Odc. 6, o tym jak dziewczyna trafia do domu Meneki.

Odc. 6, o tym jak dziewczyna trafia do domu Meneki.


– No dobrze, daj pomyśleć – zamyśliła się i zaczęła.

– Dziewczyna nie tylko pomagała przy dzieciach i przygotowywała jedzenie, ale i pracowała w kuźni, kiedy mogła. Nie przy wyrobie czegokolwiek, ale nosiła, ustawiała, prezentowała towar kowala, często też pomagała w robieniu kolczug, gdyż swoimi smukłymi i sprawnymi palcami dużo łatwiej jej się nawlekało kółeczka niż kowalowi, który potrzebował do tego specjalnych narzędzi. Sam bowiem miał ciężkie, męskie, mocne ręce, które nie nadawały się do precyzyjnej pracy. A dziewczyna? Pracowała ciężko. Była do ciężkiej pracy nawykła, ale to nie jedyny powód. Wiedziała, że walka to naprawdę ciężka fizyczna praca i nie da się spełnić marzenia, bez odpowiedniej siły.

Nie minęły dwa miesiące, a ciało jej smukłe i blade zyskało kolor i kształt, o jakim każda kobieta marzy. Skóra jej była dość cienka, by widać było każdy mięsień, każde wgłębienie, szczególnie w czasie treningu.

Dzieciaki lubiły się przyglądać nauce, a młody Berel dostał nawet drewniany miecz, by ćwiczyć razem ze swoją opiekunką.

– Ciach, prach! – przecinał powietrze. – Mam cię, zaraz mnie popamiętasz! Ja jestem Berel Wielki. Ochronię te damy przed tobą, potworny potworze!

Senisja chichotała z boku, udając księżniczkę, a Mea biła brawo małymi rączkami.

Dziewczyna jednak rzadko rozpraszała się na tyle, by docenić wysiłki młodego wojownika, gdyż bez reszty skupiona była na ćwiczeniach. Unoszenie miecza nie stanowiło już takiego problemu jak na początku. Walka szła jej coraz łatwiej, głównie za sprawą determinacji.

Treningi trwały jeszcze pół roku. Nadeszła zima i dni stały się krótsze.

– Ja zrobiłem już chyba wszystko co mogłem, by cię uczyć. Trenowałaś ciężko i ciężko pracowałaś. Nie mógłbym marzyć o lepszej opiekunce dla dzieci i lepszej pracownicy.

Nie mogę cię jednak zwodzić. U mnie już niczego więcej się nie nauczysz. Powinnaś wrócić do Helmowego Jaru i tam ćwiczyć u ludzi wprawionych w walkach.

– Chcesz, panie, odesłać dziewczynę? A co ona zrobi sama i dokąd pójdzie?

– Nie odeślę cię samej i nie zostawię bez pomocy i środków do życia. Przez te pół roku byłaś mi wielką pomocą. Mogąc się skupić na pracy, dużo zrobiłem i dużo zarobiłem.

Za kilka dni przybędzie tu moja siostra. Ona ze mną zostanie. Ja wypłacę ci pieniądze, które starczą ci na pewien czas. W Helmowym Jarze mieszka na stałe mój brat. Jest strażnikiem. Przesłałem mu wieść miesiąc temu i właśnie dziś otrzymałem odpowiedź przez tych ludzi, których widziałaś dzisiejszego ranka. Prosiłem go w twojej sprawie i zgodził się ci pomóc. Tam uzyskasz znacznie lepszą pomoc niż tu, a kiedy będzie po wszystkim, o ile jeszcze będziemy żyć, zawsze możesz tu wrócić i izba dla ciebie się znajdzie.

– Nie wie dziewczyna czy się cieszyć z możliwości dalszej nauki, panie, czy smucić, że dom twój opuści, a w szczególności te ukochane dzieci. Wiele ci, panie, zawdzięcza. I pragnie byś wiedział, że jesteście jak jej rodzina. Serce jednak dąży do dzieła, które jej powierzono wraz z magicznym snem, a sen ten tkwi w sercu jak cierń, zadający ból przy każdym uderzeniu.

– Za sześć dni będzie jechał orszak do Jaru z żywnością. Zawiezie i potajemnie broń, bo król nie jest w siłach, by o obronie ludu myśleć, a ten gad u jego boku wiele szkód wyrządza. Przypilnujesz ładunku i dopilnujesz, by brat mój dostał go w całości. On cię przyjmie i wyszkoli znacznie lepiej niż ja tutaj. A i straże węszą, że cię do walki sposobię.

– Co powiesz, panie, tak uczynię. Za sześć dni wyruszę do Jaru z ładunkiem broni i żywnością.


Dni mijały szybko. Dziewczyna posmutniała i dzieci na wieść, że odjeżdża. Przywiązali się bowiem do siebie. Ulgę przynosił wysiłek treningu, a i dzieci bardziej milczące, bardziej skupione na pracy.

Przedwiosenne kwiaty pokryły pagórki i zrobiło się dość zielono w dolinie. Z pewnością podnosiło to na duchu i wzmagało optymizm. Życie ma w sobie taką moc podnoszenia na duchu, taką moc wzbudzania nadziei, że wiele słów nie odda tego, co wyraża mały, jasnozielony listek nieśmiało rozwijający się tuż przy gałązce. Jak zmartwychwstanie.

Kwiaty. Zapach wieczorem roznosił się po okolicy, a są kwiaty, które pachną najsilniej właśnie wieczorem. Miło wówczas otworzyć okna i napawać się do nocy.

Dziewczyna jak nikt głodna była tych zapachów i widoków. Całe lata spędziła wśród drzew, i to nie jakichś tam drzew, a drzew Fargornu i Lothlorien.

Tam dopiero były widoki! Drzewa wiecznie zielone i te obnażające się na zimę jak panny zmieniające suknie. Było i mrowie kwiatów na polanie, i takie, które kwitły również zimą.

Tu, w mieście, u kowala, niewiele było roślin. Pusta ziemia wokół kuźni stanowiła niezbędny plac. Mury, ściany i tylko świat za murem, który wzywał do domu.

Trochę z żalem, a trochę z poczuciem wolności, jaką ma się wyjeżdżając na dzikie wakacje pod namiotem, dziewczyna pożegnała dzieci i kowala, by dosiąść swego konia.

– Ta dla ciebie – kowal podał jej kolczugę lekką i delikatną tak, że traciło się poczucie jej przeznaczenia. – To nie mitril, ale ochroni cię nie gorzej. Zmieniłem sploty nieco i grubość drutu.

– Ta nie wie, co powiedzieć panie – dziewczyna zaniemówiła. – Jest tak piękna.

– Jedźcie bezpiecznie. Prześlijcie wieści drogą powrotną.

– Bywajcie, z serca wam dziewczyna dziękuje!

Droga była już znana. Podróż sprawna i bez zbędnych przystanków. Przed nocą dotarli na miejsce.

– Bramy jeszcze nie zamknięte. Dobrze – powiedział jeden z mężczyzn.

– Ano, nie będą przeszukiwać wozu. To dobrze. Jedźmy prosto do Janeki. Im bliżej bramy zostawimy towar, tym bezpieczniej – odpowiedział inny.

– Panie, cały ładunek ma dotrzeć do domu Meneta, tak zaadresował go Omir – wtrąciła się dziewczyna.

– Nie pouczaj mężczyzn, kobieto. Menet mieszka za wejściem do jaskiń. Nie chcemy przykuwać uwagi wielu ludzi. Janece można ufać i u niego zostawimy ładunek.

Dziewczyna nie odezwała się więcej i tak wjechali do miasta. Za bramą skręcili w lewo i dotarli do małej uliczki. Przy jej końcu znajdowała się brama prowadząca na wewnętrzny dziedziniec domostwa. Brama była prosta, drewniana, bez dodatkowych zabezpieczeń. Podobnie drzwi domów, z drewna z okolicznych drzew. Niektóre z wyrzeźbionymi końmi na wysokości wzroku.

Część orszaku rozjechała się od bramy w swoje strony i z wozem zostało już tylko trzech mężczyzn i dziewczyna. Jeden z nich, niski o ciemnoblond włosach sięgających ramion, zeskoczył z wozu i podbiegł do bramy. Ujął w rękę kołatkę i stukając zawołał.

– Jest kto w tym domu, by przywitać strudzonych gości?

– Kto tam tak stuka? – rozległ się głos z wnętrza. – Jakby góra wybuchła.

– Przyjaciele, Janeko, głodni i spragnieni z drogi, prosto do ciebie jedziemy. Drzwi otworzyły się ciężko i wyszedł z nich mężczyzna średniej postury, krępy i dość umięśniony.

– Witajcie – zawołał ściskając rękę męża, który zastukał w drzwi. – Witajcie – podbiegł do zsiadających z wozu pozostałych mężczyzn i ich uściskał.

– I ty witaj, dziewczyno. Mam nadzieję, że podróż nie była zbyt uciążliwa.

– Witajcie, panie. Podróż była miła. W wozie jest dar dla Meneki. Pozwól, panie, dziewczynie odejść i powiadomić Menekę o swym przybyciu i bezpiecznym dotarciu daru rąk kowala.

– Pozwolę, ale najpierw wjedźcie wozem za bramę, a sami wejdźcie do domu by zjeść po męczącej drodze.

– Niech tak będzie, panie.

– Nie martw się. Poślę mego syna do Meneki, by go przyprowadził.

Wjechali wozem na podwórze i zeskoczywszy upewnili się, że towar jest dobrze zabezpieczony i że pokrycie nie zsunęło się na wyboistej drodze. Po tych oględzinach weszli do domu.

Dziewczyna na widok żony Janeki przywitała się i od razu skierowała się do niej.

– Jeśli potrzebujesz, pani, pomocnej ręki, dziewczyna pomoże ci z posiłkiem w kuchni. Pozwól jedynie ręce obmyć po drodze.

– Chodź! Pomoc twoja się przyda. Dam ci ręcznik. Woda jest tam, w dzbanie. Nalej do misy i umyj się. Przyjdź do kuchni, pomożesz mi przygotować kolację. Nie będzie tego wiele. Upiekłam wczoraj mięso.

Kobieta wyszła a dziewczyna nalała wody do misy. Woda była zimna. Obmyła nią ręce i twarz, po czym osuszyła powoli. Tego jej właśnie było trzeba. Czysta skóra oddycha tak, jakby płuca już nie były potrzebne. Odetchnęła głęboko, odłożyła ręcznik i udała się do kuchni. Kolacja była gotowa w kilka chwil. Mięso podgrzane na piecu. Chleb połamany. Do tego potrawa gotowana z rosnących w okolicy warzyw, zebranych ubiegłej jesieni. Do picia była woda.

Kobieta podziękowała dziewczynie za pomoc i poprosiła ją, by usiadła przy stole z innymi. Jeszcze nie skończyli jeść a w drzwiach stanął chłopiec z Meneką. Kiedy tylko weszli do izby i Meneka przywitał się z Janeką i pozostałymi, chłopiec wskazał na dziewczynę.

– To ona. To ją przysłano do ciebie, panie.

– Witaj – Meneka podszedł do dziewczyny. – Młoda, piękna i waleczna – roześmiał się, a za nim pozostali mężczyźni.

– Witaj, panie. Nie czas na młodość i urodę w tych dniach. Świat sposobi się do wojny i tylko to dziś się liczy – dziewczyna odpowiedziała.

– Oooch! Widzę, że brat mój nie przesadzał. Chodźmy więc, bo towar trzeba przewieźć, a już się ściemnia.

– Tak jest – dziewczyna wstała od stołu i pożegnawszy się skinieniem, poszła za mężczyzną. Mijając po drodze chłopca, uśmiechnęła się – Jak motyle? Nauczyłeś się z nimi rozmawiać?

– Nie słuchają mnie, ale nie uciekają jak do nich mówię.

– Czują twoje serce. Nie zniechęcaj się – dziewczyna uścisnęła jego dłoń, po czym wyszła z pomieszczenia.

Meneka poprowadził ją do wozu, wsiadł na niego i zaprosił gestem dziewczynę. Ta szybkim ruchem wskoczyła z tyłu i odjechali.

obraz6-900x500

Dom Meneki był oddalony od wejścia do jaskiń w miejscu, gdzie zewnętrzny mur styka się ze skałą. Wejście było niepozorne, ale zaraz za nim ukazał się dość przestronny hol, z którego wchodziło się do trzech izb. Jedną była kuchnia, jedną jadalnia i jedną bardzo przestronna sypialnia. Z holu prowadziły też schody na dół do wysokiej piwnicy. Były tam trzy pomieszczenia jak na górze. W jednym była spiżarnia, w drugim składzik, a trzecie zostało przygotowane dla dziewczyny na jej mieszkanie. Meneka postawił tam łóżko ze słomianym materacem, krzesło i stół pod niewielkim oknem wychodzącym na podwórze. Okno było dokładnie na wysokości placu. No, może ponad nim tylko tyle, by deszczówka nie wlewała się do środka. Pomieszczenie było surowe jak sam Meneka. Ten od lat żyjący samotnie nie nabrał łagodności, jaką wnosi do domu obecność kobiety. Od lat w niepewności, wciąż słysząc różne doniesienia z Isengardu to z Mordoru, nie stracił ducha. Silny i waleczny. Prosty w sercu i zachowaniu. Bez sentymentów obciążających jego serce.

– Tu będziesz mieszkać – Meneka wprowadził dziewczynę do izby. – Za drzwiami jest palenisko. Możesz napalić na noc. W dzień nie marnujemy drewna. Wiosna jest łaskawa.

– Tak, panie. Będzie jak powiesz. Nie szuka dziewczyna wygód, a nauki, by spełnić swoją misję.

– O tym pogadamy rano. Teraz przygotuj się do spania. Drewno jest w składziku. Świece masz na stole a krzesiwo obok – obrócił się i nie czekając na odpowiedź wyszedł.

Dziewczyna była bardzo zmęczona. Zapaliła świecę i poszła po drewno, gdzie i rozejrzała się by zapoznać się z pomieszczeniem. Drewno leżało niedaleko wejścia. Weszła, wzięła kilka łuczyw pod pachę i przeniosła do kominka. Poszła jeszcze raz i drugi, aż miała wystarczająco drewna na całą noc. Gdy zamknęła drzwi swej izby, usłyszała Menekę znoszącego broń do składziku. Usłyszała dziwne skrzypnięcie i głuchy dźwięk zza ściany. Tam było jeszcze jakieś przejście. Postanowiła nie zajmować się tym teraz. Napaliła w kominku i usiadła na łóżku. Okryła się kocem i patrzyła na trzaskające łuczywa. Nie minął kwadrans jak upadła na poduszkę i głęboko zasnęła.

– Śpisz już, Warlord?

– Nie, ale chętnie to zrobię. Po tak wyczerpującej podróży?! – zażartował.

– Ja również zmrużę oczy. Głowa mnie jeszcze boli. Może jak się prześpię, to mi przejdzie.

– Najpierw wypij dwie szklanki wody. Głowa boli z odwodnienia. Potem się prześpij.

– Tak jest, kapitanie! – wykrzyknęła.

Kathrin pożegnała się z Warlordem i wyłączyła komputer. Ból głowy przypomniał jej o wybrykach poprzedniej nocy. Skorzystała z rady chłopaka i wypiła tyle wody, ile dała radę. Potem położyła się, zamknęła oczy i zasnęła. Spała tak dobre trzy godziny, a kiedy się obudziła, było już dalekie popołudnie. Spałaby pewnie dłużej, gdyby żołądek nie przypomniał jej, że nie jadła w zasadzie od poprzedniej nocy. Głowa nieco odpuściła. To był dobry pomysł z tą wodą. Podeszła do lodówki i wyjęła kubek serka. W lodówce była też sałatka, ale uznała, że serek będzie bezpieczniejszym rozwiązaniem. Serek i bułka. Przecież to klasyczna podstawa żywienia. Gorąca herbata rozgrzała zmarznięte ciało.

Po posiłku Kathrin postanowiła się przejść dla dotlenienia i rozprostowania kości. Było już po zmroku, jak to w styczniu. W oknach paliły się światła, a na ulicy było niewiele osób. Mróz nie sięgał 10 stopni, więc nie było tak źle. Powoli doszła do rynku Starego Miasta, gdzie zawsze byli ludzie, a stamtąd pod Zygmunta. Z placu był piękny widok na Wisłę i dzielnice za nią. Ponieważ nie było mowy o wejściu gdziekolwiek na coś ciepłego, gdyż w pierwszy dzień roku wszystko jest słusznie zamknięte, Kathrin powolnym krokiem kierowała się w stronę domu.

„A więc zaczęło się – pomyślała – nowy rok, jak nowa kartka w pamiętniku. Czym ją zapisać? Czy pozostanie nudna, czy zechcę do niej wracać myślami z przyszłości? Co zrobię, kiedy Warlord umrze? Nie „jeśli”, ale „kiedy”? Hm, jakie to pewne. Przecież może się jeszcze coś wydarzyć, coś naprawić w jego ciele, a ja już go skazałam”.

cdn.