Odcinek 13, w którym dziewczyna dociera do wsi i zdobywa nadzieję


twarz13

No, najadłaś się już?

Właśnie wracam z nieba. Ta kobieta gotuje… – rozmarzyła się, gdy przerwał jej przyjaciel.

Obiecałaś! – przypomniał jej.

No tak. I tak nie zrozumiesz. To było polskie danie, ale ona tak…

Kathrin!

Roześmiała się przyjaźnie.

Skończyliśmy, o ile pamiętam, gdy dziewczyna zaplanowała wypad do wsi po drugiej stronie.

Było jeszcze ciemno, gdy nasza bohaterka wymknęła się podziemnym przejściem do jaskiń. W jaskiniach i tak jest ciemno, więc nie miało to żadnego znaczenia. Tylko to zmęczenie po niezbyt dobrze przespanej nocy.

Gdy wyszła na polanę, trawa lśniła w pierwszych promieniach słońca. Zimna rosa głaskała łydki. Niebo rumiane jeszcze na wschodzie nabierało błękitnego koloru. Dziewczyna rozejrzała się wokół i westchnęła głośno. To kolejna nowa granica do przekroczenia. Kolejne miejsce, za którym jeszcze nie była. Zrobiła powoli krok, potem drugi i z każdym następnym zaczęła maszerować pewniej i szybciej.

Podszedłszy do drzew po drugiej stronie polany położyła rękę na pierwszym z nich.

Dzień dobry. Może i ty jesteś drzewcem, o jakich mówił pan Haldir – uśmiechnęła się na wspomnienie.

Drzewo zaszumiało wraz z otaczającymi je towarzyszami i dziewczyna nie wiedziała czy to odpowiedź, czy po prostu wiatr. Chwila wydała się magiczna, mimo iż nie znalazła żadnego potwierdzenia istnienia owych stworzeń. Sama myśl, że mogłyby istnieć i że wie o nich od… ach!, od niego, od pana Haldira, było wystarczającym czarem.

W gąszczu wypatrzyła wąską ścieżkę. Nie prowadziła do polany, ale zadziwiająco blisko.

Weszła na nią i skierowała się w głąb. Szło się wygodnie, ale dziwnie jakoś tak ścieżką. Jakby wysyłając wiadomość „Oto idę!”. Z drugiej strony żałowała nieco, że nie ma przy sobie swego konia. Czułaby się z nim nieco pewniej.

Szła tak dość długo, przystając jedynie raz na chwilę by odpocząć i coś zjeść na śniadanie. Słońce minęło już zenit, gdy zobaczyła pierwsze zabudowania. Domy jak domy. Ściany, dachy. Wszystko ze ściemniałego drewna. Podwórka wyglądały nieco inaczej niż po tamtej stronie gór, zwierzęta w innych zagrodach, ogrodzenia barwione na zielono.

Dziewczyna postanowiła nie pukać w żadne drzwi. Po prostu przejść w tę i z powrotem gościńcem, jeśli będzie gospoda, to zatrzymać się na posiłek.

Tym sposobem minęła pierwsze zabudowania odpowiadając uśmiechem na machanie małej dziewczynki układającej coś z kamyków na podwórzu. Dalej, za niewielkim polem, był kolejny dom i jeszcze jeden po drugiej stronie. Za domem zobaczyła niewielkie wzgórze, na którym jak korona położony był na szczycie budynek gospody „Podkówek”.

Dziewczyna była już dobrze głodna. Nie zatrzymywała się od dłuższego czasu, trochę z podniecenia wywołanego oczekiwaniem nowego, trochę z lęku przed nieznanym lasem, który chciała mieć jak najszybciej za sobą.

Panienka tak sama w podróży? – zagadnął karczmarz.

Witam. Cóż można u was zjeść, najchętniej ciepłego? Co macie? – odparła tak jakby żadne pytanie wcześniej nie padło.

Rozumiem, nie moja sprawa – zmieszał się mężczyzna za ladą. – Mamy musiec, który zawdzięcza swą nazwę temu, że każdy musi tę zupę zjeść, jeśli chce zachować siły, i potrawkę z patrygi. Patryg u nas dużo w strumieniu więc podajemy ją z warzywami co drugi, trzeci dzień. Będzie smakować.

Musiec więc. Skoro gwarantuje siłę, panie gospodarzu – rozejrzała się wkoło i utkwiła wzrok w stole przy oknie od strony gościńca. – Tam podajcie – wskazał ręką.

Jak sobie panienka życzy – gospodarz odwrócił się i nałożył danie do mniejszego garnka by je podgrzać na piecu.

Stolik, podobnie jak inne sprzęty, był drewniany, choć kolor drewna był ciemniejszy, a słoje w świetle padającym z okna miały lekko fioletowawy odcień. Dziewczyna pierwszy raz widziała taki kolor drewna, ale nie chciała się wdawać w dyskusje z gospodarzem pytając o jego pochodzenie. Nie chciała też, by wydało się, że nie zna okolicy i jest w zasadzie bezbronna w obcym otoczeniu.

Musiec był gęstą zupą ze sporą porcją ciemnego mięsa. Zaprawdę stanowił posiłek sycący i rozgrzewający, co w pełni usprawiedliwiło nazwę. Dziewczyna kończyła jeść, gdy do gospody wszedł mężczyzna o ciemnych włosach sięgających ramion. Mężczyzna miał niewielką bliznę nad okiem, co byłoby w miarę normalne, gdyby był w stroju żołnierza, ale ten miał na sobie gospodarską koszulę i grube płócienne spodnie w niczym nie przypominające żadnego ze strojów znanych jej wojowników. Cóż, zapewne miejscowy chłop. Już miała z powrotem wbić wzrok w okno, gdy mężczyzna podszedł do jej stolika.

Jestem Ramus. O ile się nie mylę, mamy wspólnego przyjaciela, który wczoraj uprzedził mnie o twej wizycie.

Och, pan Hal.

Tak właśnie – przerwał jej w pół słowa mężczyzna. – Jesteś panienko może głodna?

Nie, właśnie dziewczyna zjadła miskę muśca i chyba nie będzie już musiała jeść do lata – uśmiechnęła się spuszczając wzrok.

Może więc przejdziemy się? Piękny dziś dzień – zaproponował, a dziewczyna od razu zrozumiała, że mimo kilku zajętych stolików, wrzawa nie jest dość zagłuszająca pojedynczą rozmowę, by mówić otwarcie o ważnych sprawach bez narażenia się na podsłuchiwanie. Nie wiadomo przecież, kto słucha i co mógłby z tym zrobić.

Oczywiście – wstała i podążyła za nim wierząc, że pan Haldir nie pokierowałby jej ku niebezpiecznym ludziom.

Wyszli z gospody i skierowali się w głąb osady w przeciwnym kierunku do tego, z którego nadeszła.

Poproszono mnie, bym udzielił ci wszelkiej pomocy, gdybyś takiej potrzebowała. Jednocześnie nie wiem, kim jesteś, ale nasz przyjaciel wydaje się ci ufać.

Jej serce zalewała fala ciepła za każdym razem, gdy mężczyzna określał pana Haldira mianem jej przyjaciela. Zarumieniła się, po czym odpowiedziała starając się opanować emocje:

Pan Haldir bardzo łaskaw dla dziewczyny, panie. Ta od dziecka mieszkała nad piękną Anduiną, u ujścia Celebranta. Co wieczór słuchała śpiewu tych białych stworzeń, pięknych i wyniosłych. Często widywała patrole, a pan Haldir ubiegłego popołudnia powiedział, że oni wiedzieli. A ta przez te wszystkie lata myślała, że jest sama, że nikt nie wie.

Smutna to historia samotnego życia – zadumał się mężczyzna. – Nie masz rodziców, rodziny?

Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko spuściła wzrok. Gdyby choć wiedziała, skąd się wzięła w tym lesie.

Co, panie, jest tam dalej? – wskazała ręką przed siebie.

Świat, panienko. Kilka stadiów stąd jest spora osada. Kupcy, szewcy, kowal. Gdybyś potrzebowała coś kupić lub sprzedać, to właśnie tam. Najlepiej jednak pójść tam kiedy wstaje słońce. Potem ludzie wracają do swojej roboty.

A komu służą mieszkańcy tych ziem?

Rohanowi. Przynajmniej oficjalnie. Wielu tu ma niebezpieczne przymierza. Jeśli potrzebujesz, zaprowadzę cię rano do osady, ale lepiej byś tam sama nie szła. Masz bardzo jasną skórę, inną niż ludzie tutaj. Wyróżnisz się tą bladością. Mogą zadawać pytania. Ktoś może nie lubić odpowiedzi, a czasy jakieś napięte się robią.

A pan Haldir, też raczej biały?

On nie zapuszcza się dalej niż mój dom. Ja przekazuję mu wszelkie wieści.

Jak go, panie, poznałeś? – spojrzała oczami pełnymi ciekawości.

Widzę, że cię bardzo interesuje ta osoba – roześmiał się.

Nie bardzo, ale to więź z domem. I sam, panie, powiedziałeś, że biała skóra się tu wyróżnia i że nie bywa dalej niż twój dom, a więc jak cię poznał?

Przybył tu niegdyś z innym przyjacielem. Stąd się znamy – odpowiedział spokojnie, choć najwyraźniej nie planował wdawać się w szczegóły.

Ach, to tak po prostu… – była niemal rozczarowana.

No proszę. Nie wiem czego się spodziewałaś, ale ludzie na ogół spotykają się tak po prostu. Jak ty i ja. A ciebie co tak rzuciło daleko od domu?

Wojna, panie. A właściwie wizja tej wojny, która nadchodzi.

A więc i dziewczęta spodziewają się wojny. Niewątpliwie coś jest na rzeczy. W Mordorze ruch jakiś. Ludzie z północy boją się tej mocy i w razie wojny zapewne przyłączą się do Mordoru choćby ze strachu. Tu ludzie są raczej skołowani. Nie wiem co się stanie. Takich jak ja, lojalnych wobec Rohanu, po tej stronie gór nie mamy wielu. No i z Isengardu niepokojące wieści.

Tak. Spore poruszenie. Sporo orków zaczęło się pojawiać w okolicy. Wojny nie da się uniknąć. Można jedynie się przygotować.

A jak tak młoda panienka chce się przygotować do wojny? – roześmiał się.

Jeśli i ręce sprawne i głowa, wszystko jest możliwe. Nie doceniacie, panie, siły drzemiącej w kobietach, a one całe domostwa noszą na swych barkach. Są silniejsze, niż myślicie.

Ano prawdę powiadasz. Moja siostra jakby dostała takiego orka pod rękę, nawet plama by z niego nie została, ha ha ha! A i ja się jej boję, jak coś jej na humor nastąpi.

Śmiejcie się, panie, śmiejcie – obruszyła się dziewczyna.

No to jaka twoja decyzja, chcesz iść rano czy nie?

Chętnie zobaczę osadę i tamtejszy targ – odpowiedziała bez wahania.

Dobrze więc. Zaprowadzę cię do gospody i poproszę o pokój dla ciebie. Jak mam cię przedstawić?

Nie wiem – odpowiedziała z zakłopotaniem – jak chcecie, panie.

Nie chcesz zdradzić imienia nawet? Mnie możesz zaufać.

Nie to, ja nie znam – zakłopotała się i utkwiła wzrok w ziemi kołysząc się nerwowo. –Ja nigdy nie miałam i nie potrzebowałam imienia. Ja nawet nie wiem skąd jestem.

Nie masz żadnej rodziny, żadnej pamiątki?

Nie – zamyśliła się. – No chyba, że kamień.

Kamień? – zainteresował się Ramus.

Tak. Mały, zielony, rzeźbiony kamyk. Śliczny jest.

Masz go ze sobą? – mężczyzna spoważniał.

Tak, noszę go zawsze. O, tu – wygrzebała drobiazg z tobołka.

To niesamowite – Ramus wziął kamyk do ręki i zaczął go oglądać. – Wiesz, to chyba nie jest zwykły kamyk.

No nie. Jest piękny – odparła rozbawiona.

Nie, nie dla jego urody. Ja nie wiem na pewno, ale na północy był port na rzece. Tamtejsi ludzie posługiwali się takim pismem, jak te znaki tutaj. Całkiem możliwe, że jakaś magia jest ukryta w tym kamyku.

Magia? Z północy? – odparła poważnie. – Co ty, panie?!

Powiadam ci, że to nie zwykła błyskotka. Koniecznie jutro pójdziemy do osady. Znam tam kogoś, kto dużo podróżował na północ. Nie wiem czy pomoże, bo lud tamtejszy wytępiła zaraza. Może i twoi rodzice uciekali od zarazy i umarli w drodze, a nie porzucili cię wcale – spojrzał na nią poważnie. – Choć to wydarzyło się dawno temu. Bardzo dawno. Ty jesteś za młoda, by to mogła być prawda, choć… – zawahał się – masz takie zielone oczy. Zielone oczy i złote, niemal popielate włosy. To rzadkie połączenie – zamyślił się, gapiąc się na nią.

Pójdźmy, panie. Tak dziewczyna by chciała wiedzieć czy są gdzieś jej początki – w jej głosie pojawiła się nutka determinacji.

Dom. Może kiedyś go miała. Może gdzieś jest to zapisane. Może nie jest porzucona. Może była kochana i chciano ją chronić przed zarazą. Och! To takie ważne dowiedzieć się swojej historii. Czuła, że tej nocy nie zaśnie. Próbowała przypomnieć sobie wszystko, co dotyczyło jej najwcześniejszych wspomnień. Nie było tego wiele. Niestety nie.

Prawie bez słowa, pogrążona w zamyśleniu, poszła za Ramusem do gospody i do przydzielonej jej komnaty. Pożegnała się nieprzytomnie i przygotowała do snu. Sen wydawał się nie przychodzić. Potem obrazy przechodziły jej przez umysł aż straciła poczucie czy to jeszcze jawa, czy już sen jej to pokazuje. Pamiętała strach. Szukanie bezpieczeństwa. Może to rodziców szukała, ale tych nie pamięta w ogóle. Pamiętała znajdowane u wyjścia z groty owoce. Pamiętała, jak szukała w lesie takich samych by je bezpiecznie zjeść. Pamiętała też, że od zawsze koił ją śpiew zza rzeki i widok dębu przed grotą. Nie mogła jednak sobie przypomnieć żadnych zagrożeń. Wycie wilków tak, ale nie wilki. Syk węża tak, ale nie węża. Jakby to wszystko było jakoś oddzielone. Może to prawda, co mówił pan Haldir. Może drzewa osłaniały ją gałązkami i korzeniami. Może z zewnątrz jej siedziba była tak zarośnięta, że nic nie mogło się przedrzeć, bo rzeczywiście nie mogła sobie przypomnieć żadnego zagrożenia. Była przecież dzieckiem, a nie zginęła sama w lesie.

Gdyby umiała się przeprawić przez rzekę, która w tym miejscu była naprawdę głęboka, na pewno poszłaby do białych ludzi. Nie umiała jednak pływać, a i zbocze do rzeki pełne było różnych krzaków, i wiele z nich miało kolce. Zadowalała się więc słuchaniem z oddali.

No, kochani. Co było dalej, dowiecie się następnym razem – odwróciła się i spojrzała w monitor.

Och, Kathrin. To nie fair. Mamy poza tym kilka zaległych dni – zamarudził Warlord.

Zaległości są z twojego powodu, więc reklamacji nie przyjmuję. Reszty dowiesz się jutro.

Ale Kathrin. Wcześniej mówiłaś tylko o białym kamyku, nie wspominałaś, że miała też zielony z napisami!

Daj spokój. Ona sama nie wiedziała, że to ważne.

Ważne. To jakiś magiczny kamień, jak ten biały.

No dziwne, że jednym się trafiają potężne pierścienie, a naszej dziewczynie jakieś jednozadaniowe kamyczki – przyznała Kathrin spoglądając na Warlorda.

No ładnie. Czemu kamyk?

Nie wiem. Kamienie same w sobie są takie tajemnicze. Pomyśl, ile niosą w sobie historii. Ile lat jest zaklętych w każdym z nich!

Racja. Wieki wieków – przyznał chłopak. – No i chyba masz rację, że należy skończyć. Spójrz – wskazał na towarzysza – zasnął. To dobrze. Śpi spokojnie.

No widzisz. To znaczy, że to bardzo zajmująca historia – roześmiała się Kathrin.

Nie przesadzaj. Do jutra – powiedział przyjaciel.

Ok, do jutra. Mam nadzieję, że uda ci się połączyć.

Kathrin wyłączyła komputer i położyła się wygodnie, rozmyślając.

Wyobraziła sobie, jakby wyglądał ów zielony kamyk. Pewnie był to agat, podłużny, rzeźbiony. Na froncie miał napisy w języku, którego nikt już nie pamięta. Czy to zwykła ozdoba, czy może ma jakąś moc, a może zadanie? Skąd pochodzi? A może to przedmiot użytkowy, ale niestety o nieznanym już przeznaczeniu. Może przepustka dokądś, a może korek do butelek na wino, żeby nie uchlać się nieprzytomnie od razu?

Brak możliwości wyjaśnienia czegokolwiek zawczasu był bardzo frustrujący. To głupie. Przecież to jej historia. To ona określa wydarzenia i ludzi, a jednak jakby nie do końca. Historia przychodzi nagle, kiedy otwiera usta i zaczyna pierwsze zdanie. Potem układa się jakoś sama, tak że nawet Kathrin jest zaskoczona, dokąd ją to prowadzi. Jakby natchnienie przychodziło z zewnątrz jak powiew wiatru niosący zapachy, jakie chce. Może to jest właśnie definicja improwizacji? Może historie krążą w powietrzu jak fale radiowe? Wystarczy się dostroić.

Rozmyślania przeszły w sen, a sen w poranek.

cdn.