Odcinek 29 – Długie korytarze

Odcinek 29 – Długie korytarze


Jak to zrobiłaś? – spytał nadal sparaliżowany.

Sama nie wierzę, że to prawda. Jeśli jaskinia otwiera się na hasło z „Władcy Pierścieni”, to co spotkamy dalej, Krasnoludów? – dodała podekscytowana.

Chodź, zaraz się może zamknąć – Leo jakby się przebudził ze snu. Wziął plecak i latarkę do ręki.

Załóż kask. Masz, wiedziałam, że wejdziemy do jaskini, choć miałam na myśli jakąś normalną.

No ta nie jest normalna, jak powiem chłopakom…

Nikomu nie powiesz. To nie atrakcja turystyczna. Nie wiemy, dokąd prowadzi to wejście. Może chroni coś właśnie przed nami.

Albo nas przed czymś, ale chodźmy.

Weszli do środka i stanęli, czekając aż wzrok się przyzwyczai do niedoboru światła. Chodnik nie był szeroki, ale na szczęście dość wysoki, by iść w pozycji wyprostowanej. Szli tak lekko w górę jakieś pół godziny, gdy chodnik rozgałęził się. Jego część prowadziła dalej nieco do góry i w prawo. Tam spodziewaliby się właśnie wejścia, o które im chodziło. Drugi chodnik prowadził nieco w dół i w lewo, za to był szerszy. Postanowili iść właśnie nim. Po godzinie byli już dość zmęczeni. Usiedliby na chwilę, gdyby nie silniejszy powiew powietrza na ich twarzy. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo i postanowili pójść jeszcze dalej. Było tam kolejne rozgałęzienie. Tu musieli odpocząć.

Co teraz? – spytał Leo.

Zgubimy się, jak będziemy wchodzić w coraz to kolejne korytarze.

Masz rację. Co robimy? – o dziwo się nie kłócił.

Oznaczmy nasz korytarz – zaproponowała.
– Jak? – spytał, zastanawiając się, co tu zrobić.

Mówiłam, że wiedziałam, że pójdziemy do jaskini. Mam farbę w sprayu, fluorescencyjną.

Załamka – chłopak oparł głowę o ścianę korytarza.

Nie spodziewaj się, że jestem gotowa na każdą ewentualność, ale ta jest podstawowa.

Ta, jasne – odparł wyciągając butelkę z wodą. – To który korytarz proponujesz?

Kathrin podeszła do jednego i zrobiła kilka kroków do wnętrza. Wzięła kilka głębokich oddechów i poszła do drugiego, gdzie zrobiła to samo.

Idziemy w lewo – zakomunikowała.

Tak? A jak do tego doszłaś? Znów śladami drużyny? – parsknął śmiechem.

Właśnie. Z prawego tunelu jedzie stęchlizną. Powietrze tam stoi. Gandalf powiedział, żeby w takich sytuacjach kierować się nosem i iść tam, gdzie mniej śmierdzi.

Oszalałaś! Jestem pod ziemią, w obcym kraju, z wariatką! – chłopak wykrzyknął z przerażeniem.

Cicho. Nie wiesz, na co się możemy natknąć i kogo ściągnąć – uciszyła go Kathrin.

Belroooogaaaa! – uniósł ręce jakby przedstawiając straszną postać.

Nie wiem, co tu jest grane Leo, ale hasło z „Władcy Pierścieni” zadziałało. Ktoś urządził to tak, że jest jak we „Władcy”, choć jaskinia jest znacznie starsza niż książka. Nie wiem, o co chodzi – odpowiedziała skonsternowana.
– Chodźmy w lewo, ale jak za dwie godziny nigdzie nie dojdziemy, to wracamy. Poddaję się.

Kathrin wyciągnęła puszkę ze sprayem i namalowała strzałki wskazujące drogę, z której przyszli. Spakowała farbę i wyjęła herbatniki.

Chcesz? – spytała podając paczkę Leo.

Jasne, przecież od przynajmniej trzech godzin nic nie jedliśmy.

Mam nadzieję, że dojdziemy do jakiejś komory, gdzie będzie można przygotować coś na ciepło.

Nie liczyłbym na to. Nie ma wentylacji i zabiłby nas tlenek węgla.

Przecież jest wentylacja. Cały czas czujemy powiew. Raczej nie chciałabym, by ktoś mógł odkryć naszą obecność czując dym.

Naprawdę wierzysz, że ktoś tu może być?

Może jakieś zwierzę? – dodała.

Może masz rację. To brzmi rozsądniej – przyznał.

Wstali i skierowali się w lewy korytarz. Leo trzymał latarkę, a Kathrin szła za nim, nie marnując baterii kolejnego źródła światła. Nie wiedząc, dokąd mogą dotrzeć, postanowiła oszczędzać. Szli tak przez jakieś trzy kwadranse, gdy nagle korytarz zaczął się rozszerzać i po chwili weszli do dużej komory, mającej sklepienie na wysokości przynajmniej pięciu metrów. Pomieszczenie było długie na minimum dziesięć metrów i szerokie na około ośmiu, z czego trzy stanowiło lustro wody. Od wody bił blask, choć wydawało się to niemożliwe. Pod wodą było jakieś źródło światła. Nie mieli niestety niezbędnego sprzętu by to zbadać. Rozejrzeli się wokół i dostrzegli, że z komory wychodzą dwa korytarze. Jeden, dodatkowy, był na uboczu. By do niego wejść, trzeba było się nieco wspiąć po niewygodnej skale. Wejście to było tak niepozorne, że z początku nie planowali zawracać sobie nim głowy. Było sporo węższe i niższe od pozostałych i do tego zastawiał je jakby występ skalny w połowie i tak małej szerokości. Gdy podeszli bliżej, spostrzegli przy wejściu sporą rysę. Popatrzyli po sobie i bez większego zastanawiania wcisnęli się w korytarz. Już po kilku metrach tunel powiększał się na tyle, że mogli stanąć. Po kolejnych kilku, zamienił się w korytarz o dość gładkich ścianach, w których wyraźnie było widać pracę rąk, a nie tylko natury. Zdziwieni, szli tak przez kolejną godzinę. Droga nie była uciążliwa, gdyż korytarz był dość szeroki, by iść obok siebie, i wysoki na ponad dwa metry. Powietrze jednak nie poruszało się tu, jak wcześniej. Zaczynali być już bardzo zmęczeni, gdy zobaczyli przed sobą łunę światła i usłyszeli wyraźnie szum wody.

Podeszli do końca korytarza, gdzie po ich prawej stronie znajdowało się szerokie przejście do dużej komory, która była raczej salą niż jaskinią. Ta była wyższa od poprzedniej i sięgała tak wysoko, że sklepienia nie było widać w tym marnym świetle. Długa na jakieś dwadzieścia pięć i szeroka na dobre piętnaście metrów. Co dziesięć metrów wznosiły się kolumny – po trzy, tak, że dzieliły pomieszczenie na wiele mniejszych sekcji. Na końcu sali były ogromne, wręcz przerażająco wielkie, masywne drzwi. Oboje stali przed nimi w milczeniu, oglądając przepiękne ornamenty. Drzwi jednak nie miały klamki czy czegokolwiek, co pozwalałoby je otworzyć. Od razu zrozumieli, że znów chodzi o hasło. To samo hasło jednak nie pomogło.

Masz jakiś pomysł? – spytał Leo zmęczonym głosem.

Tak, przenocujmy tu. Najlepiej dalej od drzwi, tak, by w razie czego, no wiesz – spojrzała na niego – być ukrytym.

Ja mam dość. Masz rację, dziś nic nie wymyślimy. Jestem zbyt zmęczony. Widziałaś te napisy na drzwiach? To nie Tengwar. Tu nie pójdzie ci łatwo.
– Racja, ja padam. Dziś nie zrozumiałabym nawet, gdyby to było po polsku. Rozłóżmy się tam, w rogu po przeciwnej stronie. Tak, by być nieco osłoniętym.

Zjemy coś? – zapytał chłopak.

Ja nie mam siły. Zjem jutro – odpowiedziała mrużąc oczy.

Masz rację – odparł. – Kathrin, mam nabój gazowy i mini palnik. Może zrobimy herbatę?

Teraz mi mówisz, że mogłam dziś już pić herbatę? – przebudziła się nieco.

Nie pytałaś czy ja coś zabrałem, a nie wiedziałem, co nas czeka. Mogliśmy przecież tam na śniegu nie mieć drewna.

Nie mielibyśmy oczywiście. Miałam plan spalić twoje rzeczy – wyszeptała ze złością przez zaciśnięte zęby. – Rób tę herbatę.

I takie są kobiety. Nie podziękują uprzejmie, nie przygarną do serca, tylko ten jad sączą przez zęby – mamrotał, przygotowując napój.

Po gorącej herbacie, sen był kwestią sekund. Oboje wtulili się w swoje śpiwory i zasnęli kamiennym snem.

Kath, która godzina? – spytał ziewając Leo.

Kathrin wyciągnęła komórkę z plecaka wymacawszy ją najpierw w ciemności.

Dziewiąta. Nie pytaj czy rano. Tak zakładam – odparła odkładając telefon.

Ciekawe ile spaliśmy. Tak tu cicho i ciemno, że można stracić rachubę – powiedział podnosząc się, po czym dodał: – Muszę na stronę. Poczekaj tutaj. Hm, głupio mi tak na podłogę.

twarz29

Racja. Idź, ja też muszę siusiu. Pójdę w drugą stronę.
Kathrin podniosła się i skierowała kilka metrów dalej od ich legowiska, za kolejny rząd kolumn.

Po wszelkich porannych czynnościach, pumperniklu z żółtym serem i – ponad wszystko – kawie, Kathrin przystąpiła do oględzin drzwi, gdy Leo wszystko pakował.

Leo, tu są napisy w dwóch językach, a ja nie znam żadnego – zawołała.

Jakich? – spytał nie podchodząc.

Stawiam na khuzdulski pisany w oryginale i sarati.

A to co? Ty dalej we „Władcy”? – Leo podszedł i przyjrzał się znakom.

To od początku jest nienormalne. Szukamy hiszpańskiej książki, ale tego miejsca nie wykuli Hiszpanie wieki temu. Te napisy to też nie hiszpański i nie aztecki.

Masz rację. To wygląda dość dziwnie. Co teraz? – spytał.

Przepiszę te znaki, jedne i drugie. Bez hasła nie wejdziemy. Hasła nie wymyślę, szczególnie w khuzdulskim, w którym istnieje bardzo mało znanych słów. Sądzę, że hasło jest w książce, a książka w Wielkiej Brytanii. Wrócimy tu z książką lub z samym hasłem.

A zleceniodawca? – spytał Leo.

Dostanie książkę. Za to nam płaci. Za to miejsce nam nie płaci. Chciał książkę i klucz – dostanie. Nie narażę tego miejsca na turystykę i ty też nie! – spojrzała na niego wzrokiem, który zamroziłby ocean.

Jasne. Dla mnie może być – spojrzał na nią badawczo – na razie.
– Nie wiadomo co jest za tymi drzwiami. Musimy się upewnić, że cokolwiek tam jest, będzie bezpieczne przed głupcami albo odwrotnie, że ludzie będą bezpieczni przed zagrożeniem, które się tam może kryć – spojrzała na niego wyczekująco. – Obiecaj, że nikt się nie dowie o tym miejscu, zanim go nie zbadamy.

Przecież gość znajdzie informację w książce i może z nią zrobić co chce – odpowiedział poirytowany.

Nic nie zrobi. Nie zależy mu na tym świecie. Wierzy w koniec świata i swój ratunek. Niemało nam za to płaci, by sam mógł się uratować. Reszta go nie obchodzi.

Wierzysz w koniec świata? – spytał rozbawiony.

Wierzę – odpowiedziała – ale nie wierzę w daty.

Na szczęście. Uznałbym cię za wariatkę. Pisz i zbieramy się. Jest tu dość upiornie, a my mamy przed sobą wiele godzin marszu.

Dziewczyna nie odpowiedziała już nic, tylko zabrała się do odwzorowywania napisów. Była bardzo dokładna. Zależało jej, by nie pominąć żadnej kropki i nie spisać czegoś, co jest jedynie odpryskiem. Przez tę dokładność spędziła przy pracy niemal godzinę.

Jestem gotowa. Możemy iść – powiedziała w końcu.

No nareszcie. Myślałem, że zapuszczę tu korzenie – odrzekł Leo.

Facet jak każdy inny. Narzeka i narzeka – skomentowała jakby do samej siebie Kathrin i ruszyła do wyjścia, zarzucając swój plecak.

Droga powrotna była dość uciążliwa ze względu na nieustanne podchodzenie do góry. Przez sam ten fakt szli o wiele więcej godzin niż w przeciwną stronę. Raz zdarzyło się nawet, że omal nie skręcili w innym kierunku. Gdy doszli w końcu
do rozwidlenia, gdzie Kathrin namalowała pierwszy znak, przystanęli by odpocząć.

Leo, może pójdziemy w górę, tam gdzie planowałam wejść. Może rozpoznamy sytuację drugiego wejścia – zaproponowała.

Mam się bez sensu wspinać, by potem mieć dalszą drogę w dół? – upewnił się, że dobrze ją rozumie.

Właśnie – odpowiedziała bez dodatkowych wyjaśnień.

Właśnie? To wszystko? – spytał niedowierzając.

Nie mam siły wyłuszczać ci swoich powodów. Pomyślałam, że chciałabym zobaczyć jak wygląda wejście, o którym czytałam.

I tylko tyle?

No nie. Chciałam zobaczyć czy jest łatwiejsze niż to niżej i czy można tu wejść od tak sobie – przyznała.

Czemu tak chronisz to miejsce? Dziesiątki, a może setki lat radziło sobie bez ciebie – spytał wpatrując się w jej oczy.

Nie wiem. Czuję, że to szczególne miejsce, i że jeszcze odegra w moim życiu ważną rolę. Taką, której nie można zaprzepaścić – opadła na plecak i zwiesiła ręce na kolanach. – Tu już nie chodzi o zlecenie. Tu coś mnie czeka. Tak czuję. Głupie, co?

Kretyńskie, jeśli ci to pomoże. Zobaczyłaś zabytkowe drzwi, za którymi może nic nie być i od razu czujesz zew przeznaczenia? Jakie to dziewczęce. Indiana Jones i tajemnica zamkniętych drzwi – parsknął.

Może. Wiem jednak, że wrócę tu i zbadam każdy korytarz, każdą ścieżkę, zanim podejdę do drzwi.
– No to masz plany na kolejny wypad w góry. Ja poczekam, aż napiszesz książkę o tym, co tu spotkałaś i przeczytam ją w jedwabnej pościeli u boku współczesnej nimfy z mojego basenu. Mam dość i Andów, i jaskiń. Chcę tylko zaliczyć kasę za to zlecenie i tyle – powiedział sięgając do plecaka po cokolwiek, co się jeszcze dawało zjeść.

Byleś dochował tajemnicy. Byleś nie paplał na prawo i lewo, cośmy tu zobaczyli, bo ludzie gotowi pomyśleć, że to jakaś komnata skarbów i przyjechać tu z ładunkami wybuchowymi i wszystko zniszczyć.

A wiesz, może to właśnie to. Może tam są skarby?

Największym skarbem człowieka jest to, co zgromadził w samym sobie. Tylko to się liczy. Nie wierzę, że tam jest skarb ze złota i kamieni. To przejście. Tylko to ma sens. Nasz klient całe życie temu poświęcił. Płaci za to sporo pieniędzy. Jest gotów poświęcić wszystko co ma. Nie spodziewa się tam złota. Nie wierzę. Zbadam to tak szybko, ja będzie to możliwe.

Nie będę się nad tym teraz zastanawiał. Proszę cię tylko, byś nie wyjeżdżała bez rozmowy ze mną. Chcę mieć wybór. Za to nie będę nikomu nic mówił. Stoi?

Stoi! – odpowiedziała Kathrin i wzięła się za jedzenie wyjętych przez Leo rzeczy.

Odpoczynek zajął im niemal godzinę. Zebrali rzeczy i spakowali do plecaków.

Kathrin, jeśli jeszcze chcesz iść drugim tunelem, to się zgadzam. Odpocząłem i sam chcę poznać to drugie wejście – zaproponował Leo.

Dzięki. W takim razie nie tędy – wskazała na strzałkę – ale tędy, w górę.

W górę – zawtórował jej i poszedł za nią.

cdn.