Odc. 5, w którym skończył się rok…

Odc. 5, w którym skończył się rok…


Ostatni dzień roku był do niczego. Wszyscy śpieszyli się gdzieś a handel zamierał już tuż po południu. Kathrin w nadziei, że coś jeszcze zje w którejś z restauracji Złotych Tarasów, co wybawiłoby ją od gotowania i tego dnia, pośpieszyła do centrum.

– Dostanę jeszcze coś u was? – zapytała stojąc przed barem Tokio, który lubiła najbardziej w tym miejscu. Dość McDonaldsa, dość Subway’a i Burger Kinga. Kebab też zdawał się być jakiś ciężki i w zasadzie Tokio, ze swoimi makami, wydawał się w sam raz.

– Niestety, zamykamy. Dziś centrum działa do piętnastej.

– Och, to gdzie polecacie? – odpowiedziała zrezygnowana.

– Proszę iść to tej knajpki tuż przed Hard Rock Cafe. Oni są otwarci.

–Wzasadzie i jedni i drudzy – dodała inna kelnerka.

– Dzięki.

Kathrin zrezygnowana poszła w kierunku ruchomych schodów. „Jak można zamykać o piętnastej?”, pomyślała. Złościło ją, że nie brano pod uwagę jej potrzeb, ale oczywiście z drugiej strony świetnie rozumiała, że ludzie potrzebują czasu, by przygotować się do całonocnej zabawy. Mała restauracyjka była jeszcze czynna. Szybko zamówiła jakieś danie bez specjalnego wahania i zjadła w pośpiechu, by zdążyć przed zamknięciem. Jedyne, co jej zostało, to przejść do Hard Rock Cafe, które zamknie się ostatnie, o ile w ogóle, zamówić dobrą kawę i przy dźwiękach muzyki posurfować po Internecie. Fajnie jest być w domu, ale czasem, w taki dzień jak dziś, dobrze posiedzieć w knajpie i popatrzeć na ludzi, na ekran i znów na ludzi.

– Kathrin! – usłyszała za plecami. – Widzę, że szukasz towarzystwa. Inaczej nie siedziałabyś sama w tym miejscu w Sylwestra.

– Cześć Mikołaj – odpowiedziała z filiżanką przytkniętą do ust, po czym szybko ją odstawiła. –A ty? Co tu robisz?

– Sprzedaliśmy dzieci teściom. Idziemy na imprezę z Kamilą. W zasadzie to świetnie, że cię widzę, bo mieliśmy iść jeszcze z jedną parą, ale dziewczyna nawaliła. Chłopak został na lodzie. Znasz go z mojej sali. Albert Treter.

– Albert?! – rozpoznała od razu. – Ale wiesz, ja nie planowałam dziś nigdzie iść prócz koncertu na placu, i nie mam nic do ubrania, i włosy…Sam wiesz.

– Włosy, Kathrin, masz najpiękniejsze w Warszawie, zaraz po mojej żonie, ma się rozumieć. A nic takiego nie trzeba zakładać. To muzyczna impreza, która koło jedenastej przeniesie się pod Pałac Kultury na koncert i zwinie się z powrotem po koncercie. Wszyscy więc stawiają na ciepło i z fantazją, a ty masz fantazję. Dawaj, podwiozę cię do domu, to będziesz miała jeszcze czas – rozkazał wskazując drzwi. – Już od dawna nie mieliśmy wiele czasu by prywatnie pogadać. Żonka też się ucieszy, bo ona nie widziała cię jeszcze dawniej.

– Myślałam, że spędzę czas z Warlordem. Wiesz, kiepski jest.

– Hm, racja! – zastanowił się chwilę. – Mam pomysł. Weź to cudeńko, włączymy i ustawimy tak, by był na imprezie i rozerwał się nieco od szpitala.

– To już lepiej – przyznała. – Chodźmy więc!

Nie ma to, jak szalone decyzje jednej chwili. Kathrin mimo swego konserwatyzmu, bo chyba taka trochę była, lubiła przełamywać swoje standardy. W zasadzie siedzieć w Nowy Rok w domu, nie mając nawet telewizora, z pewnością nie byłoby fajne.

Ubrała się w stylu dość klasycznym. Na szczęście praca zmusza ją do bywania w różnych miejscach, więc wystarczyło wyjąć z szafy długie, czarne jedwabne spodnie, srebrne szpilki i czarną marynarkę, srebrno połyskującą w dyskretnym, klubowym świetle. Nie taką w stylu „wieś tańczy i śpiewa”, ale przeciwnie – bardzo stylową i elegancką, z iluminacją księżycowego srebra na tyle dyskretną, że nikt nie posądziłby jej o przesadę.

Do takiego stroju zbędna była większa biżuteria. Kathrin nie lubiła zresztą przesady w niczym, więc i także w stroju. Upięła kasztanowe włosy odsłaniając szyję i zrobiła rozświetlający twarz makijaż.

Została ostatnia rzecz do założenia. Nie zastanawiała się nad tym zbyt długo. Givenchy. Koniecznie Ange Ou Demon. W sam raz na taką okazję. Ważne, by nie przesadzić. „Hm, anioł czy diabeł?” I tu natychmiast przypomniała jej się jedyna postać, jaka mogła zaprzątnąć ją tym pytaniem, stojącą w pełnym, kobiecym rynsztunku przed lustrem – Darken Rahl. Sama historia Seekera jej się aż tak nie podobała. Ładna, miła i przyjemna, o prostej fabule. Piękne krajobrazy, w końcu to Nowa Zelandia, wyraźnie dobrzy i wyraźnie źli bohaterowie. Nic takiego, ale postać Rahla była majstersztykiem. Fantastyczny mężczyzna z silną osobowością. Niezwykle inteligentny, błyskotliwy, opanowany i silny. Mężczyzna o rzadkiej determinacji i koncentracji na celu. Cel wprawdzie był chybiony, ale cała reszta pociągała jak narkotyk. „Panie Parker, nie dość, że jesteś pięknym facetem, to gdybym mogła wierzyć, że zagrałeś to tak świetnie, bo oddaje to twoją własną osobowość, już dziś wsiadłabym do samolotu – pomyślała – a i ten głos. Mógłby być narratorem w erotykach. Zrobiliby fortunę”. Kathrin nie miała jednak pojęcia, jakiego rodzaju osoba manipuluje jej wyobraźnią i co naprawdę siedzi za tymi pięknymi, niebieskimi oczyma. Nie była już nastolatką sikającą po nogach na widok pięknej buzi, a przecież niczego więcej pewna być nie mogła. Ponadto przecież ów człowiek ma własne ułożone życie i tysiące fanek marzących o nim po nocach. Nie. Nie było w jej stylu takie zachowanie. Poczucie godności nigdy nie pchnęłoby jej do narzucania się jakiemukolwiek mężczyźnie, a celebryci to już zupełna przesada.

Mikołaj podjechał po nią o ósmej. W aucie czekała już jego żona i Albert.

–Wow! Kathrina, z którego wybiegu wracasz?

– Dzięki. Dla tak pięknego towarzystwa nie mogłam pozostać Kopciuszkiem.

– No chyba tylko z tego momentu na balu – dodał Albert i odjechali.

– Miejsce było dla niej nowe. Zdecydowanie zrobione przez dobrego dekoratora. Eleganckie, w jazzowym stylu. Zdjęcia Louisa Armstronga, Elli Fitzgerald czy Pata Metheny. Pat był dla niej równie przystępny, jak sam Louis. Jedno, czego nie lubiła w jazzie, to wolnego stylu. Takie rzępolenie pod wpływem chwili, a najgorzej jak się trafi na tę gorszą chwilę. Na szczęście knajpa okazała się jazzowo-bluesowa. Muzyka więc była naprawdę wybornie dobrana i przyjemnie się było przy niej bawić. Kathrin podłączyła Warlorda, który ponarzekał przez chwilę, nie spodziewając się dziś wypadu na imprezę, ale na szczęście szybko się „nawrócił” i zaczęła się zabawa.

Nastrój był świetny. Nie dało się pozostać w swoim gronie, gdyż obsługa imprezy praktycznie to uniemożliwiała. Już po dwóch godzinach, wszyscy zachowywali się jakby byli znajomymi od dość dawna. Właściciel zapowiedział retransmisję spod Pałacu Kultury tuż przed północą, ale znajdowali się na tyle blisko, że postanowili wyskoczyć choć na pół godziny, by zobaczyć powalające fajerwerki. Pani prezydent powiedziała parę słów, jakie należało w tej chwili powiedzieć i zaczęło się odliczanie. Kathrin skierowała kamerkę komputera na szczyt Pałacu, tak by Warlord na własne oczy zobaczył ten cud po polsku. „Osiem, siedem, sześć…” – tłum odliczał coraz głośniej.

– To już, Warlord, zakończyliśmy kolejny rok, i kolejny przed nami.

– Dzięki tobie, Kath.

– …trzy, dwa, jeden! Szczęśliwego Nowego Roku! – zakrzyknęli wszyscy i rozległ się huk sztucznych ogni. Wszelkie kolory poczęły wybuchać na niebie wielkimi pióropuszami świateł. Najróżniejsze rodzaje fajerwerków rozdzierały niebo. To nic w porównaniu do ogni Gandalfa, ale widok zapierał dech. Ognie wybuchły jednocześnie nie tylko nad Pałacem, ale w całym mieście. Gdzie byś nie odwrócił wzroku, tam błyszczały to mniejsze, to większe iluminacje we wszystkich kolorach tęczy.

Całe przedstawienie trwało około pół godziny. Artyści wrócili na scenę i rozległa się muzyka, a mróz zawrócił naszą grupkę do miejsca, gdzie rozpoczęli zabawę w okrzykach radości i zwrotkach piosenek.

Właściciel knajpy miał kolejną niespodziankę wieczoru. Kiedy weszli do środka, zobaczyli w jednej z sal przez drzwi karaoke. No, to musiało się sprawdzić.

Od razu ruszyli w tamtą stronę. Mieli w głowie dość bąbelków, zarówno tych od heinekena, jak i tych biało musujących, by bezwstydnie obnażać swe beztalencie.

– Zobacz, Kath, mają tu Gary Moora – Albert zaczepił dziewczynę.

– Jejku, nie znam nowych kawałków. Chętnie zaśpiewam potem coś starego – odparła.

Mikołaj śpiewał pierwszy wraz ze swoją Kamilą. Wybrali „Easy to love” Elli.

Potem kilka innych osób zaśpiewało wybrane utwory, często przy akompaniamencie „The Drunk Enough Band” i wówczas w szranki stanęła Kath. Podeszła do sprzętu i ustawiła muzykę.

– „Use to be so easy To give my heart away But I found that the heartache was the price you have to pay I found that that love is no friend of mine I should have know’n time after time”.

Były to ostatnie słowa zaśpiewane solowo. Cała sala przyłączyła się do zwrotki:

„So long it was so long ago But I’ve still got the blues for you …”

Zabawa była przednia. Głosy zanikały w krtani. Kiedy nie dało się już więcej wypić ani więcej zaśpiewać, Mikołaj zadzwonił po taksówki.

– To była świetna impreza. Dzięki, Kathrin, i dzięki Warlord – Mikołaj i Kamila pożegnali się ciepło.

– Odwiozę cię moją taksówką – zaproponował Albert. – Świetnie się bawiłem. Uratowałaś mojego Sylwestra i nigdy nie dopuszczę, by wydarzyła się jakakolwiek większa impreza bez ciebie.

– Dzięki, Albert. Też się dobrze bawiłam. Jak mniemam, Warlord też, choć już się pożegnał.

– Nie wiedziałem, że się tak dobrze bawisz. Myślałem, że jesteś sztywna i zasadnicza.

– Jestem zasadniczo radosna, Albert. Mało o mnie wiesz i ja się ludziom nie narzucam – odpowiedziała dobrze rozbawiona.

– Jest taksówka, wsiadaj – podał jej rękę.

Dojechała do domu, gdy zaczynało już świtać. Zdjęła buty nie czując już stóp, a przecież miała szpilki. Odłożyła ubranie do koperty z napisem „do pralni”. Demakijaż, prysznic, szklanka wody, by głowa mniej bolała po przebudzeniu, i szczelne zasunięcie zasłon. Reszty już nie pamięta.

obraz5-900x500

– Och, łajćku! Moja głowa – Kathrin spróbowała usiąść. Nie pamięta, jak butelka wody i aspiryna znalazła się przy łóżku. Najwyraźniej była dość przytomna przed snem, by sobie zrobić ten mały prezent. Dzień nie zapowiadał się świetnie. Nie planowała niczego robić, nigdzie iść i z nikim rozmawiać. Utrata przytomności mogłaby rozwiązać problem, ale niestety za bardzo bolała ją głowa, by mogła w jakikolwiek sposób odlecieć. „Oj, nie trzeba było pić piwa z szampanem”, pomyślała i postanowiła wypić tyle wody, ile wejdzie, a wierzyła, że ból głowy po alkoholu to efekt odwodnienia. Po wypiciu morza wody, zamierzała iść dalej spać. Jeszcze tylko siusiu i kraina słodkiego spokoju.

Ponownie obudziła się około trzeciej po południu. Ból zelżał i można było wysilić mózg do pewnych głębszych przemyśleń.

„Pizzerie zamknięte, lodówka nie za bogata. Hm! Trzeba będzie polecieć na programie minimum. Ser i pieczywo. Świat by zginął bez sera”.

Otworzyła komputer i zagryzając powoli weszła na lokalną stronę.

Dryń, dryń!

– A niech to! Warlord, chcesz mi mózg rozerwać?

– Oooo! Mamy kaca?! – roześmiał się zaczepnie.

– Kacuszka, maleńkiego – Kathrin zgięła się z wykrzywioną w bólu twarzą – Jest ok, ale ostre dźwięki przywołują koszmar.

– Takiej cię nie pamiętam – stwierdził karcąco.

– Źle się bawiłeś? – zapytała w tonie „odczep się”.

– Nieźle. Niespodziewanka. Bardzo mi się podobało, szczególnie jak śpiewałaś. Masz talent.

– Po kilku piwach każdy ma talent,Warlord.

– Fakt. A jak z noworocznymi postanowieniami?

– Postanawiam nie pić.

– No to akurat teraz rozumiem. A dalej.

– Pytasz serio?

– No tak, każdy coś sobie postanawia. Ja na przykład nie będę palił.

– Przecież nie palisz.

– Właśnie, tym łatwiej się wywiązać.

– Takich postanowień mam setkę.

– Postanów nie jechać z Leo do Peru.

– Może. Nie mogę jednak dopuścić, by coś mu się stało.

– Ja nie dopuszczam myśli, by to tobie się coś stało.

– Och, nie dziś Warlord. Miej litość.

– Masz rację. Odpuszczam.

– Dzięki. Jesteś super – Kathrin się rozluźniła po niemiłym spięciu. – Szczerze mówiąc i ja mam jakieś postanowienie. Czuję, że coś się w tym roku zmieni. Nie wiem jeszcze co, ale jak się pojawi, postanowiłam nie wiać gdzie pieprz rośnie, a po prostu wziąć to.

– Cieszy mnie to. Na pewno coś fantastycznego ci się przytrafi. Szkoda, że ja tego już nie zobaczę.

– Może zobaczysz, choć może z innej perspektywy.

– Chociaż ty mi nie wmawiasz, że na pewno nie umrę. Wiele to dla mnie znaczy, że jesteś jedyną osobą, dla której śmierć nie jest zbyt przerażająca, by ją zaakceptować. Tylko ty akceptujesz, że umrę wkrótce i tylko z tobą mogę o tym normalnie rozmawiać. Nie wiesz, jakie to dla mnie ważne.

– Kiedy byłam mała, chorowałam na oskrzela. Miałam ze 12 lat. Byli tam chłopcy ze zwłóknieniem płuc. Mieli takie palce jak pałeczki perkusisty. Generalnie jakby dożyli do osiemnastki, to mieli szansę żyć długo, ale wiele dzieci na to umiera. Dorośli lepiej znoszą chorobę. Wiele rozmawialiśmy o śmieci, ale nikt z nas się jej nie bał. Nie wiem dlaczego dzieci się nie boją umierać. Może wizja kary nie jest jeszcze tak mocna, a może fakt, że nie zostawiasz tu ukochanej osoby czy dzieci, bo jesteś za mały, to ułatwiał. Pamiętam jednak te rozmowy i od tamtej pory śmierć mnie nie przeraża. Każdy z nas umrze. Cóż tu robić ceregiele. Ty przynajmniej się spodziewasz. Ja nie, a mogę nie przejść przez ulicę jeszcze dziś. Kto więc ma gorzej?

– Hm! Nie chcę umierać, ale akceptuję ten fakt. Cieszę się, że nie jestem w tym sam – Warlord zacisnął zęby i wstrzymał oddech.

– Boli cię? – zapytała – Tak mi przykro.

– Boli częściej i mocniej. Dają mi na noc jakieś silne leki przeciwbólowe. Rano jestem jak na kacu. Przynajmniej śpię chwilę.

– Spróbuję więc odwrócić twoją uwagę choć trochę i opowiem ci, co było dalej z naszą dziewczyną.

– Świetnie. Potrzeba mi trochę fantazji teraz.