Odcinek 24 o rozstaniu i długiej podróży.


Ranek był zajęty. Pobudka, śniadanie, na które z powodu braku sera, co uznała za wielką gafę, musiała zjeść coś innego, a w tym wypadku brytyjski specyfik o nazwie Marmite, zapłata za hotel i zapakowanie z pomocą obsługi hotelu bagaży do taksówki. Bagaże były opisane wraz z numerem lotu. Kathrin poleciła zawieźć je na lotnisko i oddać do przechowalni, skąd miały trafić do samolotu zaraz po odprawie.

Sama podjechała do szpitala, by się pożegnać z Warlordem. W sali spotkała jego mamę. Przywitała się uprzejmie i wymieniła kilka uprzejmości. Kobieta zdawała sobie sprawę, że Kathrin ma mało czasu, więc pod byle pretekstem wyszła, zostawiając ich samych.

– A więc lecisz? – smutno zaczepił Warlord.

Kathrin usiadła delikatnie na jego łóżku, opierając lewą rękę po drugiej stronie bioder chłopaka.

– Tak, lecę, ale przecież nie na zawsze. Wrócę za kilka tygodni. – odparła pogodnym głosem.

– Załatwiłem wszelką pomoc, jakiej mogłabyś potrzebować, a i tak coś z tym zleceniem nie tak – odparł. – Po prostu się martwię. Boję się, że ten wyjazd zmieni twoje życie w jakiś niewyobrażalny sposób.

– Świat się ciągle zmienia. Życz mi nowych doznań i nowych wyzwań. To właśnie czyni życie ciekawym.

– Życzę ci szczęścia. Gdziekolwiek i z kimkolwiek chcesz. Dziękuję, że jesteś teraz ze mną, ale szlag mnie trafi, jeśli za długo będziesz się mazać. Tak cię kocham, Kathrin, tak nie zniósłbym, gdybyś nie doznała spełnienia w życiu.

– Nie martw się na zapas. Będzie dobrze – uspokajała go. – Przecież będę dzwonić.

– Przez komputer to jakoś inaczej. Chciałem ci tyle powiedzieć na żywo.

– Wielu nie ma nawet komputera.

– I to ma mnie pocieszać? – udał obruszenie. – Zadzwoń jak będziesz w hotelu.

– Na pewno. Muszę przecież skończyć opowiadanie.

Dziewczyna nachyliła się nad jego twarzą i pocałowała go w czoło.

– Poza tym mogę potrzebować pomocy – przeniosła usta na brwi, a potem jedno oko, potem drugie…

– Mów dalej – wyszeptał, a jego policzki nabrały rumianej barwy.

– Ze zleceniem uporam się szybko i jak najszybciej wrócę – musnęła ustami jego policzek, okolicę żuchwy, płatek ucha – i wszystko ci opowiem, a potem otworzymy firmę.

– Ach, Kath, tak bym chciał…

Zamknęła mu usta swoimi, a potem skierowała je na szyję i już nic nie mówił.

Te chwile pieszczoty nie trwały długo. Nie tyle, ile by sobie oboje życzyli, gdyż czas ją naglił. Zostawiła go więc jak wulkan przed wybuchem i sama w podobnym nastroju opuściła salę. Pożegnali się przeciągłym spojrzeniem przy drzwiach z zaszklonymi oczyma i rozpalonymi ustami. Jeszcze na lotnisku czuła przyśpieszony rytm serca i ten rozkoszny niepokój w głowie. Upewniła się, że jej bagaże dotarły i weszła na pokład. Przed nią długie godziny na rozmyślania. Bardzo długie godziny.

Pierwszym portem była Floryda. Tam miała jeszcze około czterech godzin do przesiadki na samolot do Limy, skąd miała lecieć do Cusco. Gdy dotarła do Aeropuerto Internacional Alejandro Velasco Astete, była już bardzo znudzona i zmęczona podróżą.

Zabrała swoje rzeczy i opuściła budynek. Obróciła się by spojrzeć, czy na pewno Leo po nią nie wyjechał, ale czerwone mury lotniska najwyraźniej nie skrywały oczekiwanego kolegi. Trochę ją to zmartwiło, gdyż bardzo liczyła na jego obecność w Cusco, niemniej uznała, że poradzi sobie bez niego, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Okazało się, że aby wczuła się w klimat, usytuowano ją w Monasterio del Cusco, pięciogwiazdkowym hotelu mieszczącym się w budynku z XVII wieku, kilkanaście kilometrów na północny wschód od miasta.

Jakież było jej zdziwienie, gdy dotarła taksówką do hotelu i wszedłszy do hallu głównego usłyszała, jak ktoś głośno wykłóca się z recepcją w języku angielskim mocno zabarwionym francuskim akcentem.

Podeszła bliżej i spojrzała na chłopaka.

– Leo? Spodziewałam się ciebie na lotnisku – zaczepiła sucho.

– Och, jesteś. Od pół godziny próbuję się o ciebie dopytać, a oni nie chcą mi nic powiedzieć, kłamiąc, że cię w hotelu nie ma.

– Leo, właśnie w tej chwili weszłam. Teraz chcę się zameldować. Dobrze ci powiedziano.

– Nieważne – obrzucił wściekłym wzrokiem obsługę, wskazując jasno, że jeśli ktoś nie miał racji, to nie był to on, i odszedł na sofę pod filarem, by pozwolić jej się zameldować.

Po chwili obsługa zabrała rzeczy Kathrin do pokoju, a ona podeszła do Leo.

– Spotkajmy się rano. Jestem wykończona.

– Rano?! Oszalałaś?! – zerwał się na równe nogi.

– Daj sobie na wstrzymanie, Leo, leciałam ponad dobę z przesiadkami i jest tu 7 godzin różnicy czasu. Spotkamy się rano – odparła głosem niecierpiącym sprzeciwu.

– Jest dziesiąta. Spotkajmy się na kolacji. Prześpisz się do ósmej, co? – spytał nieśmiało.

– Ósma, niech będzie – odparła sucho.

– Ósma – powtórzył zrezygnowany i odszedł, a ona pośpieszyła za obsługą do swego pokoju.

Rozpakowywać się nie było sensu. Wiedziała, że nie zostanie tu dłużej niż noc, najwyżej dwie. Wyjęła tylko niezbędne rzeczy i poszła pod prysznic. Na sen również nie czekała długo i nawet do głowy jej nie przyszło, by cokolwiek zjeść.

Gdy wstała było już po siódmej. Umyła zęby i twarz po czym zrobiła podstawowy makijaż, jaki był mimo wszystko niezbędny w jakiejkolwiek restauracji, i zeszła na dół.

Leo czekał przy stoliku i rozglądał się nerwowo. Gdy tylko ją zauważył, pomachał energicznie w jej kierunku. Podeszła do stolika i usiadła.

– Zamówiłeś coś? – zapytała.

– Tak, długo tu przyrządzają, więc pozwoliłam sobie zdecydować i za ciebie.

– W restauracjach zawsze się czeka. Co zamówiłeś?

– Peruwian causa, coś w rodzaju sałatki ziemniaczanej, a na deser krem z czarnej fasoli.

– Dziwny deser, ale może warto spróbować regionalnych przysmaków – odparła. – No dobrze, mów.

– Mów? – zapytał. – Może ty mi coś powiesz?

– Mam zlecenie na książkę i klucz do książki, teraz ty.

– XVII w. Cristobal?

– „Podróż do ziemi obiecanej” – odpowiedziała, widząc że mówią o tym samym.

– Kto? – spytał.

– Angielski język, dziwny akcent, mężczyzna. Nie przedstawił się.

– To ten sam. Nie ufa mi, albo…

– Albo za bardzo mu zależy, żeby ryzykować – dokończyła. – Myślisz, że jest jeszcze ktoś?

– Mam nadzieję, że nie. Masz markę na rynku.

– Ta, jasne – fuknęła, wyraźnie biorąc to za żart.

– Masz, masz. Powiem więcej, musisz w końcu otworzyć swój biznes. Chętnie zostanę wspólnikiem.

– Nie czas na takie rozmowy. Jak liczymy kasę?

– Ile ci płaci? – spytał.

– Nic, mam kartę kredytową na wydatki, ale płaci firmie. Za to tobie sporo obiecał.

– Czyli chcesz się dzielić moją kasą?

– Pokrywam wydatki i dokładam wiedzę. Dzielimy fifty-fifty.

– To moja kasa i mam już klucz. Nie dam połowy.

– Nic nie mówiłeś o kluczu – zdziwiła się.

– Nie jest to coś, od czego i ty byś zaczęła. Znalazłem opis klucza w manuskrypcie, a ten na podstawie mapy Monena. Szukałem go ponad miesiąc, mimo że wiele miesięcy studiowałem notatki klienta – niemal wyszeptał.

– Fifty-fifty. Nie masz książki, nie znasz hiszpańskiego, nie masz tylu kontaktów i nie masz wiedzy historycznej. Do tego nie jesteś ładny.

– To jest argument? Przegięłaś. Chcesz urodą zarabiać informacje? – zapytał zirytowany.

– Czasem wystarczy uśmiech, którego – rozumiesz – nie masz tak pięknego, jak ja. Ten argument jednak, jak zauważyłeś, wymieniłam na końcu.

– 60 do 40 – zaproponował.

– Och, idzie kolacja. Zapłacę a potem się pożegnamy – poprawiła się na miejscu.

– Nawet jak znajdziesz książkę, bez klucza jej nie otworzysz – syknął.

– Ha! A ty nie znajdziesz książki. O to jestem spokojna – pozwoliła, by postawiono przed nią danie i poprosiła o butelkę białego, wytrawnego wina.

– Masz tupet – powiedział niemal urażony.

– Co mówiłeś w Warszawie, błagając mnie o pomoc? – udała zastanowienie.

– Niech będzie. Z babą nie wygrasz, a z Polką to już nie ma szans – powtórzył zrezygnowany.

– Nawet Napoleon kochał się w Polce nie bez powodu – odpowiedziała rozbawiona.

– A więc to już mamy obgadane. Co teraz?

twarz24

– Teraz zjemy kolację, a poważnie to musimy się rano spotkać z Andresem Ramirezem z uniwerku. Ma coś dla mnie. Potem ruszamy do Apachety, jeśli będzie trzeba, choć mam nadzieję, że nie będzie.

– Co ma ci dać ten Andres i dlaczego od tego zależy czy dalej idziemy, czy nie? Jesteśmy wspólnikami, przestań operować tajemnicami – odparł zirytowany.

– Ok, da mi pamiętnik przyjaciela Cristobala. Tam się, mam nadzieję, wszystko wyjaśni. Nie zadawałam szczegółowych pytań, bo – rozumiesz – nie chciałam rozgłosu.

– Przyjaciel Cristobala? A skąd ten pomysł? To pewnie mistyfikacja – roześmiał się.

– Zobaczysz jutro. Może nie znasz się na historii, ale na pewno znasz się na datowaniu dokumentów.

– A więc i ty mnie potrzebujesz?

– Oczywiście – odpowiedziała. – Mam pełną świadomość twoich zalet, choć musisz pamiętać, że i wad.

– Ok, przynajmniej fair.

– Hm, to głupie, że mamy klucz, a nie mamy „drzwi”, zwykle jest odwrotnie – zamyśliła się.

– Fakt. Miałem nadzieję znaleźć tę książkę, ale nie wyszło.

– I ktoś jednak zabił pana Monena. Martwię się tym. Albo ktoś szuka tego co my, albo był to wredny zbieg okoliczności.

– Mam nadzieję na to drugie. Ukrywałem się wiele czasu i mam dość – odetchnął zmęczony.

– Ktoś cię śledził? – spytała.

– Nie, ukrywałem się – powiedział niemal dużymi literami.

– A więc to zasługa kamuflażu – pokiwała głową. – Wiesz, ja myślę jednak – przerwała na kolejny kęs potrawy – że nikt cię nie szukał, a ty jesteś typowym francuskim cykorem.

– Nie wolno ci tak mówić o Francuzach, to dzielny, rewolucyjny naród.

– Trele-morele. Obyś nie miał okazji mi tego udowadniać. Nie czułabym się bezpiecznie.

– Obrażasz mnie – uniósł się.

– Daj spokój. Oboje pamiętamy pewne wypadki sprzed trzech lat. Ach – roześmiała się na wspomnienie – i te sprzed roku.

Tu nie wytrzymała i zaczęła tak się śmiać, że łzy popłynęły jej z oczu.

– Jakie sprzed roku? – zapytał zirytowany.

– To też było w Szwajcarii. Miałeś klientkę, pamiętasz? Miała takie odlotowe imię.

– I co cię śmieszy? – zdziwił się.

– To, jak jej facet zamknął za tobą drzwi, jak zaniosłeś zlecenie i zaczął cię głaskać po kolanie, a ty czekałeś, aż babka wróci ze sklepu. Wytrzymałeś kwadrans cały, nim z wrzaskiem wybiegłeś na ulicę i wpadłeś rozhisteryzowany na kobietę. Nie policzyłeś jej prowizji, żeby tylko stamtąd uciec. Tak cię załatwili, ha ha ha ha!

– I to jest śmieszne? – oburzył się.

– Tak, klasycznie cię zrobili. Z niego był taki gej, jak ze mnie Maria Callas.

– No dobra, przestraszył mnie. Nie widziałaś jaki to był byczek. Wielki jak dąb, muskuły jak u Arnolda i jakby mi taki facet… – wykrzywił usta w obrzydzeniu – … rozerwałby mnie na kawałki.

Teraz na samo wspomnienie tej sytuacji z dystansu wielu miesięcy sam zaczął się śmiać. Atmosfera rozluźniła się i, wspominając różne wpadki ze swoich przygód z literaturą, bawili się świetnie niemal do północy.

Rano spotkali się na śniadaniu, po którym poszli do biblioteki uniwersyteckiej.

Wspomniany Andres już na nich czekał.

– Como estas? – zaczęła Kathrin.

– Muy bien! – odparł mężczyzna, obejmując Kathrin na powitanie. – Donde esta Warlord?

– Él está muy enfermo, no pudo venir – odparła, po czym obróciła się do towarzysza i przedstawiła: – Esta es Leo.

– Mówi pan po angielsku? – zapytał sfrustrowany Leo. – Albo francusku?

– Mówię po angielsku – odparł Andres. – Przepraszam za tę niegrzeczność.

– Nie szkodzi – odpowiedział Leo, zadowolony z obrotu sytuacji.

– No dobrze, jak tam praca, panie wielki doktorze? – podkreśliła tytuł Kathrin. – Nie miałam okazji pogratulować doktoratu, a tu habilitacja.

– Daj spokój. Wiesz, że zawsze lubiłem się uczyć, a że dają za to tytuły…

– No nie każdemu. Dla mnie jesteś wybitny. Czytałam twój artykuł o kobietach średniowiecza na koloniach hiszpańskich. Skąd temat kobiet u ciebie?

– Myślisz, że tacy jak ja nie widzą kobiet? – roześmiał się życzliwie.

– Mnie nie widziałeś – udała oburzenie.

– Ach, gdybyś miała tylko trochę mniej tu – wskazał na piersi – a więcej tu – wskazał na barki – zakochałbym się bez pamięci.

Na te słowa spojrzał w niebo, jakby wyobrażał sobie wymarzone kształty.

– Muszę nad tym popracować – odparła spojrzawszy na Leo.

– Twój przyjaciel za to niczego sobie – Andres od razu zorientował się, co wyraża jej spojrzenie.

Leo poczuł się niepewnie i stanął za Kathrin.

– Muszę ci coś opowiedzieć, Andres. Posikasz się ze śmiechu – zaczęła rozbawiona. – W ubiegłym roku w Szwajcarii…

Na te słowa Leo pomachał jej ręką i odszedł usiąść na ławce. Kathrin opowiedziała Andresowi całą historię i razem skończyli tarzając się ze śmiechu na trawniku przed biblioteką. Przechodzący studenci najwyraźniej nie znali doktora Ramireza z tej strony i przystawali, żeby się pogapić, a Kathrin po kawałku dodawała coś do historii, aż niemal się nie podusili. Minął dobry kwadrans nim udało im się wstać i przybrać godną, profesorską postawę.

– Nie rób mi tego więcej na uczelni. Co teraz powiedzą moi studenci? – wciąż próbował zaczerpnąć oddechu.

– Tak dawno nie tarzaliśmy się w totalnej głupawce. Ach, to były lata, pamiętasz? – rozmarzyła się Kath.

– Jak inaczej? Byłem zagranicznym studentem na Uniwersytecie Warszawskim. Dzięki tobie i ludziom, których dzięki tobie spotkałem, były to najcudowniejsze lata. A uniwerek wciąż stoi?

– Coraz piękniejszy. Warszawa ciągnie kasę z Unii i odnawia co się da. Teraz jest moda na ocieplanie budynków. Dzięki temu te popielate, stare, zniszczone elewacje nabierają kolorów i drugiej młodości. Robi się naprawdę ładnie.

– Wspomnienia – zamyślił się. – A ty wyszłaś za mąż?

– Andres, byłeś jedynym facetem, jaki mi się podobał, i wtedy umówiłeś się z Piotrem. Do dziś jestem w traumie.

– A poważnie?

– Poważnie bardzo zbliżyliśmy się ostatnio z Warlordem.

– Najpierw gej a potem gość nad grobem. Dokonujesz bezpiecznych wyborów.

– Daj spokój – spuściła wzrok.

– Ach, zapomniałem. Kiedyś kochałaś się w elfach – ucieszył się że pamięć go wciąż nie zawodzi.

– Do dziś się kocham. Ale my tu gadu-gadu, a Leo – spójrz – nie wie, jak dać mi do zrozumienia, że czeka znudzony.

– Racja. To twoja książka, Kath. Pamiętniki Rodrigeza del Velio, przyjaciela wspomnianego Cristobala. Nie wiedziałem z początku, o co ci chodzi, gdyż Cristobal to po prostu Krzysztof. Dopiero Baltazar mnie naprowadził. Czego szukacie? Może mogę pomóc.

– Nie sądzę – Kathrin wzięła książkę z rąk mężczyzny. – Cieszę się, że cię spotkałam.

– I ja się cieszę. Przyjedź jeszcze kiedyś na dłużej – Andres objął ją ramieniem i odprowadził do Leo. – I weź ze sobą przyjaciela – tu ostentacyjnie zmierzył go wzrokiem, tak że biedny Leo poczuł się nagi, zerwał się na równe nogi, pożegnał pośpiesznie i ruszył przed Kathrin, by nic mu czasem nie groziło. Za sobą usłyszał jedynie chichot obojga.

– Niezłych masz znajomych – wymamrotał, gdy byli już ładny kawałek dalej.

– To geniusz i do tego zobacz jakie ciacho – odwróciła się na chwilę i spojrzała rozmarzonym wzrokiem.

– Kathrin, upiłaś się? Nigdy cię takiej nie widziałem – Leo był najwyraźniej zagubiony.

– Ach, lata studenckie tak na człowieka wpływają. Mówisz, jakbyś sam nie studiował.

– No tak, ja to co innego, ale ty? Zresztą nieważne. Masz ten pamiętnik? – zmienił temat.

– Mam, poczekaj aż wrócimy do hotelu.

– Ok, niech tak będzie – powiedział i zatrzymał przejeżdżającą taksówkę.

W hotelu byli po godzinie. Kathrin zaprosiła Leo do swojego pokoju, by pokazać mu pamiętnik bez świadków. Leo wszedł, spokojnie zamknął za sobą drzwi przekręcając klucz w zamku i z poważnym wyrazem twarzy skierował się w stronę Kathrin, odpinając powoli guziki koszuli.

– A więc potrzebujesz dowodu co do tego, jakim mężczyzną jest prawdziwy Francuz? – spytał zbliżając się.

Gdy podszedł już dość blisko do skonsternowanej Kathrin, chwycił za guzik spodni i delikatnie go odpiął. Przyparł dziewczynę do ściany i począł zbliżać do niej swe usta.

Kathrin była coraz bardziej przerażona, aż w końcu krzyknęła:

– Leo, popaprańcu, co robisz?!

Na te słowa Leo triumfalnie się roześmiał. Padł na podłogę i śmiał się do rozpuku.

„Leo, co robisz?” – powtarzał w kółko. – „Ty brutalu!”

– A więc zemściłeś się, ha, ha, ha! Bardzo śmieszne – obruszyła się obrażona.

– Żebyś widziała swoją twarz! Skonam za chwilę. To nie 1:1. To 10 do 1! – nie przerywał napadu radości.

– Wstań już. Mamy robotę – pogoniła go.

– Pani to może się tarzać po trawie moim kosztem, ale ja pani kosztem to już nie, hi hi hi.

– Koniec! – krzyknęła.

– No już dobrze. Mam nadzieję, zapamiętasz to na spotkanie z kolejnym przyjacielem – odpowiedział, po czym poruszany ostatnimi konwulsjami wstał z podłogi i zapiął spodnie.

Kathrin usiada w fotelu z pamiętnikiem w dłoni, położyła go na kolanach i zaczęła oglądać strony. Leo, gdy się tylko ogarnął, przysiadł się do niej na podłokietniku fotela i nachylił nad jej kolanami.

– Pokaż, niech się przyjrzę w świetle – zaproponował już poważnym głosem i podszedł do okna. Skupił wzrok na stronach. Obejrzał dokładnie wolumen i przyjrzał się krojowi liter, włóknom kartek, atramentowi.

cdn.