Odcinek 23 – wyznania.


Wstała, ubrała się i zeszła na śniadanie. Szwedzki stół w restauracji hotelu był bogato zastawiony dla ludzi o różnych porannych upodobaniach. Bez problemu znalazła na nim miskę z twarożkiem i jogurt owocowy, co zapowiadało naprawdę udany dzień. Po śniadaniu nalała sobie kawy do filiżanki i zabrała pojedynczą porcję miodu. Jakże tu wypić latte ze zwykłym, ordynarnym cukrem? Miód za to nadawał kawie delikatny aromat i nie był tak słodki. Kawa z miodem smakuje

wyśmienicie. Zaniosła ją więc do pokoju i przeglądając notatki, raczyła się jej cudownym smakiem.

Przed południem postanowiła dopieścić się trochę i odwiedzić Harrodsa. W żadnym wypadku nie czuła, że stać ją na tak wykwintny sklep, ale nie mogła sobie odpuścić tej wycieczki i nacieszenia oczu wieloma rzeczami, na które nie będzie mogła sobie pozwolić nawet po wykonaniu tego zadania. Kusiło ją, by skorzystać z otrzymanej karty kredytowej, ale czuła sama przed sobą, że byłoby to nadużycie, mimo pozwolenia, jakie dostała, by pokrywać wszelkie swoje wydatki.

Podróż do sklepu zajęła jej niespełna pół godziny. Już z daleka rozpoznała zielone markizy i złote, charakterystyczne litery. Zwolniła kroku i spokojnie weszła do wnętrza galerii. Luksus uderzał od samych drzwi. Szła między półkami onieśmielona przepychem. Każda sala miała swój unikalny charakter, a towary wyeksponowane były tak, by dobrze było je widać i łatwo znaleźć, a jednak nie nachalnie wpadające w ręce. Spore wrażenie zrobiła na niej sala pamięci Dodi i Diany. Zdjęcia pary umieszczone zostały na marmurowym ołtarzu na tle afrykańskich płaskorzeźb przedstawiających rośliny i zwierzęta z piaskowca.

Największą frajdę sprawiło jej przymierzanie kapeluszy. Były piękne, kobiece – takie, jakich się nie widuje na ulicach miast. Potem cudne lalki Tonnera i jeszcze seksowna bielizna Lejaby. W dziale z odzieżą mała czarna Lou Lace Dress od Preen. Jedyne 729 funtów, za to leży wyśmienicie. Nacieszyła oczy widokiem, po czym zdjęła i odwiesiła odzież na wieszak.

Nie było jej żal, że prawie każda rzecz kosztuje tu więcej, niż ona zarabia w miesiąc, a wiele z nich sięga i rocznej pensji. Weszła tam z nastawieniem przechadzki po interaktywnym muzeum i tak postrzegała wszystkie przedmioty. Jedną rzecz jednak postanowiła kupić na pewno, choć i tej cena nie była niska. Miękka jak puch poduszka i jedwabna, delikatna poszewka, na której kazała na miejscu wyhaftować napis „Pamiętaj, że cię kocham!”.

Poduszkę zapakowano na prezent i podano rachunek. Kathrin wyjęła swoją kartę kredytową i zapłaciła bez wahania. Pewnie gdyby kupowała dla siebie wzdrygnęłaby się, ale nie dla niego. Dla niego kupiłaby i chmury z nieba, gdyby wygodniej się na nich leżało i uniknął by przy nich bolesnych odleżyn. Uświadomiła sobie właśnie, jak trudne będzie pożegnanie teraz, gdy już wie, że w głębi serca jest zupełnie pochwycona przez jego intelekt, wrażliwość, charakter i cudowne usposobienie.

Słowo „miłość” trudno jej jeszcze przechodziło przez gardło, gdyż to, co ich łączyło, było tak dalekie do tego, co sobie na temat miłości wyobrażała. Nic z Romea i Julii, nic z Aragona i Arweny. No, może coś w stylu Faramira i Eowiny. Spotkanie dusz dwojga ludzi leczących swoje zewnętrzne i wewnętrzne rany. Tak, to porównanie było bliższe.

Do szpitala dotarła około szesnastej. Wniosła do sali ogromny pakunek i podeszła do łóżka.

– Co to? – zapytał zaskoczony.

– Musiałam ci kupić prezent, który będzie przy twoich ustach gdy odjadę.

– Cukiereczku powiedz przecie, któż najsłodszy jest na świecie – wyrecytował w stylu czterolatka.

– Nie – roześmiała się – na cukierek za duże.

– Taki jadłbym do końca życia – zażartował.

– Masz, pomogę ci otworzyć – zaproponowała, widząc z jakim trudem unosi ręce.

Chłopak speszył się nieco widząc swoją niemoc i pozwolił, by ona rozpakowała pakunek. Z wnętrza wyłoniła się piękna jedwabna poduszka w kolorze brudnego różu z nieco ciemniejszym haftem w prawym dolnym rogu.

– Matko moja, to Harrods! To za drogo! – wykrzyknął.

– Nie było tak źle – odparła.

– Czy to przypadkowy haft? – spytał nieśmiało.

– Nie, to ja kazałam im wyhaftować, żebyś pamiętał, kiedy jutro wyjadę, że tak właśnie czuję.

– To znaczy jak? – prowokował.

– Chcesz, żebym to powiedziała? – uśmiechnęła się.

– Chcę, jeśli to prawda – odparł.

Kathrin podeszła do jego łóżka, nachyliła się nad jego twarzą i delikatnie stykając swoje usta z jego powiedziała:

– Kocham cię.

Po czym pocałowała go najczulej i najdelikatniej jak potrafiła.

– Już podejrzewałem, że jesteś na liście płac mojej nadopiekuńczej mamuśki. Teraz jednak mnie prawie przekonałaś. Możesz to powtórzyć?

– Mogę – odpowiedziała rozbawiona i ponownie obdarzyła go najczulszym pocałunkiem, na jaki ją było stać.

– Teraz ciśnienie mi nie siądzie przez miesiąc – wyszeptał gdy się odsunęła.

– Gdyby jednak, to tylko sobie przypomnij ten pocałunek, bo ja nigdy nie zapomnę jak miękkie masz usta, Warlord.

– To śmieszne. Wyznałaś mi miłość, a wciąż nie mówisz mi po imieniu.

twarz23

– Nie znam cię po imieniu. Zawsze byłeś Warlordem. I wtedy, gdy jak wariaci zacieraliśmy ślady włamania w Berlińskiej Bibliotece Narodowej, pamiętasz, jak ci ręce po klawiaturze chodziły, że mało nie unosił się kurz? I wtedy, gdy pisałeś listy od nieśmiałej panny z Bułgarii, która szukała manuskryptów dotyczących jej rodziny, i jak pomagałeś mi znaleźć adres hotelu w Madrycie, prowadząc mnie uliczkami jak nawigacja samochodowa. Kiedy śmialiśmy się, i kiedy płakaliśmy, gdy twój tata zmarł. Zawsze byłeś Warlordem. Takiego tylko cię znam.

– Fakt, nigdy nawet nie pytałaś mnie o imię. Nigdy nie chciałem nikomu go podać. Trudno się czepiać – przyznał.

– Więc się nie czepiaj – powiedziała wesoło, kończąc temat i wstała by podejść do okna.

– Kiedy lecisz?

– Samolot mam o drugiej po południu.

– Wpadniesz rano się pożegnać?

– Koniecznie – odpowiedziała, spojrzawszy mu w oczy – czy twoja mama już była?

– I była i będzie. Jak niemowlęcia nie odstępuje mnie na krok. Wpada w drodze do pracy i prosto z biura.

– Kocha cię.

– Czasem myślę, że za mocno. Powinna sobie znaleźć jakiegoś faceta i rozerwać się nieco. Starzeje się szybciej ode mnie.

– Dziwisz się? Niedawno straciła męża, a teraz traci syna.

– Tym bardziej powinien jej ktoś zostać.

– Siedzisz w Internecie cały dzień, zorganizuj randkę w ciemno.

– A wiesz? Świetny pomysł – zaśmiał się.

Kathrin spojrzała w okno i zamyśliła się.

– Wiesz – ocknęła się w końcu – dostałam maila od Janovica dziś rano.

– To ten, co ma tamte manuskrypty, których nie chciał nam sprzedać w ubiegłym roku?

– Ten sam – potwierdziła.

– Czego chciał? – spytał mocno zaciekawiony.

– Potwierdzili u niego raka wątroby.

– I to ci napisał? – zdziwił się.

– Tak, ma chyba ze sto lat. Musi na coś umrzeć – odparła.

– Nie ma bliższej rodziny od ciebie?

– Nie pisał, żeby się zwierzyć. Zapisał cały księgozbiór, a nie wiadomo co w nim jeszcze jest, swojej wnuczce, a ona nie ma pojęcia co dostaje. Poprosił, bym ją z tym zapoznała, bo teraz dziewczyna jest za granicą, a jak wróci, jego już pewnie nie będzie.

– I ciebie poprosił?

– Boi się, że hieny ją okradną ze skarbów. Naopowiadają jej bzdur i wyniosą białe kruki.

– A co ty masz do tego? Zlał nas równo w ubiegłym roku. Tak potrzebowałem tych manuskryptów – obruszył się Warlord.

– Jednak zachowałeś się jak należy i ja również nie nalegałam. Uszanowaliśmy go, mimo sprzecznych interesów. On to zapamiętał. Zaufał nam.

– Tobie – poprawił.

– To ja z nim negocjowałam – wyjaśniła. – I chce mi zapłacić 5% wartości zbiorów, jeśli się zgodzę być ich mecenasem.

– Super. Ile to będzie?

– Sporo. Ma potężną bibliotekę i nie są to wydania z ubiegłego roku. Niektóre bezcenne.

– Od tych będzie trudno obliczyć 5% – zauważył.

– Warlord, popraw się. Ten przypadek świadczy o tym, że mam już swoje nazwisko w biznesie i nie muszę pracować dla firmy.

– Moim zdaniem to, co teraz robisz, już o tym świadczy.

– Może jak mi zapłaci zgromadzę trochę zbiorów i otworzę własny antykwariat?

– Powinnaś. Masz wiedzę, kontakty i serce do tej pracy. Wielu klientów za tobą pójdzie.

– To trochę nie fair – wzdrygnęła się.

– Nie na siłę przecież, a z własnego wyboru – uspokoił ją.

– Jeśli tak…

– Idź już. Zrobiło się ciemno, a ja chcę wysłuchać, co jeszcze można powiedzieć, kiedy to, co się miało stać, już się stało.

– Jasne – uśmiechnęła się pogodnie. – Życie zaskakuje, a rzeczy, których się nie planowało, zaczynają się dziać.

– Chcesz powiedzieć, że ona pójdzie za nim i popłyną do Valinoru?

– Nie, nie.

– Więc co?

– Do usłyszenia – dziewczyna pogładziła go po twarzy i już odwracała się, by wyjść, gdy on przytrzymał jej dłoń.

– Poczekaj. Chcę ci to powiedzieć live, nie on-line – wziął głęboki oddech. – Kocham cię, Kathrin. Kocham cię, jak nigdy nikogo nie kochałem i nie pokocham. Jakbym się tylko po to urodził.

Dziewczynie zalśniły oczy na to wyznanie i ścisnęło ją w gardle ze wzruszenia. Położyła tylko palce na jego ustach i spojrzała mu w oczy.

– Wiem – rzuciła na pożegnanie, odwróciła się i wyszła.

Do Sieci weszła tuż po dziewiątej. Jak zwykle musiała wziąć pod uwagę cykl życia szpitala i swoich dodatkowych słuchaczy. Miała jeszcze trochę przygotowań, ale postanowiła je na ten czas przerwać. Odespać mogła w samolocie. Lot miał być bardzo długi.

– Warlord, jak się masz? Jesteś gotów? – zapytała bez zbędnych ceregieli.

– No, jestem – odparł zdziwiony. – Czy mam wołać ludzi?

– Wołaj, ja też jestem gotowa – uśmiechnęła się, pojąwszy swe niegrzeczne zachowanie.

Na sali znów zrobił się szum, a gdy tylko ustał, Kathrin odetchnęła głęboko i zaczęła opowieść.

Dziewczyna wróciła do domu i zbiegła na dół do pokoiku. Usiadła na łóżku i po raz pierwszy od dawna się rozpłakała. Nie było ku temu jakiegoś konkretnego powodu. Raczej nadmiar napięcia, radość zwycięstwa nad śmiercią i smutek definitywnego rozstania. Szczęście z uratowania szczególnej istoty zmieszane z poczuciem utraty ważnego celu w życiu i braku takiego, który godnie mógłby go zastąpić. Tak, planowała znaleźć swe korzenie, ale czy jest to tak ważne, jak uratowanie nieśmiertelnego od śmierci? A jeśli nawet dowie się, kim sama jest, czy na pewno to coś zmieni?

Tak wiele uczuć i tak wiele niezrozumiałych emocji przejmowało jej serce, że nie znalazłszy innego ujścia, wylały się łzami jak wodospad na Nimrodel.

Trwało to dłuższą chwilę. Pozwoliła sobie na ten moment słabości jak na wielki luksus, którego dawno nie doświadczyła i nie próbowała nawet się powstrzymać przed kolejną łzą, aż całe napięcie ją opuściło i nastał spokój. Spokojne serce pozwala jasno myśleć. Tym razem jednak była tak zmęczona po wyczerpującej nocy, że położyła się na swym posłaniu i zasnęła. Obudziła się późną nocą. Nie zauważyła nawet, że gdy spała był w jej pokoju Meneka by sprawdzić, czy udało jej się przeżyć i w jakiej kondycji. Sam był lekko ranny w nogę w wyniku upadku, co dla takiego żołnierza nie stanowiło problemu, nad którym by się rozczulał. On jednak nie poszedł spać. Wyszedł na ulicę i znalazłszy kilku przyjaciół, którzy nie mieli schronienia w mieście, zaprosił ich pod swój dach. Nie budząc dziewczyny nakarmił ich tym, co zostało po przejściu orków przez dom i przygotował posłania na podłodze. Mimo iż dzień był w pełni, mężczyźni również zasnęli. Obudzili się przed dziewczyną i poszli pomagać przybyłym, którzy zdecydowali się jeszcze do domu nie wracać. Gdy dziewczyna się obudziła, w domu nikogo już nie było.

Była to pierwsza chwila, w której mogła spokojnie i z pewnym, choć małym, dystansem pomyśleć o swojej przyszłości. Teraz była szczęśliwa z powodu wypełnionej misji. Nie oczekiwała niczego więcej, a i tak była przekonana, że dokonała niemożliwego. Wyjęła mały kamień z zawiniątka i patrzyła nań, jakby miał jej powiedzieć, co teraz. W pewnym sensie usłyszała odpowiedź. Poczuła zew i pragnienie, by odnaleźć własne imię. By być punktem na mapie Śródziemia. Ona, taka mała, której udało się tak wiele, jeśli zasługiwała, by być choćby pyłem na ziemi, z pewnością odnajdzie swoje pochodzenie. Nie było na co czekać.

Wraz z pojawieniem się pierwszych promieni słońca, gdy jeszcze mgła zakrywała ziemię, dziewczyna przygotowana do długiej podróży poszła szukać swego konia. Nie była pewna czy go znajdzie, gdyż wróg na pewno doszedł i do stajni. W stajni były zwierzęta ranne, z opatrzonymi członkami, niestety były też martwe. Jej klaczka, schowana w rogu pomieszczenia, leżała przytulona łbem do ściany. I dla niej nie była to lekka noc, ale jako jedna z nielicznych nie odniosła ran. Dziewczyna podeszła do konia, pogładziła go uspokajająco i pozwoliła mu wstać. Wyprowadziła zwierzę spokojnie ze stajni i zaczęła rozglądać się za Meneką. Znalazła go w izbie straży przy bramie.

– Meneko! Panie! – zawołała.

Mężczyzna nie zauważył jej zrazu, ale przyjaciele, wśród których był i Ramus, wskazali mu, że ta go szuka.

– A ty co tu robisz tak wcześnie? – zapytał podchodząc do niej.

– Dziewczyna wypełniła swą misję i chciała podziękować ci za gościnę i naukę.

– Jak to podziękować? Chcesz odejść? Teraz, tak nagle? – uniósł głos w zdziwieniu.

– Może tam, w Tharbadzie, znajdzie dom swój i przeszłość – odparła.

– A przyszłość? – spytał zmartwiony.

– Nie ma przyszłości bez przeszłości, Meneko. Jeśli ta ma poczuć się kimś więcej niż pyłem na wietrze, musi odnaleźć dom i historię.

– Smutkiem napełnia moje serce twa decyzja i nie sądzę, by bezpiecznie było ci teraz podróżować. Zostań i poczekaj aż świat się uspokoi. Wygrana bitwa to nie wygrana wojna.

– Jej już wygrana, Meneko. Droga, którą pójdzie, daleka jest od szlaków, a stworzenia lasu umie omijać z daleka. Nie będzie zwlekać. Jeśli śmierć jej nie chciała tutaj, nie zechce i tam. Jeśli zechce, ulgę przyniesie rozdartej duszy.

– Nic już więcej nie umiem powiedzieć, co by cię powstrzymać mogło – westchnął. – Jedź w pokoju. Dziękuję i za te tygodnie, w których mogłem cieszyć się namiastką domu.

– Dom twój w zasięgu twej ręki, panie. Wspomnij, co ci dziewczyna mówiła. Żegnajcie – odwróciła się i dosiadła konia.

Gdy tylko znalazła się za bramą, poczuła się wolna. Wolna jak wiatr i jak wiatr zaczęła pędzić pozwalając, by ten rozwiał jej włosy wysoko.

Tymczasem Haldir, również wybity z rytmu nocy i dnia, szykował się do drogi wraz z resztką swoich ludzi. Smutek przejmował jego serce, gdyż zbyt wielu umarło tej nocy, a do śmierci tylu nieśmiertelnych nie był nawykły mimo doświadczenia w walce.

Gdy podszedł do okna, by zobaczyć, jaki dzień się zapowiada, dostrzegł oddalającego się jeźdźca. Zdziwiony tą wczesną wyprawą samotnej osoby, przyjrzał się dokładniej i zauważył jak wiatr strąca owemu kaptur i unosi złote, długie fale na jego ramionach. Serce mu zamarło. Rozpoznawszy te włosy wspomniał ich dotyk sprzed pół dnia zaledwie i ich zapach. Pogonił kompanów, którzy sprowadzili konie do bramy.

Postanowił wejść do strażnicy i spytać o podróżną, gdy w tej samej chwili z pomieszczenia wyszedł nie kto inny, ale jego przyjaciel Ramus.

– Haldirze, przyjacielu, szukałem cię po bitwie. Gdzie się podziewałeś? – zapytał, okazując radość ze spotkania.

– Ramusie, taka radość widzieć cię w zdrowiu. Zostałem ranny w ramię i owa dziewczyna, którą do ciebie posłałem owego dnia, pomogła mi przeżyć noc. Pomogła nie raz, muszę przyznać.

– Czy może była na murze w czasie walki? – spytał podejrzliwie Ramus.

– Była. Nie powinno jej tam być, a nie dość, że była, to uratowała mnie od ciosów dwa razy. Czyż to nie niezwykłe, przyjacielu? – to mówiąc zamyślił się.

– W zasadzie nie, Haldirze. Teraz, gdy już po wszystkim, mogę ci powiedzieć, że to nie przypadek. Długo przygotowywała się do tej misji.

– O czym ty mówisz, Ramusie? – zapytał zdziwiony.

– Dostałeś moją przesyłkę? – Ramus zmienił na chwilę temat.

– Tak, to te znaki, jakie dziewczyna ma na kamieniu.

– Tak, właśnie odjechała do Tharbadu.

– Posłałem tam kogoś, kto miał to sprawdzić, ale nie mogłem teraz poświęcić temu czasu. Postanowiliśmy pomóc ludziom i to było ważniejsze – odparł Haldir.

– Dziewczyna dostała w osadzie blisko Fangornu inny kamień. Gdy podłożyła go pod głowę nocą, zobaczyła sen, a w nim twoją, przyjacielu, śmierć. Nie powiedziała mi wówczas, gdy mi to opowiadała, o kogo chodzi. Niemniej owego dnia kupiła miecz i uczyła się go używać. Szło jej naprawdę dobrze, a mogłem się o tym przekonać gdy napadła na nas grupka żołnierzy kiedy wracaliśmy z targu do naszej wsi.

– Napadnięto was? – zainteresował się jeszcze bardziej Haldir.

– Było ich czterech i bałem się, że wyszedłem z wprawy i nie dam im rady. Nie spodziewałem się, że dziewczyna potrafi o siebie zadbać i dzięki niej uszliśmy cało.

– Jej walkę widziałem. Nie zdawałem sobie jednak sprawy… – zamyślił się Haldir.

– Nie zdaje mi się, przyjacielu, by to była jedynie sąsiedzka przysługa. Ciężko pracowała w zamian za naukę. Meneka opowiadał mi, jak ją trenował i jak wcześniej trenował ją kowal, za opiekę nad dziećmi. Tyle w tej dziewczynie sprzeczności, tyle siły i tyle słabości.

Haldir nie mógł wyrwać się myślom i nic nie odpowiadał. Ramus wyszedł z nim do bramy i kawałek dalej.

– Ramusie, cieszę się, żem cię całego ujrzał. Cała historia, jaką mi opowiedziałeś, wydaje się dość niezwykła. Myślę jednak, że to dziwna rzecz, gdyż jakie znaczenie ma moje życie, by o nim wróżyć i czemu mnie nie uprzedzono, bym mógł sam się obronić?

– Tego nie wiem, ale może to nie o twoje życie chodziło, Haldirze. Wracaj teraz do swoich, a czasu na przemyślenia ci nie zabraknie w drodze.

– Żegnaj, przyjacielu. Pewnie się nie spotkamy. Statek nasz wkrótce wypłynie i czas będzie opuścić te ziemie. Zabiorę ciebie w mym sercu, gdyż cenną jest mi twa przyjaźń.

– I ty w moim sercu masz mieszkanie, przyjacielu. Jeśli postanowisz odpłynąć, niech dobre wiatry was prowadzą.

Mężczyźni objęli się na pożegnanie i rozstali, każdy zmierzając w swoją stronę. Haldir nie zdołał uspokoić umysłu po tym, co usłyszał.

– Myślę, że czas dać mu się nieco zastanowić nad wypadkami i wrócić do Śródziemia gdy emocję nieco opadną – przeciągnęła się Kathrin.

– Racja, Kath.

– Jestem zmęczona. Pozwól, że skończę pakowanie i pójdę zaraz spać.

– Jasne, ja też miałem dziś dość wrażeń. Dobranoc, maleńka.

– Śpij dobrze, mój wojowniku – odparła łagodnie.

– Na tej poduszce na pewno – uśmiechnął się i pozwolił jej rozłączyć Skype’a.

cdn.