Odcinek 25 o trudach podróży przez Śródziemie

Odcinek 25 o trudach podróży przez Śródziemie


Gdy podszedł już dość blisko do skonsternowanej Kathrin, chwycił za guzik spodni i delikatnie go odpiął. Przyparł dziewczynę do ściany i począł zbliżać do niej swe usta.

Kathrin była coraz bardziej przerażona, aż w końcu krzyknęła:

Leo, popaprańcu, co robisz?!

Na te słowa Leo triumfalnie się roześmiał. Padł na podłogę i śmiał się do rozpuku.

Leo, co robisz?” – powtarzał w kółko. – „Ty brutalu!”

A więc zemściłeś się, ha, ha, ha! Bardzo śmieszne – obruszyła się obrażona.

Żebyś widziała swoją twarz! Skonam za chwilę. To nie 1:1. To 10 do 1! – nie przerywał napadu radości.

Wstań już. Mamy robotę – pogoniła go.

Pani to może się tarzać po trawie moim kosztem, ale ja pani kosztem to już nie, hi hi hi.

Koniec! – krzyknęła.

No już dobrze. Mam nadzieję, zapamiętasz to na spotkanie z kolejnym przyjacielem – odpowiedział, po czym poruszany ostatnimi konwulsjami wstał z podłogi i zapiął spodnie.

Kathrin usiada w fotelu z pamiętnikiem w dłoni, położyła go na kolanach i zaczęła oglądać strony. Leo, gdy się tylko ogarnął, przysiadł się do niej na podłokietniku fotela i nachylił nad jej kolanami.

Pokaż, niech się przyjrzę w świetle – zaproponował już poważnym głosem i podszedł do okna. Skupił wzrok na stronach. Obejrzał dokładnie wolumen i przyjrzał się krojowi liter, włóknom kartek, atramentowi.

Kathrin przyglądała mu się. Już nie wydawał jej się pokracznym, niskim Francuzem. Tym razem dojrzała w tej drobnej postaci pięknie wyrzeźbione ciało, inteligentne spojrzenie, pasję w rozpracowywaniu antyku. Właśnie przecież dlatego był jednym z nich. W tym, co umiał, był naprawdę ekspertem. Nigdy nie dał sobie sprzedać podróbki. Kathrin nieraz korzystała z jego pomocy, gdy nie była pewna pochodzenia książki, mapy czy manuskryptu. Nie znał się może na historii czy literaturze, ale na pewno znał się na kaligrafii, papiernictwie i historii przedmiotu, jakim była książka.

To autentyk, tak na pierwszy rzut oka – wyrwał ją z zamyślenia.

Pierwszy rzut? – spytała. – Gapiłeś się na to pół godziny. To był pierwszy rzut oka?!

Tak – zdziwił się – nie mam tu chemii by zbadać próbkę.

Kathrin tylko pokręciła głową.

Nie zaszkodzi mu światło? – spytała.

Chcesz wyłożyć to na słońcu? – zmarszczył brwi.

Nie, skserować – odparła. – Wolę studiować kopię, gdyż robię notatki.

Ja skseruję. Masz kasę? – wyciągnął do niej rękę.

Ja wydatki, co? – spojrzała na niego wymownie i podeszła do torby po portfel.

Leo wrócił z gotowym plikiem papierów po czym delikatnie i dokładnie zawinął oryginał w szmatkę z gęstego płótna.

Nie lepiej w folię? – zapytała Kathrin.

Nie, spleśnieje – odpowiedział. – Lepsze jest bardzo grube, gęste płótno.

Ty się znasz – potwierdziła i wzięła kopię do ręki. – Nie ma sensu byś tu ze mną siedział, spotkajmy się na kolacji. Jest tego sporo, więc może zejdzie mi do jutra, ale kto wie?

Ok, skoczę na miasto. Miłej lektury – chłopak odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Kathrin wyciągnęła z bagażu PSP, gdzie miała zeskanowane dokumenty i zainstalowane słowniki. Nie była to najwygodniejsza forma przeglądania dokumentów, ale zdawała sobie sprawę, że nie mogłaby przytaszczyć tutaj całej biblioteki. Nie marudząc wzięła pierwsze strony do ręki i zaczęła odczytywać ich znaczenie. Z pewnością nie był to współczesny hiszpański.

Wieczór przyszedł wcześniej, niż go oczekiwała. O godzinie ósmej obsługa zadzwoniła do jej pokoju, by przypomnieć o kolacji. Na pewno załatwił to Leo. Zeszła na dół i widząc go z daleka skierowała się w jego stronę.

Co zamówić? – spytał.

Dziś pytasz? – udała zdziwioną. – Zamów coś lokalnego. Chcę nacieszyć zmysły lokalnymi smakami. Czy mają coś z sera?

Na pewno coś się znajdzie – roześmiał się.

Co? – spytała, nie rozumiejąc tego nastroju rozbawienia.

Pamiętasz, jak pojechałaś do Reykjavíku i na śniadanie podali ci rybę? – zachichotał.

No co, poróżniliśmy się nieco na temat menu do śniadania – obruszyła się.

Poróżniliście? W Paryżu słychać było tę awanturę. Sylabizowałaś im „ser” w piętnastu językach, a gość po prostu z powodu śnieżycy tego dnia nie miał sera.

Też mi coś? A ty zjadłbyś rybę na śniadanie? – spytała zaciekawiona.

Nie wiem, ale nie robiłbym z takiego powodu scen o międzynarodowym zasięgu.

Pijesz do tego Szwajcara, który się do mnie przyłączył.

Właśnie. Do tego trafiłaś na wytwórcę serów – z trudem powstrzymywał głośny śmiech. – I razem wbiliście biednego hotelarza w podłogę. Jak usłyszałem tę historię, śmiałem się miesiąc.

Hm, masz rację. To było głupie. Przysłowie mówi, że głodny Polak, to zły. Ja byłam głodna – zakończyła temat.

Dobrze, weźmy więc rybę na kolację. Do ryby tostowane kukurydze, czyli…

Cancha – dokończyła. – I ser – dodała.

I smażone banany – zakończył wyliczankę.

Zamówmy – potwierdziła Kathrin, a Leo wezwał skinieniem kelnera, po czym złożył zamówienie.

A deser? – spytał kelner.

Co pan poleca? – zapytał Leo.

Z deserów mazamorra morada podawana z arroz con leche, ryżem gotowanym w skondensowanym słodkim mleku z dodatkiem cynamonu, wanilii i goździków.

Super, szczególnie ten ryż gotowany w skondensowanym mleku z wanilią i goździkami – westchnęła Kathrin.

Ty nie dasz rady bez nabiału, mam rację? – spytał Leo.

Ciężko by było – przyznała.

Tak myślałem. Czego się więc dowiedziałaś o naszym Cristobalu? – wrócił do meritum.

Przed śmiercią podróżował do Apacheta. Trop był dobry. Jutro jedziemy. W pamiętniku są pewne wskazówki.

Super, już się nudziłem. O której wyruszamy?

Koło jedenastej. Położę się późno. Muszę jeszcze posiedzieć a rano zadzwonić do Warlorda o normalnej dla niego godzinie.

Ok. A ja padam po wycieczce po Cusco. Chętnie się położę wcześniej – odparł.

Świetnie. O, niosą dania – zauważyła.

Posiłek zajął jeszcze jakąś godzinę, którą poświęcili na ustalenia szczegółów podróży. Gdy wróciła do pokoju, była prawie dziesiąta. Wzięła prysznic i przebrawszy się w piżamę, rzuciła się na łóżko z lekturą. Około pierwszej w nocy zasnęła. Obudziło ją słońce przedzierające się przez niedokładnie zasłonięte zasłony. Była prawie dziewiąta. Szybko wstała, ogarnęła się i zbiegła na śniadanie. Chwyciła cokolwiek, a poranną kawę zabrała do pokoju. Wzięła do ręki PSP i w końcu zadzwoniła do Warlorda. Odetchnęła gdy ten odebrał.

Kathrin, kochana, jak się cieszę, wczoraj nie dzwoniłaś – słychać było w jego głosie jak ustępuje mu zdenerwowanie.

Wczoraj nie mogłam.

A dziś, która to u ciebie? – zaśmiał się.

Jak u ciebie czwarta po południu, to u mnie dziesiąta rano. Właśnie zjadłam śniadanie i za godzinę powinniśmy ruszać w drogę do Apachety.

Wszystko dobrze? – spytał z troską w głosie.

Masz pozdrowienia od Andresa. Ubawiliśmy się kosztem Leo. Pamiętasz Szwajcarię w zeszłym roku?

Tak – roześmiał się w miarę swoich możliwości. – Kathrin, sprawiasz mi ból.

Przepraszam, nie chciałam cię rozśmieszać.

Zdążysz mi coś dziś opowiedzieć?

Po to dzwonię – przełknęła łyk kawy. – Wołaj ekipę. Mam mało czasu.

Ok, poczekaj 5 minut – Warlord zadzwonił po pielęgniarkę i zamienił z nią kilka słów. Po chwili zrobił się szum i nastała cisza.

Widzę, że już mogę – upewniła się.

Tak jest, zaczynaj – potwierdził Warlord i oboje się rozluźnili, wpatrując się gdzieś w dal, gdy Kathrin zaczęła snuć dalszą część opowieści.

twarz24

Dziewczyna z niejaką obawą podążała przed siebie. Obawiała się spotkać grupki niedobitków, którzy mogliby skutecznie ją powstrzymać. Nie wiedziała, którędy będzie bezpieczniej i na wszelki wypadek dotarła do gościńca dopiero przy Wrotach Rohanu by przeprawić się przez most na Isenie. Za mostem zjechała ze starego południowego gościńca i pognała jego prawą stroną, utrzymując dystans od Isengardu, o którego upadku przecież wiedzieć nie mogła, a dalej trzymając się w miarę blisko gór. Gdy tylko do nich dotarła, był już wieczór. Noc w Dunlandzie mogła okazać się bardzo niebezpieczna. Weszła więc między pagórki i znalazłszy skalne zakole, gdzie przechodzący bokiem zobaczyć jej nie mogli, postanowiła tam przenocować. Noc była chłodna i ciemna. Mimo ustępujących chmur, nieba nie było widać, a na domiar wszystkiego spadł deszcz. Mokra i zmarznięta wsunęła się pod mały nawis skalny, który nie był wystarczającą ochroną. Mimo niewygód dziewczyna zasnęła ze zmęczenia. Rano obudziła się w mokrym ubraniu i mocno wychłodzona. Poszukała ukrytych w skałach gałązek, które nie zamokły i z wielkim wysiłkiem i cierpliwością rozpaliła małe ognisko. Gdy ogień się rozgościł na dobre, mogła dorzucać również i te nieco mokre drewka.

Na patykach zwiesiła małe metalowe naczynie, do którego nazbierała wody i dodała ziół. Dopiero ten napój sprawił, że się rozgrzała. Klaczka również stała na tyle blisko ognia, by się zagrzać, ale nie za blisko, gdyż konie są płochliwe jeśli chodzi o ogień.

Po porannym posiłku dziewczyna wstała i dosiadła konia. Rozpoczął się następny dzień. Samotna jazda na przemian to wśród skał, to stepu, to znów bliżej skał, aż dotarła do bardziej wystającego na zachód pasma. Pogoda nie była dobra i dziewczyna czuła się coraz gorzej. Gdy tylko minęła występ górski, postanowiła poszukać schronienia na kolejną noc. Znów spadł deszcz nim udało jej się cokolwiek wypatrzeć. Nagle, w oddali, tuż u podnóża jednego ze wzgórz, zobaczyła światło. Małe, błyskające światło. Skierowała się w tamtą stronę, a gdy była bliżej, zsiadła z konia i szła powoli z nadzieją na spotkanie kogoś o prostym sercu. Szła, a gorączka nie przestawała rosnąć. Światło zaczęło zlewać się z cieniem. W oddali zobaczyła roześmianą kobietę i nie wiedziała już, czy ta naprawdę tam stoi i wyciąga do niej ręce, czy to tylko mara. Kobieta była piękna, jak i ona miała długie, złote włosy, w które wplecione były rozchodzące się od czoła klejnoty. Suknię miała długą, zieloną, a zieleń ta była w kolorze bukowych liści późnym latem. Uśmiech radosny, a oczy przyjaźnie błyszczące. Nagle podbiegł do niej mężczyzna, wysoki i pięknej budowy. Mężczyzna ten miał opadające do ramion włosy w kolorze leśnego miodu. Również spojrzał i również uśmiechnął się ciepło. Skądś jakby znała ten uśmiech. Wydawało jej się, że może już kiedyś spotkała tych ludzi. Tacy piękni i pełni miłości. Zrobiła jeszcze kilka kroków naprzód i zawiał wiatr od zachodu, a owe postacie rozpłynęły się wraz z nim. Dziewczyna poczuła nagle przejmujący chłód i samotność. „Zaczekajcie!” – wyciągnęła dłoń ku marze. Nie udało jej się doczekać odpowiedzi, gdy upadła na ziemię i straciła świadomość.

Klaczka jej była mądrym zwierzęciem i bardzo przywiązanym. Poszturchała czoło dziewczyny kilkakrotnie nosem i wyczuwszy wysoką temperaturę, znacznie wyższą niż normalnie, zaczęła obchodzić dziewczynę niespokojnie w koło, jakby zastanawiając się co robić. Zarżała i podskoczyła kilka razy przednimi kopytami stając dęba, ale dziewczyna nie reagowała. Klaczka pobiegła więc do owego światełka i stukając w ogrodzenie domu, z którego okna światło dobiegało, wzywała pomocy. Gdy wyszedł gospodarz, popatrzył na niespokojnego konia. Ten odbiegł kilka kroków w kierunku dziewczyny i wrócił. Za trzecim razem, mężczyzna zdecydował się iść za koniem, a że był stary, szedł powoli. Gdy podszedł bliżej, zobaczył tę leżącą na ziemi jak nimfę jakąś, z rozpostartymi włosami o połyskujących w ostatnich promieniach słońca pasmach, bladej cerze i mokrym ubraniu.

Mężczyzna przerzucił dziewczynę przez grzbiet konia i zaprowadził do domu. Tam zdjął z niej mokre ubranie i szczelnie okrył długą koszulą i kocem. Położył okład na jej czole z wody i ziół, by skóra jej chłonęła pomocne soki roślin, skoro nie mogła się napić. Opiekował się tak i klaczką, i dziewczyną przez wiele dni. Jedenastego dnia dziewczyna otworzyła oczy i słabo spojrzała na mężczyznę.

Gdzie to? Gdzie jest ta i kim jest mężczyzna przy jej posłaniu? – wymamrotała słabo.

Prosty ze mnie człowiek, panienko. Klaczka twoja przyszła do mnie, jedenaście już dni temu będzie, i stukała w płot, aż żem poszedł i znalazł cię na ziemi mokrą i w gorączce. Jużem myślał, że nie obudzisz się z tego snu.

A ta pani piękna i pan, którzy śmiali się do dziewczyny, gdy ta szła tu, do świateł w oknie, gdzie oni? – spytała marszcząc czoło i próbując sobie ich przypomnieć.

Nikogo tu więcej nie było. W gorączce ludzie różnych widzą. Może i to ktoś z twoich zmarłych przyszedł cię pocieszyć. Tego nikt nie wie, ale tu żadnej innej niż my, żywej duszy dawno nie było. Ano świat mnie oszczędza i ja świata nie szukam – odparł starzec.

A ty kim jesteś, panie? – nie ustawała, próbując wszystko sobie poukładać.

Ja? Co za różnica teraz. Nie mów tyle dziecko, a odpoczywaj. Ja przygotuję ci coś do picia, bo tego ci teraz bardzo potrz… – nim skończył mówić, spojrzał na nią i spostrzegł, że znów zasnęła. Poszedł naszykować jej zioła z miodem, a jak tylko były gotowe, sam ją obudził i kazał wypić. Potem znów zasnęła.

Cykle snu i jawy przeplatały się przez kolejnych trzy dni. W przytomnych chwilach piła i jadła by się wzmocnić, a potem znów zasypiała. Dopiero czwartego dnia od przebudzenia była w stanie usiąść i nawet pospacerować po izbie nie odlatując w inny świat. Mężczyzna nie lubił mówić o sobie a ona nie naciskała, gdyż był dla niej bardzo dobry i nie było powodu dochodzić prawdy. Rozmawiali o rozkwitającej już wiośnie, o działaniu roślin i o przepisach kulinarnych. Przez te dni i on nie pytał, skąd jest i dokąd zmierza.

Drogi przyjacielu, dziewczyna dziękuje ci za gościnę, ale czas ruszać w drogę. Odpoczywała tu dość czasu i dość twojej uwagi zajęła. Nigdy nie odpłaci ci za okazaną dobroć, gdyż na drodze do Tharbadu mogła trafić na wielkie zło, a trafiła na wielkie dobro.

Nie idź jeszcze, boś słaba. Zaledwie od kilku dni wychodzisz na słońce, a i dzień po twym przyjściu sfora wilków się tu zaczęła kręcić. Może jak podróżowałaś wywąchały cię nosem. Hm, inne to wilki niż widywałem. Nie tak agresywne, ale to ciągle wilki.

Czy jeden, panie, miał łatę na boku? – spytała zaciekawiona.

Tak, taki duży. Skąd wiesz? – zdziwił się.

Od lat jej towarzyszy i nie wie, skąd jest ów wilk, a i ona sama nie wiadomo skąd – posmutniała.

Nie wiesz, kim jesteś? I zmierzasz do Tharbadu – zamyślił się. – A po co?

Dziewczyna nic nie mówiąc, wyjęła swój kamyk i podała mężczyźnie.

No niech mnie ta góra przykryje. To tłumaczy tego wilka – wykrzyknął.

Co mówicie, panie? – zdziwiła się dziewczyna.

Tu jest napis, nie rozumiesz go? – spytał.

Nie, panie.

– „Niech każde pokolenie sfory znad Sirannon ma jedną białą łatę, a ta niech chroni białą dziewczynę, aż dojrzeje jak owoc Ost-in-Edhil, niech tak się stanie” – zacytował.

Doprawdy? Co za słowa? I czemu taką jak ta miałyby chronić? – usiadła zadziwiona.

To nie jest robota elfów. Oni w kamieniu by nie pracowali. To robota ludzi i możliwe, że z Tharbadu. Teraz nikt się tam nie ostał.

Nikt? – powtórzyła zmartwiona.

Nie licząc starej wiedźmy. Mieszka tam i mąci ludziom w głowach dawnymi opowieściami. Nikt nie wie, ile w nich prawdy, a ile bajek. Może nawet ona zrobiła ten kamień bo lubuje się w magicznych lub niby magicznych przedmiotach.

Wilk jednak chodzi za mną – zauważyła.

Może to i przypadek, ja tam wiedźmie nie wierzę. Aż dziw, że jeszcze dycha, bo lata jej nie policzone.

A gdzie mieszka owa wiedźma, panie?

Niedaleko ruin, nieco na wschód. Nie ma po co do niej chodzić. Namąci ci w głowie.

Wszelkie ślady musi znaleźć i zbadać. Wiedzieć, skąd przyszła i kim byli ci, co ją życiem obdarzyli i porzucili w lesie jak zwierzę.

Czujesz nienawiść ku swym rodzicielom? Po to chcesz ich szukać, by się zemścić? – spytał, podnosząc na nią wzrok.

Och, nie! Żal i smutek jedynie, że nie pamięta dotyku dłoni matki, ni nauk ojcowskich nie poznała – zamyśliła się.

Ano żal, jeśli dziecko nie może się wtulić w pierś matki, ale co do nauk ojca, to i bez niego dobrze sobie poradziłaś. Dobra z ciebie kobieta i piękna jak marzenie. Nie warto szukać ran, by je rozdrapywać.

Rany głęboko i dawno w sercu. Czas znaleźć ukojenie. Jaka by prawda nie była, zamknie przeszłość dziewczyny i pozwoli iść naprzód.

A dokąd podążysz, jak już to wszystko znajdziesz?

Wrócę nad Anduinę, a jeśli elfowie odejdą, może do ludzi pójdę, choć ludzie w moich stronach wyjątkowo szybko dojrzewają i się starzeją. Może to zasługa stepowego życia za lasem?

– Ile więc sobie liczysz wiosen, moje dziecko? – zapytał zadziwiony.

Któż by liczył. Czasem myślę, że zbyt wiele – opuściła ramiona w rezygnacji.

Hm, może masz rację. Jeśli nie znajdziesz, czego szukasz, zwiędniesz jak trawa bez korzenia, a coś mi mówi, że jesteś z tych, co długim życiem się mogę cieszyć.

Wyruszy o świcie. Niech się stanie, co ma być. Niech i ta zazna spokoju – odparła zdecydowanym głosem.

Niech tak będzie, choć przykro mi będzie samemu zostawać po tych dniach, w których zawitała do mnie wiosna. Czas wyprowadzić klaczkę na pastwisko i mojego starego ogiera. Pójdź ze mną to i ty się nieco wzmocnisz przed podróżą – wstał i podając jej ramię zaprowadził ją do drzwi. Gdy doznała muśnięcia świeżego powietrza na twarzy, od razu poczuła i przypływ sił, i chęci do życia.

Dzień upłynął spokojnie. Po południu dziewczyna spakowała rzeczy i naszykowała się do drogi. Czas było ruszać.

Żegnaj, panie. Wielką łaską było spotkać cię tutaj i wielce wdzięczne serce dziewczyny za okazaną opiekę i pomoc. Ta nie ma jak odwdzięczyć ci się za okazane serce i jedyne, co może powiedzieć, to podziękowania – dziewczyna skłoniła się nisko w pełni szacunku i wdzięczności.

Nic mi winna nie jesteś, dziecko. Moje stare oczy napatrzyły się na młodość i życie, jakie w sobie nosisz, a i odkąd się przebudziłaś, miłym mi byłaś towarzystwem. Jedź spokojnie i chroń się od złej pogody. Tu masz zioła, gdyby jeszcze cię gorączka trawić zaczynała. Nie zwlekaj, aż znów zemdlejesz, a przystań i weź od razu na gorącą wodę.

Dziewczyna raz jeszcze grzecznie skinęła, dosiadła klaczki i ruszyła przed siebie. Droga dłużyła jej się nieco. Przystawała częściej i nocowała w zaroślach dwukrotnie nim ujrzała brzeg Glanduiny. Każdej nocy w niedalekiej, ale i niezbyt bliskiej odległości słyszała wycie sfory. Była gdzieś tam, a wielki wilk z białą łatą czuwał nad jej bezpieczeństwem.

Rano trzeciego dnia od wyruszenia z domu starca znalazła się nad brzegiem rzeki. Skierowała się w prawo i spokojnie podążała wzdłuż wody. Nagle usłyszała szelest wśród zarośli. W pierwszej chwili pomyślała, że to zwierze, za drugim razem, że ów wilk, ale nagle, tuż obok jej ramienia, przeleciała strzała. Dziewczyna zsiadła z konia i pognała klaczkę w zarośla przy rzece, a sama ukryła się. Zobaczyła wybiegających z zarośli dwóch mężczyzn wołających za nią.

Chodź no tu, panienko, jak mili panowie wołają – mężczyzna przyśpieszył kroku a drugi zaszedł od lewej.

Masz może co do jedzenia? A i jak co więcej to nie wzgardzimy.

Dziewczyna położyła rękę na rękojeści i czekała na bieg wypadków.

A, tu jesteś – zauważył ją jeden.

Nie było na co czekać. Dziewczyna wyciągnęła miecz z pochwy i przybrała postawę dającą jej największe możliwości manewru.

Mężczyźni byli nieco zaskoczeni. Nie spodziewali się, że samotna dziewczyna będzie próbowała się bronić. Starszy z nich wyciągnął miecz i podbiegł do niej. Młodszy na razie patrzył i dopingował starszego. Ten zamierzył się i zaatakował. Dziewczyna z łatwością odparła ten atak. Kolejny był już trudniejszy. Walka trwała dobrą chwilę, gdy nagle z zarośli wyskoczył wilk i dopadł młodszego. Ten przestraszył się i zaczął miotać po ziemi jak zwierzę. Wilk rozerwał mu gardło jak sarnie i dopadł starszego. I ten się nie ostał żyw, gdy wilk skończył. Dziewczyna stała jak sparaliżowana. Wilk popatrzył na nią spode łba i chrząknął głośno. Odwrócił się i oddalił w te same zarośla, z których przyszedł. Dziewczyna stała tak jeszcze chwilę, aż nogi ugięły się pod nią, i opadła na ziemię. Nie wiedziała, co właściwie się stało. Schowała drżącymi rękoma broń do pochwy i podniosła się, idąc powoli w kierunku, dokąd pobiegła klaczka. Zaklaskała na nią jak zwykle, gdy chciała ją przywołać, ale nie była w stanie wydać dźwięku ze swych ust. Dosiadła grzbietu konia i powoli odzyskując zmysły oddaliła się z tego miejsca najbardziej jak mogła.

Podążała wzdłuż rzeki, a że strach ją momentami ogarniał, postanowiła zaśpiewać dla otuchy swojej i swej biednej, wystraszonej klaczki. Gdy tylko poczuła się dość daleko od owego miejsca, otworzyła usta i już powoli posuwając się naprzód zaśpiewała pieśń. Była to opowieść o potężnym dębie, który ją przeszłymi dniami chronił przed nadmiernym słońcem i wiatrem, o grocie, w której miała pięknie ozdobiony dom, o wyplataniu koszy z trawy nad rzeką i słodkich owocach leśnych bogactw. Śpiewała tak wiele staj, a gdy zmęczyła się i słońce zaczęło z wolna opadać ku zachodowi, zatrzymała się i znalazłszy wygodne miejsce w korzeniach wielkiego drzewa, uczyniła tam sobie posłanie. W niewielkiej odległości od korzeni roznieciła ognisko i przyniosła wody z rzeki, by przygotować herbatę z suszonych owoców dzikiej róży.

Nagle usłyszała przeprawiające się przez rzekę zwierze i, wspominając niedawne wypadki, bardzo się zlękła. Schowała się za drzewem i serce podeszło jej niemal do gardła, gdy usłyszała głos.

Mae govannen, iell!1


1 – Witaj, dziewczyno! (sindarin)

cdn.