Odcinek 10, o tym jak Kathrin dostała tajemnicze zlecenie.


Dziewczyna szybko wyjęła chleb i pozostały pasztet. Rozłożyła przygotowaną wcześniej tkaninę na ziemi i poukładała na niej, co miała. Znalazło się i nieco orzechów. Na owoce była jeszcze nie pora. Była dopiero wiosna, niemniej dziewczyna miała przy sobie swoje przetwory z lasu nad Anduiną. Dżem jagodowy i konfiturę z malin. Przechowywała te rzeczy na specjalną okazję, a ta właśnie taka była. Spotkała przecież swoje marzenie. Lepszej okazji nie będzie.

Hmm! – zamruczał Haldir, patrząc na rozłożoną żywność. – Istną ucztę nam naszykowałaś, sąsiadko.

Takie tam drobiazgi. Nie są to sławne lembasy, panie, ni żadna strawa, do której przywykłeś. Te konfitury zrobiłam z owoców rosnących nad Anduiną.

Mężczyzna skinął na towarzysza wskazując mu miejsce obok siebie. Wziął do ręki gliniany garnuszek i uchylił pokrywę zbliżając go do nosa. Zaczerpnął woni malin i zamknął oczy.

W jednej chwili zabrałaś nas do domu, czarodziejko – zwrócił się do gospodyni.

Nie czary to, a serce dziewczyny i wasze, panie. Wystarczy spojrzeć. Brzeg Anduiny tak pachnie – zamyśliła się, po czym dodała: – Jedzcie, panowie, do syta. Z pewnością ważne sprawy was wzywają. Nie możecie o nich myśleć z pustym brzuchem.

Czy to zwykła sąsiedzka troska, czy jest coś, co chcesz przykryć tą gościnnością? Lepiej byś powiedziała nam i pozwoliła uniknąć niespodzianek – rzucił Haldir niby od niechcenia.

Dziewczyna zamarła w bezruchu i dziękowała losowi, że jej oczy zwrócone były w zawstydzeniu w inną stronę. Wstała i podeszła do wyjścia jaskini. W jej głowie burzyły się myśli i obrazy, ale przecież nie chciała go straszyć obłąkanymi wizjami.

Nic ci, panie, nie grozi. Nie zanosi się na wojnę w tych dniach, prawda? – spojrzała na niego.

Zanosi się od dawna, ale raczej nie teraz. Wróg nie śpi – zamyślił się, patrząc przez otwarte wyjście.

Długo pozostaniecie, panie, w Jarze?

Nie przybywamy do Helmowego Jaru. Tylko przejdziemy przez miasto jak się ściemni. Nie chcemy się rzucać w oczy.

Haldir sięgnął po kolejny kawałek chleba i zwrócił się do kompana.

Rumilu, mamy jeszcze trochę czasu. Możesz pójść i uzupełnić zapasy w mieście jak się posilisz.

Mężczyzna odwrócił się do niego i odparł w sindarinie, mając nadzieję, że dziewczyna nie rozumie, nie ukrywając gniewu.

Nie zostaniesz sam z tą kobietą Haldirze. Może to pułapka. Zwodzi nas gościnnością, nie wiadomo, co ma w zanadrzu. Sam powiedziałeś, że coś ukrywa.

Dziewczyna usłyszawszy te słowa gwałtownie się odwróciła i podbiegła bliżej. Już miała coś powiedzieć, gdy Rumiel widząc ją szybko zmierzającą w ich stronę, dobył miecza. Dziewczyna stanęła jak wryta. Spojrzała na ostrze i zamarła w bezruchu.

Haldir zerwał się i złapał Rumila za rękę. Mężczyzna zawahał się przez chwilę i opuścił dłoń.

Przestraszyłeś ją, bracie – Haldir odpowiedział już spokojnym głosem. Spojrzał na dziewczynę, która wzrok nadal miała utkwiony w ostrzu. – Brat mój nic ci nie zrobi – oświadczył łagodnie.

Nie o swoje życie się martwię – wyszeptała budząc się z letargu. Podeszła do Rumila, spojrzała mu w oczy i dodała w ich języku: – Na śmierdzących orków dobywaj, panie, miecz swój. Prosta dziewczyna nie ośmieli się podnieść ręki na dostojnych elfów.

Nawet o tobie nie pomyślałem. Chochlą mnie ugodzisz czy wzrokiem przebijesz – syknął z ironią. – Myślałem czy komuś nie dasz znaku i nas nie zaskoczy. Skąd znasz naszą mowę?

Dziewczyna przypomniała sobie, że pod ścianą leży jej miecz. Odwróciła się tak by go zasłonić i dodała.

Nie mnie obawiaj się, panie. Wielkie zło się budzi. Tam skieruj swą nienawiść, a język wasz znam od dziecka, choć pamiętam lepiej inny, podobny, quenya.

Dziewczyna odwróciła się do Haldira i zwróciła do niego:

Jeśli chcesz, panie, ja sama pójdę i przyniosę co trzeba.

Jeszcze czego – krzyknął Rumil. Spojrzał na Haldira i ruszył w głąb jaskini rzucając: – Czym prędzej wrócę.

Zostali sam na sam? – spytał Warlard.

Tak, drogi przyjacielu. Jak tu się nie wydać w takiej sytuacji. Przecież wydawało się, że wystarczy podejść, objąć go, otoczyć niewidzialną tarczą i ukryć przed złem. Opowiedzieć o przyszłości i zapobiec tragedii.

I tak zrobiła? To nudne.

Nie – roześmiała się Kathrin – wziąłby ją za wariatkę, plus żadna z niej Bella Swan. Nie miała żadnej tarczy.

Nawiązujesz do „Zmierzchu”?

Tak.

Jesteś walnięta.

Halo! Ja być przyjaciel. Ty być walnięty. To ty czytać dzieła największych popaprańców historii.

twarz10

Mówisz o…

Tak! Więc jak wspomniałam – odwróciła się i kontynuowała – magicznej tarczy nie miała, ani nią nie była.

Nie byłaś jeszcze we wsi? – spytał Haldir dziewczynę.

Nigdy dalej niż ta polana, panie. Niedawno twoja rozmówczyni odkryła przejście.

Po co szukałaś po jaskiniach? Nie wiesz, że to nie bezpieczne?

Śmierć nie lubi takich jak ta tu dziewczyna i nawet szukana ucieka – spuściła wzrok – …jak inni. Nie jest w niebezpieczeństwie, nie ona – odwróciła się w stronę wyjścia. – Słońce wysoko. Patrz, panie, jak pięknie.

Byłaś samotna – odpowiedział nie zwracając uwagi na pogodę. – Tyle lat sama w lesie z drzewcem za kompana.

Skąd wiesz panie o drzewie? – zakłopotała się. – Drzewo to zawsze przy mnie trwało jak osoba. Miałam czasem wrażenie, że nagina konary, by zakryć mą grotę lub odsłania słońce, gdy dziewczyna chciała się nim cieszyć.

Nie rozmawiał z tobą?

Mówisz, panie, o roślinie – spojrzała na niego z niepewnością.

Ludzie nie rozmawiają z drzewami i nie kochają lasów – zasmucił się i wyszedł na zewnątrz. Stanął przy wyjściu i zaciągnął się powietrzem.

Mylisz się, panie. Ta całym sercem kochała swój las i wielki dąb u wejścia i szum jego gałęzi. Wiele marnych pieśni mu zaniosła, a to odszumiało jakby rozumnie.

To nie zwykłe drzewo. Świat pełen jest przedziwnych stworzeń. Moi przodkowie nauczyli drzewa mówić. Zwą się drzewcami. Nie mieszają się w sprawy ni nasze, ni ludzkie, ale ten stał przy twej grocie jak strażnik. I jego tam już nie ma.

Ścięto ten dąb – wykrzyknęła w zaskoczeniu dziewczyna.

Nie ścięto, a odszedł. Cały dzień kręciły się przy nim wilki, a rano już go nie było.

Dziewczyna osunęła się na trawę u wejścia i spojrzała w dal. Przypomniała sobie jak śpiewała drzewu pieśni i jak wspinała się na jego gałęzie. Jak zawsze to było proste. Jak zbierała jego żołędzie i układała na kupce, a rano ich tam nie było. Myślała, że jakieś zwierze się posilało.

Haldir widząc jej zasmucenie podszedł do niej i położył rękę na jej ramieniu. Spojrzał na nią i niemal szeptem, łagodnie dodał:

Mówimy o drzewie?

No tak, tyle że tak jakoś to nie było zwykłe drzewo. Zastępowało dziewczynie rodzinę, której nie znała. Choć to przecież drzewo.

Niewiele już drzewców zostało. Zapewniam cię, że to nie zwykła roślina. To stworzenie starodawne, które, nie wiem czemu, chroniło cię przez wiele lat. Drzewa ściśle rosły od rzeki, tak że po twojej stronie orków nie widziano.

Ściśle? – jakby przebudziła się nagle – Do rzeki miałam zawsze wolną drogę.

Wiele razy sam przemierzałem ten brzeg i z twojej groty nigdy nie było tam przejścia.

Co mówisz, panie! Jakbym mogła brać wodę czy łowić ryby?

Hm, z pewnością nie kłamiesz. Jest więc jedno wytłumaczenie. Widać drzewa mają serca i oczy z pewnością, skoro widząc cię, postanowiły cię tak chronić.

Gdyby miały oczy, nic by to nie pomogło, skoro tuż za rzeką tak piękne istoty przemierzały ziemię.

Miło to słyszeć. Ludzie nie często mówią nam tak miłe rzeczy.

Dziewczyna rozluźniła się i dopiero wówczas zorientowała, że na jej ramieniu spoczywa jasna, jedwabna niemal dłoń. Tak lekka, że ledwie wyczuwalna.

Haldir cofnął rękę i złączył dłonie za plecami. Spojrzał na nią i dodał:

A ty myślałaś, że jesteś sama i nikt o tobie nie wie – mówiąc to, uśmiechnął się przyjaźnie i ujął delikatnie jej ramię.

Dziewczyna spojrzała na niego. Jego jasna twarz niemal błyszczała w słońcu. Gładkie czoło zakończone jedwabnymi, jasnymi jak światło włosami nie skrywało żadnego niepokoju. Piękne łuki brwi silną kreską odznaczały się od jego jasnej twarzy. Oczy błękitne, jak czyste niebo w ciemnej oprawie miękkich rzęs, rozlewały spokój i opanowanie, jakich nie widziała w żadnych innych oczach na świecie. Oczy pełne godności i spojrzenie pełne siły. Prosty nos nadający szlachetnego wyglądu prowadził do jeszcze nie zamkniętych ust. Jak jasne, jeszcze nie w pełni dojrzałe maliny, odsłaniały zęby tak białe, jak agaty z dna Anduiny. Uroda i postawa tego elfa była tak powalająca, że dziewczyna zamarła w bezruchu. Twarz jej pobladła a oczy niemal zaszły mgłą. Omal nie upadła, w zachwycie wstrzymując oddech.

Coś się stało? – Haldir zaniepokoił się widząc jak dziewczyna niemal mdleje i pomógł jej usiąść na kamieniu.

Och, nie, nie! – zawstydziła się. – Nic takiego. Po prostu tak trudno uwierzyć w twoją opowieść. Coś w sercu mówi, że to prawda, ale rozum nie dopuszcza takich opowieści. I to, że wszyscy wokół wiedzieli, a dziewczyna żyła pewna, że sama jest na świecie i nikt nie zauważy, gdy coś ją spotka. Tak dawno ją porzucono. Nikt nie zna jej losu.

Nie wiem dlaczego mówisz o sobie „ona”. Jestem jednak pewien, że ktoś zna twoją historię. Jeśli nawet entowie cię chronili, to nie przypadek.

Haldir odwrócił się w stronę lasu i położył ręce na biodrach w zamyśleniu.

Brat mój niedługo wróci. Poczekaj tu na niego. Wrócę na chwilę do obozu, uprzedzę o twoim przyjściu przyjaciela. Gdybyś chciała odwiedzić wioskę, pytaj o Ramusa. To oddany przyjaciel.

Dziewczyna chciała zawołać za nim, że się wcale nie wybierała do wsi, ale było już za późno. Elfowie są szybcy. Lekkim, bezszelestnym niemal biegiem oddalił się i zniknął między drzewami.

Kathrin. Muszę kończyć – wydusił z siebie Warlord zaciskając zęby – czuję się kiepsko.

Warlord, co z tobą? – Kathrin zerwała się z łóżka.

Nic nowego, Kath. Czasem tak mam. Do jutra przejdzie. Wówczas pogadamy.

Niech moc będzie z tobą, wojowniku – odpowiedziała zatroskana.

Nie rozśmieszaj mnie, błagam – wykrztusił w mieszance bólu i skurczu śmiechu.
W tym samym momencie na wezwanie jego alarmu przybiegła pielęgniarka i obraz znikł. Bywało już tak, że mu się pogarszało. Kathrin wiedziała, że Warlord wiele przed nią ukrywa i że cierpi bardziej, niż ona zdaje sobie sprawę. Czuła się taka bezsilna, taka bezużyteczna wobec jego choroby. Gdyby znała milion najlepszych lekarzy i milion najlepszych farmaceutów, nic by jej to nie pomogło w walce z tym potworem. Nikt nie znał odpowiedniej broni lub jej po prostu nie było. Jaki ból, jaki nieznośny ból.

Następnego ranka dzwoniła mama Warlorda by powiedzieć, że przez kilka następnych dni Warlord będzie na silnych lekach i głównie będzie spał, ale potem się obudzi, gdyż leki przeciwzapalne nieco poprawią jego stan. Kathrin rzuciła się w wir pracy, a popołudniami trenowała dla pozbycia się złej energii.

Nadszedł luty. Był poniedziałek rano, gdy Kathrin weszła do biura i zaobserwowała atmosferę poruszenia. Niepewna, czego jest świadkiem czy uczestnikiem, podeszła do czajnika i nastawiła wodę. Spoglądając na krzątającego się szefa i rozbawionego Alberta, wyjęła torebkę jaśminowej herbaty i tuż po wyłączeniu się czajnika zalała wrzątkiem.

Panno Kathrin – usłyszała zza pleców – proszę do mnie.

Tego głosu nie da się pomylić. Nieco podwyższony, lekko zasapany głos człowieka, który wyczuł pieniądze i nie wie, jak się do nich dobrać.

Już idę, szefie – poczekała aż herbata nasiąknie, wyjęła torebkę, podniosła filiżankę i podążyła do gabinetu.

Coś się stało? – zagadnęła udając zainteresowanie.

Tak, nareszcie coś wielkiego. Coś niesamowitego – niemal wykrzykiwał rozentuzjazmowany mężczyzna. – Zarobimy fortunę.

Pan zarobi fortunę. A co to za książka?
– Nie tylko książka, ale i klucz do jej otwarcia. Zajmowałaś się już dziwnymi sprawami. Dasz radę.

Klucz do książki? Nie jestem odźwierną, a antykwariuszką – oburzyła się Kathrin. – To nie zwykły klucz. Księga to jakieś tam bzdury o przejściu do innego świata. Takie fantazje. Kolekcjoner lubi fantazje więc płaci za znalezienie książki pół miliona. I pokrywa wydatki.

Pół miliona? A co to za książka?

Jakiś Cristino. Nie, czekaj, Cristobal z … – zmieszał się – nie pamiętam. Za czasów panowania Baltasara de la Cueva Enríquez.

Lata siedemdziesiąte XVII wieku – potaknęła z uznaniem. To musi być niezwykły wolumen.

Tak, masz rację. Ten Cristobal napisał opowieść o nazwie tłumaczonej na nasze „Podróż do ziemi obiecanej”. Chyba go za herezje spalili. Nie jego jednego, ale podobno ukrył księgę, a w innym miejscu klucz do jej otwarcia.

A dlaczego mnie pan to mówi? – wtrąciła Kathrin.

Jedziesz do Peru, oczywiście.

Do Peru! – wykrzyknęła w przestrachu dziewczyna.

Artur dałby się pokroić za tę wyprawę. O co ci chodzi? – zdziwił się.

To może Artur powinien jechać. Ja nie mogę. Mój przyjaciel umiera, nie mogę wyjechać.

Artur nie zna hiszpańskiego. Umie kupić książkę na Allegro. Tu potrzeba znajomości języka, kultury, historii.

Co ja wiem o XVII w. w hiszpańskich koloniach?

Wiedziałaś kiedy panował Baltazar de la Cueva Enriquez. Artur zna najwyżej Baltazara Gąbkę – oburzył się wstając od stołu. Podszedł do okna, odsłonił firanę od niechcenia i rzucił: – Masz jakieś dwa miesiące na przygotowanie się. Czytaj, ucz się. Wyszukuj informacje.

Dwa miesiące? No tak, to sporo czasu.

Nie będę cię obarczał prostymi zleceniami. Możesz bywać w pracy raz w tygodniu, pod warunkiem, że będziesz się przygotowywać.

No a kto jest klientem albo skąd mam wziąć informacje?

Klient chce zachować poufność. Informacje prześlę ci pocztą, jak tylko je dostanę. A, i klient chciał, byś postudiowała coś o źródle Amazonki. Wiesz, kultura, geografia…

Ale to Peru – odparła skonsternowana.

No widzisz! I jesteśmy w domu. No idź już. Mam robotę.

Kathrin wyszła na korytarz i skierowała się do swojego zakątka. Nie wiadomo skąd, przed jej oczami pojawił się obraz Leo. „Co za zbieg okoliczności – pomyślała. – On wprawdzie szukał artefaktu. A może też tego klucza. Nie, to niemożliwe. Tamto miało wiele wyższą cenę. A może starego zatkało na myśl o kwocie wyższej niż przeciętnie zarabia. Przecież najcenniejsze książki wystawia się na aukcjach, nie kupuje się przez antykwariaty. Tu nie obraca się takimi kwotami. Ach, nie warto się w to zagłębiać”.

Nie upierała się, by pozostawać w biurze kiedy nie trzeba. Wypiła swoją herbatę i wyszła na zewnątrz. Wiatr omiótł jej twarz, co sprawiło, że niemal pożałowała, że nie każą jej doczekać na miejscu, w Ameryce Południowej, gdzieś w Wenezueli czy nawet Brazylii. Tam na pewno jest cieplej.

cdn.