Odcinek 14, poganianie Kathrin i tajemnica zielonego kamienia dziewczyny.

Odcinek 14, poganianie Kathrin i tajemnica zielonego kamienia dziewczyny.


twarz14

Dryń, dryń! – rozległo się w pokoju.

Kathrin zerwała się na równe nogi usłyszawszy rozdzierający doskonałą ciszę telefon.

Słucham – wymamrotała półprzytomna.

Panno Kathrin, jest pani? Już się tu za panią stęskniliśmy – wypowiedział przeniknięty uszczypliwością głos.

Ach, szef? Coś się stało? – próba przytomnej odpowiedzi się nie powiodła.

Liczyłem na jakiś postęp w sprawie. Kiedy pani wraca?

Są postępy. Cały czas pracuję. Do Warszawy wracam dziś.

Proszę o jakieś sprawozdanie.

Dał mi pan dwa miesiące na przygotowanie się, a dzwoni pan po tygodniu?

Klient dzwonił. Był podenerwowany i chce przyśpieszyć całą akcję. Chciałby, by pani wyjechała za tydzień?

Za tydzień? – wykrzyknęła w słuchawkę trzeźwiejąc ze snu natychmiast.

Biznes to biznes. Trzeba się dostosowywać do rynku?

Nie jestem gotowa. Z nikim się nie kontaktowałam. Ludzie są zajęci, nie rzucą dla mnie wszystkiego ot tak.

Dla pani, panno Kathrin? Nie wierzę – roześmiał się.

Jeśli misja ma zakończyć się sukcesem, to proponuję dać sobie na wstrzymanie, choć miesiąc.

Maks dwa tygodnie. Tyle postaram się załatwić.

Ok, to zawsze trochę lepiej. Wpadnę do biura jutro przed południem.

To było moje następne pytanie. Omówimy szczegóły. Do zobaczenia – mężczyzna rzucił nie cierpiącym sprzeciwu tonem.

Do widzenia – odparła zrezygnowana i rozłączyła się.

Usiadła na łóżku i zamyśliła się. „Przecież Warlord… nie czas na wyjazdy. Będzie się martwił, a to mu nie pomoże”, pomyślała. Wezbrała w niej złość i cisnęła komórką w poduszkę. Na usta cisnęły się jej wszelkie słowa, których ze względu na dobre wychowanie zdecydowała się nie wypowiadać. Zagryzła jedynie wargi i wstała by uderzyć pięścią w ścianę. Na szczęście to była twarda, murowana ściana, która dzielnie zniosła ten atak.

Powrót do Warszawy zajął jej cały dzień. Gdy dotarła do domu było już koło dziewiątej. Zmęczona rzuciła torbę przy wejściu i rozebrała się do prysznica. Ciepła woda rozgrzewała jej zmarznięte ciało. Skóra zdawała się pić spragniona wilgoci i całe ciało powoli rozluźniało się, a stres opuszczał je jak zły sen. Tego właśnie było jej trzeba. Weszła do pokoju, usiadła na łóżku i powoli, z przyjemnością zaczęła wmasowywać w skórę balsam. Niezwykle przyjemny zapach lawendy z czymś jeszcze, czymś co wzmagało poczucie luksusu i spokoju, wypełniło pomieszczenie. Nie potrzebowała już niczego więcej. Zdjęła ręcznik z włosów i po ich delikatnym rozczesaniu włączyła suszarkę. Gdyby to nie był styczeń, pozwoliłaby im schnąć naturalnie. Robią się wówczas takie miękkie i delikatne. Niestety, to był styczeń, a temperatura na zewnątrz sięgała -10 stopni. Jak na styczeń „zaledwie”, gdyż jeszcze kilka dni temu było -22. Jednak nawet to dramatyczne ocieplenie nie pozwoliło podnieść temperatury w mieszkaniu do ulubionych po kąpieli 25 stopni.

Wyciągnęła z szafy ciepłą flanelową piżamę i wskoczyła pod kołdrę, stawiając komputer na kolanach.

Tut, tut! Tut, tut! – wybrała połączenie.

Kath, cześć – odezwał się głos zanim jeszcze pojawił się obraz.

Tak, to ja – odpowiedziała z uśmiechem.

Och my good luck! Fresh and new! – wykrzyknął pełnym podziwu głosem. – Że też jestem w Londynie.

Daj spokój, Warlord, jakbyś mnie nie widział w piżamie.

Dawno chyba nie widziałem, i te rozpuszczone włosy… Ej, jesteś w domu! – zauważył nagle.

Tak, jestem. Mam niespodziankę – jej głos posmutniał.

Co jest? Coś się stało? – chłopak zaniepokoił się.

Szef dzwonił rano. Mam jechać do Peru za dwa tygodnie maks. Chciał za tydzień. Nie jest poważny.

Czemu, co się stało? – Warlord najwyraźniej nie mógł czegoś pojąć.

Ano, klient się niecierpliwi. Coś jest na rzeczy.

Może to ma większy związek z naszym Leo, niż myślimy. Nagle podobna sprawa w podobnym czasie. Miałaś z nim jakiś kontakt?

Nie. Czas go poszukać.

Zajmę się tym jutro.

Warlord, podzwoń po ludziach i pomóż mi.

Kathrin, czy cię rozum opuścił?

Bo? – spytała zaskoczona taką wątpliwością.

Nigdzie nie pojedziesz, jak nie będę miał stuprocentowej pewności, że na każdym kroku masz wsparcie. Choćbym sam miał się zwlec z tego łóżka i tam pojechać.

A więc podoba ci się moja piżama i szukasz pretekstu – roześmiała się.

Jasne. Właśnie mnie rozszyfrowałaś – potwierdził. – Och, gdybym mógł coś więcej, niż tylko gadać!

Daj spokój, jesteś najbliższą mi osobą.

A jednak widziałem cię wyłącznie na ekranie i nigdy nie dotknąłem twojej skóry.

Warlord, właśnie przyszło mi do głowy, że to się da załatwić.

To zaproszenie? – roześmiał się.

Nie, zapowiedzenie się. Przecież mogę lecieć do Peru przez Londyn.

Naprawdę, zrobiłabyś to? – chłopaka ogarnęło podniecenie na tę myśl.

Spokojnie, jeszcze ci zaszkodzi – uspokajała go.

To świetna myśl. Bardzo, naprawdę bardzo chcę cię spotkać.

Więc załatwione. Za dwa tygodnie u ciebie – potwierdziła i nagle wizja tak pilnego wyjazdu zdała jej się znośna.

No to załatwiłaś mi noc. Nie zasnę.

Easy, ja też się cieszę, ale bez paniki. To co, zaczynamy?

Aaaa, poczekaj. Kath, nie masz nic przeciwko temu, by dołączyła do nas koleżanka? Jej stan jest znacznie lepszy. Jeździ na wózku. Widzisz, dowiedziała się od mojego drogiego kolegi i też by chciała słuchać. Niewiele tu mamy rozrywek.

Dobrze, jest tam teraz?

Zaraz dam jej znać. Dzięki, że się zgadzasz, bo jest tu jeszcze kilka osób, które się chcą po cichutku przyłączyć.

O, to już publiczny występ. Po ile sprzedajesz bilety? – roześmiała się.

Jeśli się nie zgadzasz, to nie ma sprawy, ale wiesz, tu życie płynie inaczej.

Warlord, ta opowieść jest twoja, choć pochodzi z mojego serca. Możesz się nią dzielić z kim chcesz. Jeśli ty tak chcesz, to się zgadzam.

Jesteś wielka. Poczekaj minutkę.

Nagle po drugiej stronie zrobił się szum i w ciągu kilku minut zapadła cisza.

Jesteśmy gotowi. Nawijaj.

Tak jest! – odpowiedziała wojskowym tonem, usiadła wygodnie i spojrzała w sufit, biorąc głęboki wdech. – No więc gdzie to byliśmy ostatnio…

Ramus przyszedł tuż po świcie i zastukał w drzwi komnaty. Dziewczyna słyszała dudnienie w oddali, ale wciąż była pewna, że to we śnie, więc nawet nie próbowała się wybudzić. Dopiero za trzecim razem stukanie było na tyle blisko jej świadomości, by przebić się przez marę i pozwolić jej zdać sobie sprawę, że to do drzwi. Podniosła się i zaczęła potrząsać głową by oprzytomnieć i zacząć myśleć w kategoriach logiki. Hm, to tak niezwykłe, że we śnie tok myślenia jest tak intuicyjny i tak często nielogiczny, a na jawie logika wydaje się jedynie słuszną.

Stuk, stuk, stuk! – rozbrzmiało po raz kolejny.

Idzie, już idzie! – zwołała uświadamiając sobie w końcu kto i po co przyszedł.

Zwlekła się z łoża i starając się pomknąć do drzwi niczym burza, powlekła nogę za drugą nogą, by ta z wysiłkiem wyprzedziła poprzednią, aż doszła do drzwi i je otworzyła, opierając się na futrynie.

Ciężko panienkę obudzić – powiedział niemal szeptem Ramus.

Och, prosi o wybaczenie, panie, ale długo nie mogła zasnąć i tyle snów przechodziło przez jej głowę, że nie wie czy spała w końcu, czy nie. Zwykle przytomnieje natychmiast. Dajcie jej chwilkę, zaraz będzie na dole – nie czekając na odpowiedź przymknęła drzwi i w pełni już świadomości poczęła się ubierać. Nie minęła chwila, a już była przy wyjściu.

Ta dziękuje, panie, że zaczekaliście. Pierwszy raz w życiu nie mogła się obudzić. Chciała się wyrwać snom, a one nie puszczały. Prosi o wybaczenie.

Nic nie szkodzi. Miałaś dużo wrażeń wczoraj. Nie przywykłaś. Do tego przywołaliśmy duchy przeszłości. Może chcą ci coś powiedzieć?

Duchy już nic nie mówią, panie. To żywi często nie mogą zamknąć ust.

Uważasz, że za dużo gadam? – roześmiał się schodząc w kierunku drogi.

O nie, nie to dziewczyna miała na myśli – ripostowała natychmiast – to innych miała na myśli. Ludzie w osadzie, gdzie wymieniała się towarem, zdawali się mówić bez przerwy. Ciągły szum i gwar, a w lesie taka cisza.

Rozumiem, nie przywykłaś do ludzi.

Trochę już przywykła, ale tęskni za lasem – westchnęła i podążyła za nim.

Szli drogą ubitą z dużą ilością drobnych kamieni wtłoczonych w ziemię. Taka droga zapewniała wozom pewną stabilność także w czasie deszczu. Boki drogi były opasane rowami, a sam trakt był widoczny z daleka. Rudy grunt w tym miejscu zaznaczał silną kreskę na zielonym tle bujnej roślinności. Dzień dopiero się budził, więc okoliczne pola pokrywała poranna mgła.

Żadnemu ze spacerujących nie przeszkadzała przechadzka w ciszy. Oboje napawali się budzącą się przyrodą i zaciągali świeżym porannym powietrzem. Wiosna była taka piękna! Kwiaty i żółte, i te białe wyglądały z zakamarków skalnych pobliskich gór. Na polu królował fiolet i pomarańcz krokusów, które można zobaczyć wyłącznie wczesną wiosną. Cała okolica wyglądała tak baśniowo, że zapierało dech w piersi. Dziewczyna rozglądała się z takim zachwytem, że nie mogło ujść to uwagi jej towarzysza.

Podoba ci się u nas? – w końcu przerwał ciszę.

Och, podoba! To tak niezwykłe, że prawie nie ma tu drzew, a jest tak pięknie. Czy zawsze tak jest?

O każdej porze roku inaczej. Dziś wiosenne kwiecie, latem inne, czerwone i żółte, pola pełne warzyw i zboża. Tylko zimą, kiedy natura śpi, robi się ponuro.

W ich lesie nigdy nie jest ponuro, ale i nie tak spektakularnie. Podobno w Lorien w samym centrum jest pięknie ponad wyobrażenie, ale ludzie gadają, że to czary i nikt tego nie może potwierdzić. Nikt stamtąd nie wraca, a jak czasem wróci, to nic nie mówi.

Wierzysz w to?

W czary? Tak, życie to czar i te piękne kwiaty jak dywan pokrywające łąkę to też czar, który jest w stanie każdego omamić. W innym razie, co to jest czar?

Mądre słowa. Trudno powiedzieć, co jest naturalne, a co już nie i gdzie leży granica. A Haldir nie opowiedział ci o Lorien?

Nie było na to czasu. Nie takie rzeczy pan Haldir ma na głowie, by dziewczynie bajki prawić. To wielki mąż i wielkie sprawy zajmują jego umysł.

Masz dla niego wiele szacunku. Też mam o nim jak najlepsze zdanie, ale co ci każe myśleć, że to wielki pan?

Czemu o to pytasz, panie? – zaniepokoiła się nagle.

Przychodząc tu, nigdy niczym się nie wyróżniał. Wiem, że jest wrogiem zła czającego się w Mordorze, ale przychodzi tu raczej skromnie, czyż nie?

Podpuszczacie, panie, biedną dziewczynę. Nie mógł przecież na obcym gruncie obnosić się ze swym pochodzeniem, a wystarczy zamienić z nim słowo, by wyczuć pewność siebie jaką mają tylko panowie, a i rozum gdy mówi go zdradza.

I twojemu nic nie brakuje, aż dziw, że sama się chowałaś.

Może dlatego dziewczyna nie uległa wpływom głupców i, naśladując serce, pozostała przy zmysłach. Jednak nikim jest w porównaniu z wielkim panem, służącym pani Galadrieli. Mąż ten zawsze patrzy w oczy i nigdy nie spuszcza wzroku.

Hm, wielka to spostrzegawczość. Muszę przyznać ci rację. Z drugiej strony dziwi mnie, że znasz go, a domyślasz się z gestów. Wiem dokładnie, jaka jest jego pozycja, ale chciałem wiedzieć co ty wiesz i sądzisz.

Bez potrzeby, panie, nie ma powodu mówić o nieobecnych – spochmurniała. – Dziewczyna wie ile wie, a mówi, ile sam każdy widzi.

Ramus spojrzał na nią i usta rozchylił w zadziwieniu.

Niech i tak będzie – wymamrotał i otrząsnął się. – My tu prawimy, a za tym wzgórzem jest osada.

Wspaniale – przyspieszyła kroku.

Powoli, poczekaj, zdążymy. Nie jesteś zmęczona?

Nie, nie w takiej chwili – odparła ze zdziwieniem.

Nie nastawiaj się. Może niczego się nie dowiesz.

Pójdzie wówczas na północ i będzie szukać gdzie trzeba.

Tam lepiej się nie zapuszczać. Nikt tam ze znanych nam stworzeń nie mieszka.

Mieszka, nie mieszka. Jeśli ma przeszłość, musi ją poznać.

By w poszukiwaniu przeszłości nie straciła przyszłości – zawołał za nią.

Dziewczyna na te słowa zatrzymała się i odwróciła, patrząc na Ramusa bez słowa. Nagle właśnie uświadomiła sobie, po co i dokąd zmierza, i czy szukając własnej przeszłości przy okazji nie pozbawi przyszłości kogoś jeszcze. Nagle cały zapał ją opuścił.

Coś się stało? – zapytał zaniepokojony.

Nie, tylko słowa, które wypowiedzieliście, panie.

Dobrze więc, że nie podążasz ślepo, ale i rozsądek do ciebie przemawia. Widać już zabudowania. Zaraz będziemy na miejscu. Przy okazji załatwię kilka swoich spraw. Potem pójdziemy z twoją. Na pewno możesz jeszcze tyle poczekać.

Ale, panie! Czekanie to nie jest dobry pomysł! – wykrzyknęła zmartwiona.

Powiedziałem, co powiedziałem. Przyszłe sprawy są ważniejsze od przeszłych.

Dziewczyna natychmiast zrozumiała, co miał na myśli, i że z pewnością musi przekazać wieści od pana Haldira komuś tutaj. Postanowiła więc nie naprzykrzać się i grzecznie iść za nim.

Do bazaru dotarli po dłuższej chwili. Musieli najpierw minąć sporo zabudowań i zatrzymać się przy jednym, do którego wszedł Ramus i kazał jej czekać na zewnątrz. Bazar zajmował spory plac. Stragany nie różniły się bardzo od tych, które spotykała w osadzie kilkanaście staj od jej domu. Ot, miejsce na towar z osłoną od słońca i deszczu.

Oglądaj towary, kup coś do jedzenia. Masz czym zapłacić? – zapytał z troską.

W lesie nie ma na co wydawać, a i potem z nawyku dziewczyna wydaje tylko na niezbędne rzeczy. Ma więc dość, by kupić co trzeba.

Świetnie. Uważaj na siebie. Znajdę cię tu bez trudu.

Dziewczyna zaczęła przechadzać się między straganami, oglądać tkaniny, sprzęty domowe, których nigdy nie potrzebowała.

Dalej od drugiej strony były stragany z żywnością. Poszła tam i nie mogła się nadziwić niektórym dziwnym roślinom. Kupiła ziemniaki i jabłka, trochę orzechów i miarkę soli. Z mięsa wybrała niewielką kaczkę. Ta, jak się ją obłoży jabłkami, będzie dobra. No i pieczone ziemniaki. Obwieszona ciężarem postanowiła gdzieś usiąść i odpocząć. Jak na zawołanie napatoczyła się stojąca pod murem przewrócona skrzynia. Usiadła więc i rozejrzała dokoła. „Och, gdzie to mnie los poprowadził. Tyle lat spokoju, a tu…”

Och, tu jesteś i mam nadzieję nie czekałaś za długo – głos nadszedł z bocznej uliczki.

Och, panie, odpoczęłam nieco – zerwała się na równe nogi.

Nic nie szkodzi – roześmiał się – dobrze zrobiłaś. Daj mi te pakunki i chodź za mną.

Mężczyzna skierował się wprost przez rynek, przeprowadził ją kilkoma wąskimi uliczkami i stanął naprzeciw niewielkiego budynku z napisem „Różności dla Waszmości”. Dziwna to nazwa, ale zapewne usprawiedliwiona. Weszli do środka. W izbie panował półmrok, a na półkach po obu stronach izby były rozłożone najprzeróżniejsze towary. Rzeczy do zdobienia, tkaniny, sprzęty domowe i przyprawy.

Och, kogóż to moje oczy widzą! – zawołał mężczyzna zza lady. – Pan Ramus w moich progach. I widzę, że nie sam – obrzucił dziewczynę spojrzeniem.

Witaj, Gabrosie. Przybyłem do ciebie, gdyż wiem, że wiele podróżowałeś i wiele wiesz.

Ach, nie zasługuję na te słowa. Prosty ze mnie kupiec i nic nie wiem poza tym, co sprzedaję.

Nie musisz się kryć, Gabrosie. Dziewczyna, którą tu przyprowadziłem, szuka swej przeszłości. Ma ze sobą pamiątkę, którą pragnę byś zobaczył.

Mężczyzna podszedł do dziewczyny i przyjrzał jej się uważnie. Z jego szarych, zmęczonych oczu wymknęło się jakby pytanie. Nie wiedziała, czy jest to pytanie o rzecz, czy o to, na ile bezpiecznie jest się przed nią otwierać. Nie zastanawiając się długo, wyjęła kamień z zawiniątka i podała mężczyźnie bez słowa.

Mężczyzna wyciągnął rękę po artefakt patrząc w oczy dziewczyny.

Niewiele mówi ta twoja towarzyszka, panie.

Poczytaj to za zaletę, Gabrosie. Kobieta, która nie mówi po próżnicy, to skarb – roześmiał się Ramus.

Ufasz jej, więc i ja zobaczę, czy mogę pomóc – tu przeniósł wzrok na kamień. Gdy jego oczy spoczęły na przedmiocie, mężczyzna podskoczył jak oparzony i upuścił go.

Co się stało? – Ramus złapał Gabrosa za ramię.

Nie, nic, przepraszam, panie – mężczyzna spojrzał na kamień i schylił się po niego. Wbił w niego wzrok i począł gładzić literę za literą. Obracał, przekładał, oglądał.

I co? I co powiecie, panie? – w końcu odezwała się dziewczyna.

Ach, masz głos. A już wątpiłem – Gabros spojrzał na nią. – Skąd masz ten kamień?

Kiedy byłam dzieckiem porzucono mnie w lesie. To wszystko co mi rodzice zostawili.

Kiedy to było? – spytał z zaciekawieniem.

Och, wiele lat temu. Dąb się postarzał, a olcha, która była dwulistną sadzonką, stała się wielkim drzewem. Wiele lat, panie.

Niewiarygodne. Od dawna nie widziano tu tych znaków. To pismo ludzi z Numenoru. Numenor to dla wielu tylko legenda. Napisane w języku adunaik, choć forma liter przypomina nieco quenyę. Wygląda jakby ktoś, kto na co dzień mówi w quenya, chciał co przekazać w adunaik. To bardzo dziwne, bo dziś quenya jest używana, a adunaik już nie.

Co to za język, co za naród? – zawołała dziewczyna.

Spokojnie. Niewiele mogę pomóc, bo nie znam tego języka. Widziałam takie litery parę razy w życiu w okolicach dawnego Tharbad i wiem, skąd pochodzą, ale nie znam znaczenia. To numenorskie pismo. Prości ludzie go używali. Może twoi rodzice uznali, że pospolity język prędzej przetrwa niż szlachetny, gdyż szlachetnych zwykle jest mniej niż prostych ludzi.

Mówisz, że jej rodzice mogli mówić w quenya, ale napisali coś w adunaik, bo wierzyli, że ten język przetrwa, a wiadomość razem z nim?

Tak sądzę. Przykro mi, że nie mogłem ci pomóc. Wygląda na to, że twoi rodzice nie byli prostymi ludźmi. No i byli z pochodzenia może nawet Numenoryjczykami. To długowieczny naród.

Ramusie, gdzie jest Tharbad? – spojrzała na niego błagalnie.

cdn.