu. Miecze były bezpieczne, tępe i powleczone grubą warstwą silikonu, ale wewnątrz naprawdę stalowe. Chodziło o wagę. Miecze musiały być naprawdę ciężkie i dobrze wyważone. Mikołaj nie lubił lekkiej szermierki i za wszelką cenę chciał pokazać, jak ciężką było pracą wygrywanie wojen w dawnych czasach.
– Kathrin! Całe wieki! – Mikołaj roześmiał się szeroko na widok kobiety.
– Czołem! Zrobiłam na dziś już swoje i zasiedziałam się potwornie. Znajdziesz dla mnie chwilę?
– Jak zaczekasz kwadrans, jestem cały twój.
– Zaczekam – zaśmiała się rozbawiona.
Kathrin przyglądała się usilnym wysiłkom statystów i dostrzegła nawet jakiś talent. Niestety dla niewielu to pasja, dla większości przechodząca moda lub szansa na kilka groszy.
– Rozgrzej się. Zaraz zaczniemy.
Kathrin poszła do szatni, otworzyła swoją szafkę i wyjęła koszulkę i leginsy. Kwadrans gimnastyki i czas na ochraniacze.
– Masz dla mnie miecz?
– Mam, ale czas na tępy miecz bez silikonu. Idziesz na to?
– Jasne.
Mikołaj podał jej miecz, a Kathrin udała uginanie się pod jego ciężarem.
Mężczyzna zamachnął się powoli i wykonał pierwsze uderzenie. Kathrin poderwała ostrze i uderzyła blokując przeciwnika. Po mieczu przeszło drganie powodujące lekki ból w nadgarstku.
– To całkiem co innego – zawołała.
– Zaciśnij rękawice w nadgarstkach.
Padł kolejny cios, ale już łatwiej było go znieść. Następny i następny. Mikołaj ruszał się powoli, pozwalając dziewczynie przygotować się do obrony i przyjąć odpowiednią pozycję. Nie chciał jej przecież pokonać i zabić, ale nauczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Kathrin nagle pomyślała o swojej bohaterce z opowiadania dla Warlorda. Zabić potwory… Przestała czuć dyskomfort i ból w łokciach i nadgarstkach oraz napięcie mięśni przygiętych nóg. Skoncentrowała się tak bardzo, że walka nabrała tempa i trwała już dwukrotnie dłużej niż zwykle. Nagle Mikołaj zakręcił jej mieczem tak, że wypadł jej z rąk.
– Co się z tobą dzieje? Problemy z facetem czy mnie chciałaś wykończyć? Nie zapominaj, że ja tak od rana macham i też się męczę.
– Przepraszam, Mikołaj, wczułam się – oparła się o barierkę. – Pamiętasz, mówiłam ci kiedyś o Warlordzie?
– Tym spod Londynu? Chorował.
– Właśnie. Marnie z nim. Martwię się. To dobry chłopak.
– Przykro słyszeć. Wiem, że się przyjaźnicie – położył jej rękę na ramieniu. – Zawsze możesz przyjść i się nieco wyżyć.
– Dzięki, porządny z ciebie gość.
– Dla porządnych ludzi Kathrin.
– Dobrze, że otworzyłeś dzisiaj. Zaczynałam się nudzić. Wyjechałabym gdzieś jak zwykle, ale tak martwię się o Warlorda, że zostałam w domu.
–Wpadnij jutro. Masz plany na Sylwestra?
– Tak, będę na koncercie noworocznym. Uwielbiam pokazy sztucznych ogni.
– Też będziemy. Może się spotkamy. Jedyna noc, kiedy dzieciaki mogą wrócić do domu po północy. Ha, ha, ha!
– Tak, ale tylko trzymając tatusia za rękę. Jak twoje córki podrosną, krew się poleje, a żaden z młodzieńców w dzielnicy nie przeżyje.
– Na razie o tym nie myślę, choć rosną w oczach. Piękne i bestie, oj potrafią dać tatuśkowi popalić.
– Jak mogłybyśmy być takie wredne w dorosłości, gdybyśmy od dziecka nie trenowały – roześmiała się Kathrin idąc do szatni. – Narka, Mikołaj.
– Narka.
Pogoda się popsuła i mróz zaczął ustępować. Śnieg stopniał i kałuże pokryły ulice.
Kathrin podeszła do drzwi wejściowych budynku i weszła do środka. Obróciła się, by zamknąć drzwi, gdy poczuła popchnięcie i wpadła na poręcz schodów. Niski mężczyzna obrócił się, by zamknąć drzwi za sobą, po czym odwrócił się do niej. Kathrin nie czekając, by ujrzeć jego twarz, wbiegła po schodach na piętro. Włożyła błyskawicznie klucz do zamka, gdy mężczyzna dobiegł i złapał ją za rękę.
– Kathrin, uspokój się – zdyszany zawołał łamaną angielszczyzną.

obraz7-900x500
Zamarła na dźwięk swojego imienia i odwróciła głowę. Teraz w świetle żarówki zobaczyła małą twarz w okularach.
– Leo?! To ty?
– Przepraszam, ale nie miałem do kogo się zwrócić.
– I nachodzisz mnie jak bandyta w domu? Skąd masz mój adres.
– Nie mam. Byłem pod twoim biurem, potem poszedłem za tobą na trening i tu.
– Adres biura był ci znany?
– Jak wszystkim.
– Cóż, wejdź – otworzyła drzwi i wpuściła go do środka. – Zdejmij buty i zacznij od kąpieli. Dam ci coś na zmianę.
Kathrin weszła do pokoju i udała się do szafy po ręczniki. Podała je Leo i wskazała mu łazienkę. Kiedy chłopak się kąpał, wyszukała mu jakieś ciuchy z rodzaju unisex, uchyliła drzwi bez zaglądania i wsunęła przez próg.
Kiedy Leo był już czysty i przebrany, zaprosiła go na kolację. Jakieś kanapki i herbata, nic takiego.
–Wiesz, że szuka cię policja? Twoja mama odchodzi od zmysłów.
– Byłem u Monena. Dał mi mapę. Następnego dnia wróciłem go wypytać o znaki na tej mapie, bo jak wiesz, nikt nie zna się na tym tak jak on i natknąłem się na policję wynoszącą ciało. Całe miasteczko huczało o tym zabójstwie. Jestem pewien, że nie tylko ja szukałem tej mapy. Wystraszyłem się.
– Monen nie żyje?! Co się dzieje? Czego szukałeś, co tu robisz?
– Nie wiem, kto go zabił, ale nie znalazł tego, czego szukał, bo ja to mam – chłopak przełknął i dodał: – Słyszałaś, że w 2012 ma być koniec świata?
– Pewnie, co parę lat jest koniec świata. A mapiarza, jak słyszę, już się skończył.
– Ludzie szaleją. Kilka miesięcy temu przyszedł do mnie gość. Bogaty Francuz. Chciał, by mu pomóc znaleźć pewien artefakt, który ma uchronić go przed zagładą.
– Przed końcem świata tylko intergalaktyczna kapsuła albo międzywymiarowy portal.
Przecież to bzdura – roześmiała mu się w twarz.
– Trafiłaś w sedno. Gość wierzy w podróże międzywymiarowe. Kazał mi znaleźć artefakt, który go przeniesie do innego wymiaru.
– Wystarczy biały szlafrok z takimi dłuuugimi rękawami, które można bezpiecznie zawiązać na plecach.
– Nie naśmiewaj się. Jest takie cudo. Przekazał mi sporo informacji, jakie zbierał latami, ale że jest na wózku inwalidzkim, nie może sam szukać dalej. Artefakt jest w Peru. Znalazłem wzmianki. W górach.
– A co tu robisz?
– Kathrin, znasz się na górach. Nie mogę nikomu zaufać. Plus znasz hiszpański.
– Pogięło cię, Leo. Chcesz mnie zabrać do Peru, bym pomogła ci znaleźć artefakt, który nie wiadomo gdzie jest…
– Prawie jestem pewien – przerwał jej Leo
– … i przywieźć go do Europy narażając życie, bo jakiś wariat wierzy w międzywymiarowe podróże?
– Bogaty wariat. Rozkręcisz własny interes. 60 do 40, Ok?
– Z?
– Z półtora miliona euro, plus wydatki.
– Oszalałeś! – krzyknęła odsuwając się od niego. – Ty już jesteś martwy. Dla takiej kasy niejeden zabije. Żadna forsa nie jest tego warta.
– Kathrin, jeśli nie pojedziesz ze mną, już nie żyję. Każdy łatwo wytropi Francuza w peruwiańskiej puszczy. Co innego ty. Ciebie nikt się nie spodziewa i mówisz po hiszpańsku, co sprawi, że wrócimy za miesiąc.
– Warlord może nie mieć miesiąca.
– Nie teraz, Kathrin. Ktoś musi mi przeczytać tę mapę. Ktoś nieznany w branży.
Ponadto są inne czynniki. Z tego co wiem, to gdzieś w Kanionie Colca.
– Kanion Colca? 3400 metrów głębokości i 100 kilometrów długości? Ten kanion?
– Znasz się na geografii – zauważył.
– Jeszcze rozważam źródło Apacheta.
– Nie sądzę, żeby tam cokolwiek było – odparła.
– Jednak coś każe mi sądzić, że to źródło największej rzeki świata jest miejscem, gdzie artefakt jest ukryty.
–Wiesz co to apacheta?
– Strumień.
– Ale też kopce, jakie ludzie budują, składając ofiary Matce Ziemi. Takich kamiennych kopców są tam setki. Wiele wyraża życzenia. Jeśli znalazłeś coś o nazwie „apacheta”, to nie musi to być źródło Amazonki.
– Sama widzisz, że jesteś mi potrzebna. Poza tym to Polacy odkryli, skąd wypływa Amazonka. Ten – zamyślił się – Chmieliński.
– Piotr Chmieliński. Czytałam. W ciągu 8 miesięcy przepłynął Amazonkę od Apachety do samego oceanu kajakiem. Nie sam, ale z innymi Polakami.
– Twarde z was sztuki, Kathrin; musisz mi pomóc. Wyruszyłbym w marcu.
– Poczekaj, połączę się z Warlordem i zobaczę czy jest sam.
– Nie, nikomu nie możesz powiedzieć.
– Warlord umiera. Do tego jest mi jak brat. Do tego jest świetny w swoim fachu.
– Ok, ale mam stres.
– Och, zamknij się – Kathrin jak nigdy zaczęła tracić panowanie nad słowami. Otworzyła komputer i odwróciła go tyłem do Leo, tak by nie było go widać w kadrze.
Skype uruchomił się i zadzwoniła pod znany kontakt.
– Część Kathrin, co cię zatrzymało. Już prawie dziewiąta.
– Jesteś w pokoju sam?
– Tak, mama już poszła.
– No to popatrz, co mnie zatrzymało – Kathrin odwróciła komputer tak, że kamerka mogła uchwycić postać Leo. – Zguba się znalazła.
– Leo, co ty tam robisz?
– Interesy,Warlord.
– Chce mnie wyciągnąć do Kanionu Colca. Wierzy, że jest tam skarb.
– I chcesz jechać.
– Nie chcę. Pan Monen nie żyje. Pamiętasz, to ten mapiarz, o którym ci opowiadałam.
– Co się stało? Leo, ty mu pomogłeś w wyprawie na drugi brzeg?
– Nie, ale widziałem policję przed jego domem i jak go wynosili – odezwał się chłopak.
– I ma to coś wspólnego z twoją wycieczką? – spytał Warlord.
– Może, nie tylko ja szukam tego artefaktu.
– Zostań w domu, Kathrin! – powiedział Warlord stanowczym tonem.
– Ona musi mi pomóc, bez niej zginę! – zaprotestował Leo. – Słuchajcie, to nie jest tak trudne, jak się wydaje. Kanion, zgoda, nie jest łatwy, ale jak zlokalizuję artefakt, to będzie to wyprawa jak do sklepu po wódkę.
– Nie piję, Leo. Kanion Colca to kilka tysięcy metrów nad poziomem morza. Apacheta chyba około sześciu. To nie jest wyprawa do sklepu.
– Zastanów się. Odpowiesz mi za miesiąc, półtora. Będę wracał tędy.
– Leo, zadzwoń do matki, bo traci rozum.
– Nie! Namierzą mnie. Wam też nie wolno, bo Kathrin musi być czystym śladem.
– Słuchaj, mały. Jak wspomniałam, Warlord jest fachowcem w swojej dziedzinie. Zadzwoń, nie namierzą cię.
– Jak?
– Poczekaj 10 minut. Zadzwonisz z komputera, ale nie wyśledzą pochodzenia połączenia. Mam taki program na własne potrzeby.
– Spakuję w tym czasie twoje ubrania. Gdzie będziesz spał?
– Nie mogę w hotelu…
– Pewnie! – dziewczyna opuściła ręce. – Jedna kobieta kilka ulic stąd wynajmuje pokoje. Nie pyta o wiele, jak z góry zapłacisz.
– Daj adres.
– Wezwę taksówkę – Kathrin wyjęła z torby komórkę i zadzwoniła po taksówkę. – Będzie za 20 minut. Tak prosiłam. Żebyś porozmawiał z mamą.
– Chodź, zaraz odbierze.
– Halo! – rozległo się z głośnika.
– Mama? – niepewnym głosem spytał Leo.
– Leo, ty żyjesz! – wykrzyknęła kobieta – Gdzie jesteś dziecko? Zaraz po ciebie pojadę! Leo, tak się martwiłam…
– Poczekaj, mamo. Jestem zdrowy i cały. Nie ma mnie w kraju. Odwołaj policję. Jestem w podróży i wrócę za kilka miesięcy. Nie będę dzwonił, bo ktoś mnie szuka. Nic takiego. Mam ważne zlecenie i dużo zarobię, ale nie będę mógł dzwonić. Kocham cię, mamo. Kończę, nie mam drobnych.
– Kocham cię, synku. Uważaj na siebie.
Rozłączył się.
– Dzięki. Jestem ci winien – zwrócił się do Warlorda.
– Jesteś winien Kathrin. Wiele – ten odparł.
– Idź. Taksówka czeka – przerwała im dziewczyna i podała mu rzeczy.
Leo podniósł się, założył kurtkę i zabrał torbę z ubraniami.
– Zadzwonię za 3 tygodnie. Nie zawiedź mnie.
– Dostaniesz pomoc, choć nie wiem czy moją. Nie martw się.
– Wiszę ci. Tak czy tak ci wiszę.
Drzwi zamknęły się za chłopakiem. Kathrin spojrzała na Warlorda w oknie monitora.
– Co myślisz? – spytała po chwili.
– Nie jedź z nim. To niebezpieczne. Sama wyprawa może być niebezpieczna, a tu jeszcze nie wiadomo, kto depcze mu po piętach.
– Trzeba mu kogoś znaleźć, Warlord, kogoś zaufanego. Ty masz ludzi wszędzie.
– Poszukam kogoś w Peru. Może w Limie albo Cuzco. Dam radę w trzy tygodnie. Ty tam nie możesz jechać.
– Ale numer – Kathrin opadła na łóżko. – Ja tu sobie spokojnie żyję, a tu tak łatwo mnie znaleźć.
– Jak cię znalazł?
– Czekał przed firmą i mnie śledził.
– Nie podoba mi się to.
– No dobra. Daj mi kwadrans, a poopowiadam ci do snu.
– Jasne.
Kathrin poszła do łazienki i weszła pod prysznic. Woda zmywała kurz i napięcie całego dnia. Jaka ulga. Od razu lepiej.
Flanelowa biała piżama w czerwone różyczki z czerwonymi obszyciami nie była może specjalnie kobiecego kroju, ale zimą niezastąpiona. Teraz, przy dużych mrozach, w starych kamienicach potrafiło być naprawdę zimno. Temperatura rzadko przekraczała 18 stopni.
– Dobrze. Teraz możemy kontynuować – rzuciła rozsiadając się wygodnie.
– Dawaj, Kath.

– Pamiętasz, chłopiec wprowadził ich do domu. Zapadła noc. Noce zmieniły się znacznie od czasu, gdy ten jedyny raz dziewczyna włożyła ten mały biały kamień pod głowę. Każdej nocy bowiem nawiedzał ją ten sam jeden sen. Zamieszkał w jej podświadomości i wracał, wracał tak uporczywie każdej nocy, że nie mogła myśleć ani planować nic innego, jak wybawienie ukochanej istoty od śmierci.
Rankiem, po śniadaniu, dziewczyna pomogła posprzątać i pomyć naczynia w misie, tak by ich obecność dla gospodarzy była jak najmniej uciążliwa.
Słońce już dobrze wstało i Kronikarz wezwał dziewczynę, by mogli pójść do miejsca jej pozostania na najbliższe miesiące.
– To nieopodal, przy murach grodu z tyłu. Kowal ma głośną pracę, więc jego siedziba jest nieco oddalona, by nie przeszkadzać mieszkańcom.
– Kowal to? – spytała zdziwiona.
– Tak, pomożesz mu przy pracy, w domu, on cię wszystkiego nauczy. To przyjaciel.
Dziewczyna była co najmniej zainteresowana. Praca kowala wymagała siły i wprawy. Do tego mogła liczyć na naukę, a to wszystko, czego chciała. Nie była zainteresowana dobrymi warunkami ani lekkim życiem. To by ją rozleniwiło i nie mogłaby wypełnić misji. Ciężka praca i trening, to wszystko czego oczekiwała.
– To już tu – Kronikarz zwrócił się do niej, po czym zawołał na wychodzącego ku nim mężczyznę – Omirze, znajdzie się u ciebie chwila dla przyjaciela?
– Dla tego przyjaciela zawsze i o każdej porze. Cieszę się znów cię widzieć – mężczyzna objął Kronikarza, gdy ten tylko zsiadł z konia. – A tu co wieziesz ze sobą?
– Wiozę ci pomoc w gospodarstwie. Odkąd żona twa odeszła w gorączce, sam dźwigasz na sobie opiekę nad dziećmi i pracę. Oto jedna, która pomoże ci nad tym wszystkim zapanować, ale nie za darmo.
– Bogactwa u mnie nie ma, drogi Kronikarzu. Teraz pracuję mniej, bo obowiązków więcej – mężczyzna spojrzał na dziewczynę. – Chodźcie, chodźcie do domu.
– A dziękujemy, wejdziemy z radością. Otóż, Omirze, nie bogactwa szuka dziewczyna, a mądrego nauczyciela, który nauczy ją władać mieczem. Czasy teraz ciężkie i mężów nie staje. Chłopców się będzie brać do walki. Ma swoje zadanie, które wyśniła jednej nocy i bronić Helmowego Jaru pragnie, jak taka potrzeba nastanie.
– Helmowego Jaru nikt jeszcze nie pokonał. Nie trzeba tam kobiet do walki.
– Kiedy zło na północy się wzmocni, i kobiet, i dzieci potrzebować możemy. Pozwól jej zostać za taką zapłatę.
– Jeśli ty mnie o to prosisz, pozwolę. Za pomoc w domu, będę ją uczył. Jak mam ją zwać? – tu mężczyzna zwrócił się od dziewczyny.
– Nie trzeba jej tyle twej uwagi, panie. Zawołasz „dziewczyno, przyjdź”, a dziewczyna przyjdzie, zawołasz „odejdź”, a odejdzie.
– Jeśli nie chcesz zdradzać imienia, dobrze. Nie będę naciskał. Ręczy za ciebie Kronikarz i to mi wystarczy.
– Ręczę, przyjacielu, i wiem, że nie będziesz zawiedziony.
– Oto moje dzieci – mężczyzna wskazał na gromadkę w głębi izby. – Najstarszy Berel, liczy 8 wiosen, potem Senisja, 6 wiosen, i Mea, najmłodsza, 3 wiosny. Nimi się zajmiesz i domem, a ja wreszcie pracą. Będę cię trenował po południu.
– Dobre to wieści dla dziewczyny. Jeśli pozwolisz, oddali się do dzieci i obejrzy miejsce, w którym będzie pracowała.
– Idź, dziewczyno, potem pokażę ci, gdzie spać będziesz, a teraz mamy tu do omówienia ważne sprawy z Kronikarzem.
Dziewczyna odeszła, a mężczyźni zaczęli dysputy polityczne. Dzieci przyglądały się dziewczynie i nie miały odwagi się odezwać. Dziewczyna rozglądała się natomiast po obejściu, kuchni i podwórzu. Potem podeszła do dzieci.
– Jeśli się zgodzicie, od tej chwili dziewczyna będzie wam pomagać we wszystkim, a ojcu waszemu pozwolicie do kuźni wrócić.
– Acha! – odpowiedział Berel wpatrując się w dziewczynę i nie mogąc więcej wydusić, zaskoczony sytuacją.
– No to pokażcie, co lubicie robić i czym zajmujecie się każdego dnia.
– Ja jestem najstarszy i pomagam ojcu. Senisja sprząta, ale i dużo bawi się z Meą. Mea tylko się bawi i wszędzie chodzi. Trzeba jej dobrze pilnować. Ojciec zrobił taki płotek przez izbę, by nie wchodziła do kuchni i nie oparzyła się od ognia lub jadła.
– I dziewczyna będzie pilnować i Mei, i wam pomagać, byście i wy trochę dzieciństwa jeszcze mieli na zabawy.
– Miło mówisz – uśmiechnął się Berel. – Chodź, pokażemy ci podwórze i naszą klaczkę i kury, i miejsce, gdzie się bawimy, gdy ojciec pracuje – chłopak pociągnął dziewczynę za rękę i cała gromada wybiegła z izby.
Kowal miał dobre dzieci. Dokazywały czasem i ćwiczyły cierpliwość, szczególnie dziewczyny, która mało wcześniej przebywała wśród ludzi i nie wiedziała, co i jak ma odpowiadać na różne sytuacje. Uczyła się jednak nowych obowiązków pilnie, a kowal doceniał jej pomoc i jak obiecał, tak popołudniami uczył ją sztuki posługiwania się mieczem. Kronikarz znów udał się na północ z wieściami zebranymi tutaj, a w życiu dziewczyny zaczął się zupełnie nowy rozdział.
Tym optymistycznym akcentem zakończę już dzisiaj, Warlordzie, gdyż dzień był naprawdę nienormalny. Choć biednej dziewczynie się poszczęściło.
– Hm, dość łatwo poszło.
– Nie chwal dnia przed zachodem słońca. Niespodzianki się zdarzają wszędzie, także i w Śródziemiu. Dziś jednak jest spokojnie i czas iść spać, bo jutro wielkie party i witamy Nowy Rok.
– Ano witamy. Nie spodziewałem się. Jedenastego nie dożyję, ale ten jeszcze powinienem zaliczyć.
– Zaliczysz znaczną jego część. Musisz dosłuchać do końca.
– Właśnie – potwierdził podchwycając jej myśl.
Pożegnali się i rozłączyli jak zwykle w dobrym nastroju. Taka mała rzecz, dobre słowo przed snem, potrafi podnieść na duchu.