Odcinek 22, o tym jak dokonało się przeznaczenie.

Odcinek 22, o tym jak dokonało się przeznaczenie.


Zza okna dobiegł ją świst strzał i jęki rannych łuczników. Każdy z nich przeszywał jej serce bólem. Zaczęło się. Dziewczyna wspięła się ponownie na mur i czołgając posuwała się w stronę zachodniej części, gdzie była brama i gdzie stali żołnierze. Zobaczyła opadające na mur drabiny wroga i dostające się z nich sylwetki orków i Uruk-Hai. Widok ich był przerażający. Dziewczyna zwinnym krokiem przeciskała się między walczącymi, unikając ciosów. Dobyła miecza i poczęła uderzać w odkryte części ciała. Ponieważ była drobna i niższa od wroga, przypomniała sobie, że najskuteczniejsze będzie cięcie od dołu, pod zbroją, w brzuch lub w bok, i tak właśnie celowała. W jej walce więcej było uników niż ciosów, gdyż zależało jej, by jak najszybciej znaleźć się w pobliżu tego, któremu poprzysięgła uratować życie. Cała walka trwała już dość długo. Ręce miała zmęczone i bała się, że wkrótce straci refleks. W tej chwili usłyszała okrzyk mężczyzny wołającego do odwrotu z muru. Wcześniejsza wizja stanęła jej nagle przed oczami. Mężczyzna krzyknął w języku sindarin, który był bardzo podobny do quenya, jako że się z niego wywodził. Usłyszała, jak nawołujący wzywa imienia Haldira i nagle spostrzegła jego sylwetkę, wzywającą innych elfów do odwrotu zaledwie kilka kroków przed nią.

Wszystko zaczęło się dziać jak w zwolnionym tempie. Nagle, w jakiś magiczny sposób, zobaczyła postać nierzeczywistą, ale widoczną jej oczom. Kobieta o białej twarzy odziana w czarne szaty, zbliżająca się do tego, to owego i wypijająca jego życie jak wino. Dziewczyna widziała, jakie ciosy otrzymywali od wroga, ale zdawało się, że to nie wróg, a owa postać pozbawia ich życia. Patrząc tak, zrozumiała że to śmierć przyszła na swą ucztę i teraz pragnie także Haldira.

Dziewczyna stanęła między nimi, gdy ten odwrócił się, by biec w stronę stoku. Naprzeciw niego wyrósł ork, któremu stawił opór. Nie widział jednak, że z jego lewej strony podchodzi inny. Postać zbliżyła się do jego twarzy, ale dziewczyna wyjęła miecz i, odpychając postać, zabiła napastnika.

– Jeśli apetyt twój nienasycony, tej weź życie zamiast tego – krzyknęła, zanosząc się mieczem.

Postać znów natarła na elfa, ale dziewczyna była szybsza i przecięła jej drogę, raniąc orka nadchodzącego od tyłu Haldira. Już by wbił topór w jego plecy, gdy miecz dziewczyny przeciął mu gardło.

– Tego bierz i tego – krzyczała do śmierci, uderzając kolejnego. – I dziewczyny życie w zamian za życie nieśmiertelnego.

Haldir był już kilka kroków dalej i nie słyszał tych słów zajęty walką i odwoływaniem ludzi. Dziewczyna nie dawała za wygraną i cięła postać mieczem, a ta śmiała się jedynie, aż odpowiedziała:

– Na nic mi twoje życie. Kiedy będę chciała, to przyjdę i wezmę. Tamto życie mi się podoba i na nie mam apetyt.

– To życie wieczne, nie dla ciebie. Tego życia odebrać nie możesz!

– Mogę brać, co chcę – odparła śmierć, tańcząc wokół dziewczyny swój taniec. – Ja o tym zdecyduję, nie ty, która nawet imienia nie masz.

– Ma jednak dziewczyna serce i odwagę, by stanąć z tobą w szranki i nie zawaham się, choćbym miała do krainy ciemności za nim podążyć i wyrwać go z twoich trzewi.

– Człowiek tak do mnie jeszcze nie przemawiał. Podoba mi się twa determinacja. Daruję życie i jemu, i tobie, byś mogła patrzeć, jak ten odpływa i nigdy nie wróci, i by twe serce zarosło goryczą, aż pożałujesz, żeś mu dziś życie ocaliła.

– Nigdy, przenigdy nie pożałuję, choćby me serce kruki rozdrapywały.

– Tęsknota gorzej niż kruki serce rozdziera, sama się przekonasz, gdy ów odejdzie.

Postać roześmiała się i rozpłynęła we mgle.

Haldir pobiegł za wzywającym głosem, kładąc na ziemi kolejnych wrogów. Walka przeniosła się do stołku.

Dziewczyna skrywając głowę w kapturze podążyła za nim. Wyprzedziła go, gdy ten kładł kolejnego orka i wbiegła nieco wyżej, potykając się o leżące ciało. Zachwiała się a kaptur zsunął jej się z głowy. Haldir nie mógł tego nie zauważyć, ale był tam ktoś jeszcze. Ramus, którego się nie spodziewała. Dobiegł do niej i chwycił ją za ramię, nakazując ukrycie się z kobietami. Wyrwała mu się i rzuciła:

– Powiedz elfowi, by stanął na wewnętrznym murze, o tam! – i wskazała ręką miejsce ochronione przez ustęp skalny, z którego dobrze widać pole walki. – Elfowie lepiej strzelają, niż walczą mieczem.

twarz22

Mężczyzna obejrzał się, kogo mogła mieć na myśli, a gdy znalazł Haldira w zasięgu wzroku odwrócił się do niej, ale jej już nie było. Posłuchał jednak dziewczyny i wskazał przyjacielowi owo dogodne miejsce, gdzie mógł wszystko widzieć i celnie strzelać.

Wróg napierał na bramę. Mąż, który wcześniej wołał Haldira po imieniu, udał się do bocznej furty i wyszedł niepostrzeżenie za mur wraz z krasnoludem.

Walka toczyła się przede wszystkim przy bramie. Ów mąż i krasnolud odparli wroga, dzięki czemu można było ją zaryglować.

Haldir strzelał celnie, a dziewczyna obserwowała, czy nie zbliża się niebezpieczeństwo. Gdy brama padła, ze stołku wezwano wszystkich do sali, z której było przejście do jaskiń. Dziewczyna już odwracała się, gdy strzała trafiła Haldira w prawe ramię. Podbiegła do niego i poprowadziła do wnętrza, głębiej zakrywając twarz. Po chwili podbiegł do niego ów mąż, który go wcześniej wołał i najpewniej był jego przyjacielem. Odsunęła się natychmiast i pozwoliła mu wprowadzić elfa do wnętrza. Ten owinął Haldirowi ramię, tamując krwawienie.

– To prawa ręka, Aragonie. Nie utrzymam ni strzały, ni miecza – wyrzucił z siebie w gniewie ranny.

Aragon poklepał go po ramieniu i doprowadził do wejścia do jaskiń, gdzie pozwolił mu usiąść.

– Wiele już zrobiłeś. Więcej nie trzeba – pocieszył go. – Zejdź do jaskiń, gdy ci siły pozwolą. Tam będziesz przez jakiś czas bezpieczniejszy.

Dziewczyna przyglądała się z boku. Aragon podszedł do króla i rozmawiali chwilę. Nagle zrobiło się zamieszanie i wprowadzono konie. Drzwi już niemal ustępowały pod naporem wroga, gdy dziewczyna zrozumiała, co się święci. Dotąd nie dała mu się rozpoznać, choć z pewnością zapamiętał wątłą sylwetkę tego, który – jak sądził mąż – go uratował. Nie tak to miało być. Miała pozostać nierozpoznana, ale jeśli teraz go zostawi, gdy tylko drzwi legną on niechybnie zginie i cała jej misja upadnie. Słowom śmierci nie ufała, więc podeszła i odwracając głowę wzięła go pod ramię i pomogła zejść do jaskiń. Przez jakiś czas los jej sprzyjał, gdyż ciemność ich okrywała. Nie dbała nawet, że występ skalny ściągnął jej kaptur z głowy w przejściu do węższego korytarza. On szedł za nią nie zastanawiając się, dokąd go prowadzi. Zaciskał jedynie zęby w bólu. Dziewczyna skręciła nagle w jeszcze inny korytarz, którym doszli do rozwidlenia. Panowała ciemność, a mimo to udawało jej się natrafić na właściwe miejsca. Zatrzymał ją w końcu i spytał, dokąd go prowadzi.

– Ku życiu, panie Haldirze – odpowiedziała w jego języku i natychmiast rozpoznał jej głos.

– To ty, ty byłaś tam na murze i uratowałaś mi życie dwukrotnie, a teraz po raz trzeci chcesz mnie ocalić – wydusił przez zaciśnięte z bólu zęby.

– Nie mów, panie, nie trzeba – odparła i postąpiła do przodu, kierując go w stronę małego, rozświetlonego przez otwór w sklepieniu pomieszczenia. – Tu będziesz bezpieczny.

Promienie wstającego słońca przeciskały się przez otwór, oświetlając jej złote, jasne jak akacjowy miód włosy. Ich fale błyszczały w słońcu, spływając po plecach aż chowały się pod opuszczoną peleryną. Jeden z promieni przeszył jej zielone oczy, które zyskały kolor tak intensywny, że aż magiczny. Przez otarcia i zabrudzenia na jej twarzy prześwitywała pergaminowo-biała skóra. Haldir zapatrzył się na nią nieświadomie, a ona zawstydziła się i spuściła wzrok. Jej bladoróżowe usta rozwarły się, ukazując białe zęby równo stojące w swych szeregach. Z ust jej wypłynęły słowa, które wypowiedziała jak najłagodniej:

– Spocznij tutaj, panie. Tu będziesz widział oba korytarze, a i mnie wracającą niebawem.

– A ty dokąd idziesz? – jakby się wybudził zaskoczony.

– Dziewczyna wybada co tam i wróci, a gdyby nie wróciła, to tamten korytarz doprowadzi cię na polanę, na której się spotkaliśmy owego dnia. A tu, w prawo, do domu Meneki strażnika. To za stołkiem przy skale. Możesz tam iść, gdy wszystko ucichnie.

– Nie sądzisz chyba, że tu zostanę, gdy inni giną, a ty się narażasz – żachnął się.

– Rannyś, panie. Gdy pójdziesz – zginiesz, a strat wrogowi nie przyniesiesz z tą ręką – spojrzała na niego z żalem. – Ach, że i od tej rany ustrzec cię nie zdołałam.

– To moją rolą jest bronić kobiet, nie być przez nie bronionym – uniósł się honorem.

– Wypełniłeś tę rolę wiele razy i nie raz wypełnisz. Pozwól, że choć przyniesie ci coś by cię opatrzyć – poprosiła błagalnie.

– Wracaj szybko i nie daj się zabić.

Światło w otworze sklepienia robiło się coraz jaśniejsze. Świt nadszedł, a echo głosów powoli milkło. Wydawało mu się, że minęło wiele czasu, gdy dziewczyna pojawiła się z czystą tkaniną i dzbankiem wody.

– Wszędzie orkowie, ale udało się dziewczynie wślizgnąć do domu i zabrać te rzeczy. Potem coś ich wywołało na zewnątrz. Chyba pomoc przyszła i uderzono nań z drugiej strony.

– To dobra wieść. Los bitwy się odwróci za dnia – wyszeptał Haldir i zemdlał.

Dziewczyna opatrzyła jego ranę i ułożyła go wygodnie, kładąc pod głowę resztę tkaniny. Siedziała tak patrząc na niego i pierwszy raz mając okazję przyjrzeć się szczegółom jego pięknej twarzy. Wysunęła dłoń w kierunku jego czoła i przesunęła delikatnie nad nim, tak by go dotykiem nie zbudzić. Chwyciła za skrawek materiału i zanurzywszy w pozostałej wodzie obmyła delikatnie jego czoło, policzki i dłonie. Taki piękny był i tak spokojny. Oddech jego miarowy koił jej strach. Chwila wydała jej się magiczna. Bała się jednak, że tu ich znajdą. Wprawdzie pomieszczenie było zupełnie na uboczu i nie znając drogi trudno było do niego trafić, ale ktoś mógłby przypadkiem. Gotowa była trwać przy nim ile trzeba, jednak strach o jego życie odbierał jej radość chwili.

Gdy Haldir otworzył znowu oczy, dzień był już w pełni. Upewniła się, że nic mu nie brakuje i postanowiła sprawdzić, co się dzieje na zewnątrz. Bitwa była skończona. Z ulic zbierano rannych, a martwych układano za murem. Wielu odpoczywało, a kobiety i dzieci wychodzili z jaskiń. Dziewczyna widząc koniec tej walki postanowiła wrócić do Haldira i ogłosić mu wieść. Poszła do niego natychmiast, a on właśnie podnosił się, by wreszcie opuścić to miejsce.

– Skończyło się! – zawołała. – Bitwa wygrana!

Dziewczyna rzuciła mu się w ramiona, nie do końca pojmując co robi, przepełniona radością zwycięstwa. Mężczyzna, zaskoczony jej reakcją, stanął jak wryty, po czym objął ją zdrową ręką i przytulił do piersi. Stali tak przez moment, aż dziewczyna zorientowała się co robi i wycofała się natychmiast, zawstydzona.

Mężczyzna nie zdawał się być zakłopotany. Patrzył na nią uważnie, a przez jego głowę przebiegały tysiące myśli. W nozdrzach czuł jeszcze zapach jej włosów, a w dłoniach miękkość ich dotyku. Opuścił rękę i przerywając niezręczną ciszę zarządził opuszczenie pomieszczenia. Dziewczyna przeprosiła za swą zuchwałość i poprowadziła go przodem. Gdy weszli do sali, spotkali wielu krzątających się ludzi.

– Co teraz zrobicie, panie? – spytała niepewnie.

– Wrócę do swoich, a oni szykują się już do odejścia na zachód – odpowiedział spokojnie.

Dziewczyna spuściła wzrok i wyobraziła sobie, jak ten jedyny mężczyzna na świecie odchodzi wśród swych pięknych ludzi, by gdzieś za morzem ożenić się i prowadzić szczęśliwe życie. Myśl ta, mimo szczęśliwego zakończenia, nie napełniła jej radością.

– A ty dokąd pójdziesz? – wyrwał ją z zamyślenia.

– Dziewczyna pragnie znaleźć swe korzenie, panie. Może w Tharbadzie się czegoś dowie.

– Tharbad od dawien jest pusty. Odkąd powódź tamtędy przeszła. Mieszkało tam wielu dunedainów. Większość zginęła. Skąd pomysł, że cokolwiek tam znajdziesz?

– Stąd, panie – dziewczyna wyjęła kamień i podała mężczyźnie. On obejrzał go dokładnie i oddał jej z powrotem rozpoznawszy pismo.

– Język ludzi z Numenoru, ale nie elfów. Rozumiesz, co tam napisane? – spojrzał na nią z ciekawością.

– Nie – odpowiedziała smutno. – A wy, panie, rozumiecie?

– Nie – odpowiedział. – I co ma do tego Tharbad?

– Widziano tam to pismo – wyjaśniła.

– Jednak nie idź tam, gdyż orkowie teraz wszędzie.

– Dziewczyna umie sama chodzić po lesie. I orkowie jej nie straszni, szczególnie że zmierzają do Mordoru nie rozpraszając się nadto. Ty, panie, odpłyniesz daleko, czemuż by cię los takiej jak ta obchodził?

Nie zdążył odpowiedzieć, gdy do pomieszczenia wszedł drugi elf i, spostrzegłszy go, podbiegł natychmiast.

– Haldirze, ty żyjesz? – zawołał obejmując przyjaciela.

– Zawdzięczam to tej, która po trzykroć uratowała mi dziś życie – obejrzał się, ale dziewczyny już nie było.

– Znika jak mgła w promieniach słońca? – odezwał się przybysz.

– Spotkałeś ją już wcześniej? – zainteresował się Haldir.

– Przed walką chleb podawała. Pięknie mówi w quenya. Niezwykłe jak na człowieka. Nie wiesz, kim jest?

– Ona sama nie wie. Chce szukać domu w Tharbadzie. Ma stamtąd pamiątkę – odpowiedział. – Przez długie lata mieszkała samotnie w pobliżu Lothlorien.

Jaśniepaństwo nie pozwolili, by zamieszkała wśród nas. Dbaliśmy więc, by nic jej się nie stało po tamtej stronie rzeki. Dzieckiem jeszcze była.

– A więc znasz ją, a ona uratowała ci życie. Wymagało to sporej odwagi i nie była to chyba sąsiedzka przysługa? – odparł przyjaciel.

– Kocha nasz lud. Rankiem zwykła śpiewać, a śpiew jej budził nas wraz z promieniami słońca, gdy nocowaliśmy na patrolu przy rzece. Głos ma silny i dźwięczny jakby to nie człowiek był, a ptak jakiś – wzrok utkwił w oknie a głos mu nagle złagodniał. – Jej złote włosy lśniły w słońcu jak wodospad na Nimrodel w południe.

– Haldirze, cóż ja słyszę? Ktoś znalazł drogę do twego serca – przyjaciel uśmiechnął się i poklepał go po ramieniu.

– Nie, Legolasie, nic takiego nie powiedziałem, a ona serce ma złote i każde życie dla niej cenne – odwrócił wzrok, by nie spojrzeć na przyjaciela i poprawił się na miejscu, jakby właśnie odkrył, jak tam niewygodnie. – Muszę zwołać ludzi. Walka wygrana, czas wracać nad Anduinę.

– Szczerą radość sprawiło mi twe przybycie. Chciałbym móc jeszcze cię spotkać, przyjacielu.

– I ja bym chciał i liczę, że nim nasz statek odpłynie, jeszcze się zobaczymy.

– Wezwę twych ludzi – poderwał się Legolas. – Ilu zostało – dodał smutno.

– Dziękuję, Legolasie.

Ten nie czekając wstał i udał się na zewnątrz, a Haldir podniósł się powoli i przytrzymując się ściany, w osłabieniu doszedł do drzwi, by nabrać świeżego powietrza. Oparł się o mur i zapatrzył w horyzont. Dla niego przecież tego dnia miało już nie być.

– Myślę, że za dużo już dziś powiedziałam, Warlordzie. Ciężki to był dzień i dokonało się przeznaczenie.

– Czy tu kończy się ta opowieść?

– Nie, przyjacielu – zaprzeczyła. – Chyba tu się zaczyna.

– To dobrze, Kath. Bałem się, że tu się kończy i że specjalnie tak zrobiłaś.

– Nigdy w życiu. To wszystko, co się dziś tu stało…

– Już lepiej nic nie mów – odwrócił głowę przestraszony.

– …to wszystko było szczere – dokończyła.

Chłopak poczekał, aż wszyscy opuszczą salę i wyrzucił z siebie:

– Jakim cudem, Kathrin? Jakim cudem mogłoby być między nami coś fizycznego? Moje ciało już prawie nie istnieje. Niemal nie mam już mięśni. Wyglądam jak z obozu zagłady.

– Znam twoje serce, przyjacielu, pamiętam cię od lat, a fizyczność u kobiet rodzi się w sercu, nie oczach.

– Jednak lubicie facetów z sześciopakiem na brzuchu – zażartował nieśmiało.

– O ile nie jest to sześciopak Heinekena – roześmiała się lekko. – I ja doceniam fizyczne piękno.

– Jak tego Parkera? – spytał niemal urażony.

– Tak, jak jego – potwierdziła. – Jednak piękne ciało i uroczy uśmiech i nawet pogodne usposobienie nie wystarczy, by kogoś pokochać. Trzeba z kimś wiele przejść, dzielić pasję, wspólnie wylizywać się z ran i święcić triumfy, i to właśnie nas spotkało Warlord – zamilkła na moment, po czym dodała: – A Craig Parker pozostanie odległą, niedostępną muzą.

– A gdybym ja już nie żył, a ty mogła go poznać, no wiesz – spojrzał na nią poważnie – osobiście. To chciałabyś dowiedzieć się, że łączyłaby cię z nim jakaś pasja?

– Masz zamiar go nawiedzać po nocach? – zapytała rozbawiona tym pytaniem.

– Nie, Kath, to czysto teoretyczne pytanie.

– Gdy cię już tu nie będzie, przez jakiś czas będę chciała się z tym uporać. Potem pewnie będę szukała kogoś, kto w jakiś sposób oddali mą samotność. Nie wyobrażam sobie jednak, by spadły dla mnie gwiazdy z nieba.

– A więc tym dla ciebie jest. Gwiazdą z nieba – westchnął. – Głupia kobieto. Gdyby cię poznał tak jak ja, kimkolwiek jest, bo może to fajny gość, schowałby się pod ziemię zawstydzony. Jeśli on jest gwiazdą z nieba, to ty, kochana, samym słońcem.

– I jak cię nie kochać, Warlord – wpatrzyła w niego swe popielate oczy – jak cię nie kochać?

– Dobranoc, maleńka. Do jutra – westchnął, rozłączając się.

– Dobranoc, kochany – wyszeptała do pustego ekranu.

Dzień nadszedł łagodnie. Przez zasłonięte grube kotary nieśmiało przenikały pojedyncze promienie słońca. Budząc się, uświadomiła sobie, jak łagodne zimy są na wyspie. Wczoraj widziała kwitnące magnolie, a przecież to dopiero luty.

cdn.