Odcinek 20, o pierwszym spotkaniu z Warlordem i dalszych przygotowaniach do wojny

Odcinek 20, o pierwszym spotkaniu z Warlordem i dalszych przygotowaniach do wojny


Późnym rankiem do drzwi zastukał syn piekarza. Dziewczyna nie spodziewała się, że przyjdzie tak szybko, ale otworzyła mu drzwi. Na progu zobaczyła nieśmiałego młodzieńca, trzymającego w dłoniach nakrycie głowy i nieśmiało patrzącego na podłogę.

– Panienko, przysłano mnie, bym powiedział, iż piec będziemy podróżny chleb z wieczora. Jeśliś gotowa pomóc, to przyjdź do piekarni.

– Podróżny chleb? Słyszałam już tę nazwę. Skąd go znacie? – spytała zaciekawiona.

– Oj, nie wiem o jakim chlebie słyszałaś, ale ojciec nasz piecze chleb z pełnego ziarna pomieszanego z suszonym mięsem. Chleb taki można jeść sam i na długo dodaje sił. Można go też przechowywać wiele dni. Nie mamy wiele mięsa, ale ziarna i mąki mamy dość. Ważne by ziarno się długo moczyło, to i długo zapewni świeżość wypiekom.

– Ach, to bardzo ciekawy przepis. Pomoc dziewczyny ofiarowana została szczerze. Spodziewajcie się więc jej przed wieczorem.

– Dziękuję, panienko. Powtórzę ojcu. Do zobaczenia.

– Do zobaczenia – pożegnała go z uśmiechem, poruszona jego nieśmiałością.

Miała więc dla siebie pół dnia i gotowy pomysł, by go wykorzystać. Zarzuciła pelerynę na plecy i przypięła miecz do pasa. Zabrała jeszcze zawiniątek z czymś do jedzenia i tak przygotowana ruszyła na skróty na swoją polankę. Ucieszyła się zobaczywszy znajome kształty drzew i skał. Zrzuciła płaszcz i jedzenie, i dobyła miecza. Zaczęła ćwiczyć z uniesionym ostrzem i przez chwilę pomyślała nawet, że to proste jak jazda konna. Kto się raz nauczy, nie sposób zapomnieć. Jedno, co niezmiennie należy ćwiczyć, to siłę i jej wykorzystanie w czasie walki, ale tego akurat samotnie przećwiczyć nie mogła. Trening trwał aż do omdlenia rąk. Wówczas postanowiła usiąść i zjeść coś, by wzmocnić ciało. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, więc mając przed sobą jeszcze dłuższy marsz przez jaskinię postanowiła wracać do grodu. Gdy tylko weszła do jaskini, usłyszała za plecami w zaroślach za polaną przeciągłe chrapnięcie wilka. Była pewna, że to ten sam zwierz i strach przeszył jej serce, gdyż teraz była zupełnie sama i śpiew

mógłby nie pomóc. Weszła szybko w głąb korytarza i pobiegła przed siebie. Po dłuższej chwili zatrzymała się, by nasłuchiwać z oddali, ale nic nie było słychać. Najwyraźniej wilk nie poszedł jej śladem. Odetchnęła z ulgą.

W domu umyła się i przebrała w stosowniejsze odzienie. Zamknęła drzwi i skierowała się w stronę piekarni. Piekarz szykował już ciasto na swój chleb. Przywitała się krótko i sięgnęła po fartuch wiszący na haku przy wejściu. Nie oczekiwała zaproszenia do pracy. Obserwując piekarza trafnie zgadywała jego potrzebę.

– Widzę, żeś nawykła do ciężkiej pracy, panienko – odezwał się w końcu załadowawszy bochny do pieca.

– Pracę trzeba wykonać i któż ma to zrobić, jeśli ręce dane są właśnie nam?

– Mądre słowa. Skoro mamy ręce, to i zakasać rękawy do pracy należy. Cenny nabytek ma z ciebie Meneka – spojrzał z wiadomym uśmieszkiem na dziewczynę.

– Nie wie dziewczyna, co sądzicie, panie, ale Meneka dał jej pracę za mieszkanie i wyżywienie, i tu się układy między tymi kończą.

– Ach, a ja myślałem, że żenić się będzie – dodał nieco rozczarowanym głosem.

– Może i będzie, ale nie z tą tutaj. W sąsiedztwie niejedna panna się znajdzie dla tak zacnego męża, jakim jest Meneka.

– Ano zacny i waleczny. Dlatego chciałbym go widzieć z kobietą, z dziećmi.

– Z pewnością zobaczycie, panie, niech tylko niebo się uspokoi.

– Prawda. Ciemność się zbliża do miasta. Niech tylko słońce znów wyjrzy w pełni, a niejedno wesele zobaczymy.

– Niech tak będzie, jak mówicie. Dobrzy ludzie tu żyją i niech im się powodzi.

– Miłe to słowa, panienko – westchnął, przerzucając kolejną porcję ciasta na wielki stół.

– Formujemy następne bochny? – spytała znając odpowiedź.

– Tamte zaraz będą gotowe. Formuj jak poprzednio, a ja zawołam chłopaka, by szykował miejsce na gorący chleb.

– Pachnie intensywnie. Rano tu będzie spora kolejka.

– Zostawię trochę na sprzedaż, by nie siać paniki.

– Mądra decyzja, panie.

Piekli do późnej nocy, aż zmęczenie nie pozwalało już dłużej pracować.

– Jutro będziemy piekli dalej. Twoja pomoc będzie mile widziana. Nie chcemy rozsiewać wieści, że się do wojny szykujemy. Ludzie i tak się boją.

– Spodziewaj się, panie, dziewczyny i jutro, i każdego dnia, kiedy będzie trzeba. Teraz pozwól się oddalić na spoczynek.

– Idź, dziecko. Ciężko pracowałaś. Odpoczywaj teraz.

Dziewczyna z mocno opadającymi powiekami ruszyła w stronę domu.

Kolejne dni wyglądały podobnie. Rano szła na trening, a wieczorami pracowała w piekarni lub pomagała w zbrojowni reperować kolczugi, wymieniać paski przy tarczach, segregować broń do ostrzenia. Zyskała zaufanie strażników i pozwolono jej uczestniczyć w przygotowaniach, które na tym etapie czyniono potajemnie. Dziewczyna jak nikt umiała pracować w sekrecie, gdyż robiła to jeszcze w lesie. Nie miała też przyjaciół w mieście, co zwiększało zaufanie strażników, że sekret się nie wyda. Zdarzyło się nawet kilkakrotnie, że któryś zabrał ją na plac ćwiczeń i pokazał to i owo, widząc jej wielkie zainteresowanie walką. Ona zawsze wysoce chwaliła umiejętności strażników, więc tym chętniej pokazywali jej różne sztuczki. Czas tak szybko mijał, że ni się obejrzała, Meneka był znowu w grodzie.

– Myślę, że tu na dziś zakończymy.

Na te słowa w sali Warlorda zrobiło się małe zamieszanie i ludzie poczęli wychodzić dziękując grzecznie za kolejną dozę opowieści i dyskutując po drodze.

Kiedy zupełnie ucichło i zostali sami, gdyż i jego niedawnego sąsiada przeniesiono w inne miejsce, chłopak odwrócił do niej głowę i wpatrzył się w jej twarz.

– Coś się stało? – spytała.

– Nie, nic. Widzę, że wypadki w twojej opowieści nabrały tempa.

– Chciałabym zdążyć nim wsiąknę gdzieś w puszczy.

– Nie wolno ci wsiąkać. Masz telefon satelitarny.

– Mam. I będę go używać – uśmiechnęła się.

– Kathrin, czy na pewno chcesz do mnie przyjechać? – zapytał niepewnie.

– A ty nie chcesz? – odpowiedziała wymijająco.

– Chcę jak niczego na świecie, ale i niczego się tak nie bałem – wyznał odwracając wzrok.

– I ja się boję. Jeśli jednak łączy nas coś trwałego, podołamy demonom.

– Mam nadzieję. Mnie… – zawahał się – mnie z tobą na pewno łączy, ale gdy mnie zobaczysz, takiego tu jak wykrzywiona kłoda…

– Codziennie patrzę w twoją twarz. Znam twoje serce i duszę. Nie obawiam się widzieć twego ciała i na pewno nic we mnie nie zmieni.

– Twój przyjazd to moja wielka nadzieja. Nie zawiedź mnie – znów spojrzał jej w oczy.

– Nigdy – odparła pewnym, spokojnym głosem. – A teraz śpij, przyjacielu.

– Dobranoc, Kath.

– Dobranoc.

Chyba sama nie wiedziała, kiedy rozmowa stała się snem. Połączenie zakończył Warlord, a ona nawet nie wyłączyła komputera. Zasnęła wtulona w swój wielki, miękki fotel.

Nad ranem poczuła niewygodę i, przebudziwszy się, przeniosła się na łóżko zdziwiona, że tak zasnęła. Rano ponowne szykowanie, drobne zakupy, skanowanie dokumentów a później wieczorny trening. Po południu, jeszcze przed treningiem, zadzwoniła do Warlorda, by poprosić go o odłożenie opowieści o kilka dni. Przygotowań było wiele, a czasu mało. Niechętnie się zgodził, ale rozumiał sytuację. Po tygodniu Kathrin była gotowa do realizacji zlecenia. Zadzwoniła do przyjaciela i upewniła się, że wszystko w porządku i może wsiadać do samolotu. Następnego ranka zjawiła się na lotnisku przed czasem. Odprawiła się i mając jeszcze chwilę wyszła przed lotnisko spojrzeć na niemrawo poruszających się o tej porze turystów wsiadających do miejskiego transportu publicznego. Odetchnęła głęboko i poczuła, że oto jedzie załatwić kolejne zlecenie, ale w czasie tej podróży w jej życiu coś się zmieni. Może nawet ona sama.

Z tą pełną mieszanych uczuć myślą weszła do sali odpraw i skierowała się do bramki numer 11. Nie było odwrotu.

Podróż była przyjemnie krótka. To cudowne, że w dwie godziny można przemierzyć pół Europy i bez zmęczenia wysiąść na Heathrow, by wezwać taksówkę i po dwóch kwadransach znaleźć się w hotelu w pobliżu szpitala, w którym przebywał Warlord.

Zadzwoniła do niego natychmiast po przybyciu do hotelu, by uspokoić go, że już jest i na pewno zobaczą się tego popołudnia.

Rozpakowała potrzebne rzeczy i weszła pod prysznic. Łazienka była wygodna i przestronna, więc kąpiel i pielęgnacja po niej sprawiły jej niekłamaną przyjemność.

W szlafroku z haftem logo hotelu przeszła do sypialni i przebrała się we wcześniej naszykowaną kreację. Nic takiego: prosta, elegancka sukienka popołudniowa odsłaniająca jej dekolt, który postanowiła zakryć jedwabnym szalem. W końcu był koniec zimy, a wiosna nawet w Londynie nie jest tak ciepła w marcu.

Obejrzała się jeszcze raz w lustrze, gdzie zatrzymała się na chwilę, przyglądając sobie z uwagą. Długie kasztanowe włosy rozpuściła na plecach, a swe popielate oczy podkreśliła delikatnie kredką i tuszem do rzęs. Delikatna szminka uwydatniła jej miękkie usta.

Wzięła głęboki oddech, rozpyliła przed sobą chmurkę perfum i przeszła przez nią do drzwi.

Do szpitala dotarła po kwadransie. Wjechała na wskazane przez Warlorda piętro i poczęła szukać odpowiedniego numerka na drzwiach.

Chłopak słyszał delikatny stukot obcasów w korytarzu i z niepewności kroków wywnioskował, że to ona, że to już ta chwila. Serce mu przyśpieszyło, poruszył się lekko na łóżku, jakby dało się jeszcze cokolwiek poprawić i wbił niepewny wzrok w drzwi. Te uchyliły się powoli i do sali otoczony blaskiem światła z korytarza wszedł anioł, a przynajmniej on to tak widział. Nie odezwał się, tylko patrzył. I anioł podszedł bliżej, i nie odezwał się słowem, tylko wpatrzony w oczy leżącego usiadł na krześle przy łóżku i położył swą delikatną dłoń na jego dłoni.

– Witaj, przyjacielu. Jak się masz? – spytała, spokojnie ważąc słowa.

– Myślałem, że dożyję spotkania z przyjaciółką, a tu niebo mnie wita tak wcześnie.

– Nie żartuj, Warlord. Na niebo jeszcze ci przyjdzie poczekać – rozluźniła się i oparła wygodnie.

– A więc to ty jesteś – nie mógł oderwać wzroku – tak piękna. Ekran monitora z pewnością okrada cię z urody, choć i tam byłaś boginką.

– Przestań, bo wyjdę. Zawstydzasz mnie – na jej bladej dotąd twarzy pojawił się rumieniec.

– No dobrze. Będę tak myślał, ale nie powiem.

– Jak się czujesz? – spytała zatroskana.

– Boli tak samo, ale czasem jestem tak słaby, że już nic nie czuję.

– Myślisz, że to blisko? – zapytała przestraszona.

– Bliżej niżbym chciał, szczególnie teraz, kiedy ty tu jesteś.

– Będę tu do piątku i odwiedzę cię każdego dnia – zapewniła spokojnie.

– A więc będę żył przynajmniej do piątku – zażartował.

Już chciała go zrugać, gdy do sali weszła jego matka. Kathrin wstała i przywitała się grzecznie.

twarz13a

– Niech pani siedzi, panienko Kathrin. Cieszę się, że już pani jest. Tak na panią czekał.

– I ja czekałam tego spotkania, proszę pani.

– Przynajmniej pani wizyta podniosła mu ciśnienie. Tak mu spada czasem, że nie wiem, co robić. Boję się, że ucieknie mi we śnie.

– Nie ucieknę. Obiecałem Kathrin, że do piątku jeszcze tu będę, gdyż wówczas dopiero wyjedzie dalej.

– Humor go nigdy nie opuszcza – zganiła go matka, po czym dodała: – Ja wrócę do hotelu, odpocznę nieco, skoro pani jest tutaj.

– Proszę iść, zostanę dłużej.

Kobieta podziękowała i wyszła z sali, a Kathrin ponownie usiadła przy łóżku.

– Słyszałeś coś o Leo?

– Ach, tak. Znalazła się mała kreatura. Jest w Paryżu. Ukrywa się i leci dokładnie w to samo miejsce, co ty. Mówi, że ma połowę artefaktu i że to klucz do tajemnicy, którą musisz mu pomóc odnaleźć.

– Mam własne zlecenie, nie mam czasu mu pomagać – obruszyła się Kathrin.

– Kathrin, on ma klucz – powiedział powoli. – Może szuka tego samego, co ty?

Dziewczyna zastanowiła się chwilę i zaczęła łączyć fakty.

– Niemożliwe. Hm, choć pan Monen chwalił się, że ma stare mapy źródła Apacheta i że tam, za lodową zasłoną, jest skarb, ale za stary jest, by tam jechać, a na ekspedycję go nie stać. Nieeee, to byłoby zbyt proste.

– Może dla ciebie. Nikt nie zna tej historii tak, jak ty, a i on był lekkim świrusem.

– Dzięki, Warlord. Zawsze byłeś czarujący dla kobiet – obruszyła się.

– Nie gniewaj się. Chcę tylko powiedzieć, że to musi mieć jakiś związek i że tylko ktoś taki jak on czy ty może wytropić prawdę. Ktoś, kto wie tyle, co wy.

– On już nic nie wie. Nie żyje! Zapomniałeś? – spytała z nutą przerażenia.

– On dużo mówił. Poleciłem Leo przyjaciela. Mówi po angielsku, więc się dogadają. I tobie dam adres, to się z nimi skontaktujesz jak dolecisz.

– Ciekawe, jaki klucz ma Leo i czemu tak gmatwa? – zastanowiła się.

– Boi się, odkąd widział jak wynoszą ciało pana Monena. To naturalne – uspokoił ją Warlord.

– Tak, pewnie masz rację – uspokoiła się patrząc na chłopaka, który zdążył się już rozluźnić i na jego twarzy pojawił się uroczy uśmiech, który zawsze odganiał wszystkie jej troski.

– Cieszę się, że jesteś – powiedział bez związku.

– I ja się cieszę – odpowiedziała delikatnie.

– Wracając do tematu, przygotowałem dla ciebie listę kontaktów. Ci ludzie pomogą ci we wszystkim, czego potrzebujesz i nie będą o nic pytać. Każdy sporo mi wisi i nie będą już mieli raczej szansy się zrewanżować.

– Jesteś wielki – Kathrin spojrzała na starannie zapisaną listę z nazwiskami i adresami. Przy każdym nazwisku było oznaczenie tego, co dana osoba potrafi i w czym może być pomocna oraz jakimi językami się posługuje.

– Nie zniósłbym, gdyby cokolwiek ci groziło.

– Sam to wszystko zapisałeś? – oniemiała z wrażenia, przeglądając kolejne dane.

– Nie, mama pisała pod moje dyktando. Ja już niczego nie zapiszę.

– Dziękuję. Co ja bym bez ciebie zrobiła?

– Nie chcę nawet myśleć, że zostawię cię samą. Tego boję się jeszcze bardziej – przerwał, wydając przeciągły syk bólu.

– Mogę jakoś pomóc? Warlord, co jest?

– Nie możesz pomóc bardziej niż będąc przy mnie. Zaraz dostanę leki. Muszę się przespać. Będziesz tu jeszcze?

– Jasne. Ile chcesz, ale muszę potem pojechać do centrum i odebrać dokumenty.

– Poczekaj chociaż, aż zasnę.

Dziewczyna zapewniła go spokojnie. Do sali weszła pielęgniarka i podała mu lek. Kathrin ujęła go za rękę i pogładziła po twarzy. Z dłonią przy jego policzku pozwoliła mu zasnąć. Jego twarz przybrała spokojny wyraz i niemal uśmiech na ustach.

Dziewczyna posiedziała jeszcze trochę wpatrując się w tę twarz, po czym odeszła.

cdn.