Odcinek 7, o tym jak dziewczyna zadomowiła się u Meneki, a dla Kathrin zaczął się rok

Odcinek 7, o tym jak dziewczyna zadomowiła się u Meneki, a dla Kathrin zaczął się rok


Następnego dnia świat zaczął wracać do normy. Firmy tworzyły nowe plany, menedżerowie prezentowali planowane sukcesy a korporacje liczyły budżety. Na szczęście działalność firmy, w której pracowała Kathrin, nie była do nich podobna. Spokój. Oczywiście wiadomo było, na co w tym roku można liczyć, a na co nie, a wynikało to z efektów roku poprzedniego, który na szczęście nie był taki zły. Nie było jednak tej nerwówki, podliczania, planowania, wykreślania, jak w innych miejscach. Rok 2009 był całkiem dobrym rokiem dla książek. Kryzys sprawił, że pewne drogie formy rozrywki zostały odwieszone na potem, a ludzie wrócili do „tanich” rozwiązań na spędzanie czasu. Bogatsi dostrzegli też w książkach wartość inwestycyjną, co rozwinęło rynek. Jak na księgarstwo to był tłusty rok.
Dzień minął dość spokojnie. Wszystko w standardzie. Kilka telefonów, Internet, planowanie podróży po nowe wolumeny. Kathrin jako agent specjalny firmy, jeździła po wyjątkowe książki z uwagi na siłę przekonywania oraz pociągającą osobowość. Szefunio nigdy oczywiście nie dał jej nawet do zrozumienia, że tak ją ceni. Gdyby wiedziała, ile jest warta, jeszcze by chciała podwyżki. Oooo, nie! Tylko jedna osoba w firmie inkasuje zyski i nie jest nią żaden z pracowników.
Wieczorem, a w styczniu wieczór zapada około szesnastej, Kathrin postanowiła zakończyć dzień pracy. Miasto nadal świeciło poświątecznie. Ludzie biegali z przystanku na przystanek, byle prędzej się dostać do domu. Kathrin udała się na
drobne zakupy spożywcze do sklepiku pani Zosi, a pani Zosia w podziękowaniu za przywiązanie zawsze podała coś pierwszej świeżości.
– Ludzie teraz tak gnają, proszę pani. Teraz wielkie markety zarabiają. Wszystko hurtowo. My całkiem popadamy już niedługo – narzekała właścicielka.
– Pani sklep nie padnie, pani Zosiu, ja zawsze będę u pani kupować. Wielkie sklepy nie zapewnią mi świeżego sera, a i z supermarketem miło nie pogawędzę, jak z panią – uśmiechnęła się Kathrin.
– Och, pani jest dobrą klientką. Żeby inni cenili sąsiedzką inicjatywę. Tylko te wielkie hale. Niech je piekło pochłonie – mruknęła ekspedientka.
– Och, strach pani wejść w drogę, pani Zosiu.
– Przepraszam. Po prostu koleżanka na Bemowie musiała zamknąć sklepik, bo ludzie tak jak te owce do tych marketów, i tak szkoda kobiety. I dzieci, i mąż bez pracy bo pracowali razem…
– To rzeczywiście przykre. Mam nadzieję, że uda jej się znaleźć lepszą lokalizację, z dala od hipermarketów. Dziękuję za zakupy i do widzenia.
– Dziękuję, kochanieńka. Do zobaczenia! Przyjdź jutro. Będę miała świeży Garwoliński. Zrobisz ze śmietanką i wanilią, i jak deser możesz jeść.
– Znam wszystkie dania z sera, pani Zosiu. Wpadnę na pewno.
Kathrin wyszła na ulicę. Wokoło w świetle palących się latarń biegali ludzie. Zatłoczone przystanki tamowały ruch na chwilę, by potem ponownie fala ruszała wprost przed siebie.
Kathrin poddała się fali ludzi i tym sposobem już po kilkunastu minutach znalazła się przed domem. „Och, co za ulga! Godziny szczytu to istny koszmar. Niby mnóstwo ludzi, ale z pewnością gdybyś rozebrał się do naga, nikt by nawet nie
zauważył. Szybko, szybciej, biegiem… Z drugiej strony ludzie pracujący cały dzień, musząc zdążyć do szkoły czy przedszkola zanim zostaną zamknięte, zanim pani świetliczanka zrobi awanturę, bo nie płacą jej aż tyle, żeby siedziała po godzinach, a pan spóźnił się cały kwadrans. Przecież też ma rodzinę.”
Co za wariactwo.
W domu cicho, spokojnie. Nawet kota nie ma. „Dziś opiekany camembert w płatkach migdałów. Takie małe szaleństwo, ale mam świeżą konfiturę z żurawiny. Będzie cudnie”, pomyślała.
Rzeczywiście, nie minęło pół godziny, a Kathrin siedziała przy stole racząc się cudownie chrupiącym smażonym serem. Zapach prażonych migdałów rozchodził się po mieszkaniu, a lampka białego wytrawnego wina dopełniała chwili. Ach, aż nie chce się wstawać i nic robić. „W Śródziemiu na pewno posadziłabym krzewy z żurawiną”, pomyślała i rozpięła guzik spódnicy. To był znak. Znak, że należy zdjąć mundurek i wskoczyć w dres. To takie wygodne, kiedy nie ma guzików, suwaków i innych ugniataczy, a tkanina rozciąga się wedle potrzeby to wzdłuż, to wszerz.
„Czas dowiedzieć się, co u Warlorda”. Otworzyła komputer.

obraz4-900x500
– Kathrin! Jak leci? – rozległ się radosny głos chłopaka.
– Widzę, że mamy humorek. Co się stało? – przeniosła komputer na komodę obok łóżka i usadowiła się wygodnie.
– Nic, Kath. Po prostu chmury się rozeszły, był słoneczny dzień. Wszystkim humor wrócił. Wreszcie ludzie zaczęli mówić do siebie pozytywnie nastawieni. Wiesz, tu w umieralni ludzie na ogół są tacy jacyś markotni.
– Hm, wyobrażam sobie, że po opuszczeniu tego łez padołu trafiamy do miejsca pełnego ciepłego światła. Jasnego jak słońce, ale nie raniącego oczu. Czy myślisz,
że to znak, Warlordzie? Że Bóg, który jest światłem, chce nam powiedzieć, że gdybyśmy trwali przy Nim, zawsze troski uciekałyby, robiłyby się takie małe, jak wówczas gdy wychodzi słońce po pochmurnych dniach i wszystko przestaje mieć znaczenie?
– Nie myślałem o tym w taki sposób. Może tak. Rzeczywiście tak jest, że słońce po ciemnych dniach podnosi niesamowicie.
– Myślę, że właśnie dlatego we wszystkich mrocznych scenach jest ciemno i pada deszcz. W Śródziemiu w tę noc, kiedy zginął Haldir też lało. Dobre chwile zawsze kojarzy się ze światłem. Światło obnaża wszystko i tylko ludzie, którzy nie mają nic do ukrycia, pławią się w nim jak w wodzie.
– No, naszą dziewczynę też zostawiłaś wczoraj w mroku nocy w nowym miejscu.
– Ach! – Kathrin teatralnie uniosła głowę. – Biedna mała. Rzeczywiście należałoby do niej wrócić i zobaczyć, co było dalej. Tam przecież wiosna nastała.
– No dawaj! – Warlord poprawił się na łóżku na ile mógł i zatopił we wspomnieniu poprzedniej nocy.
–  Dziewczyna zasnęła dość szybko, gdy tylko się nieco zagrzało w izbie od kominka. – zaczęła Kathrin –  W sumie trudno zasnąć dygocząc jak osika. Rano zbudziły ją promienie porannego słońca, wdzierające się przez małe okienko naprzeciw łóżka. Słońce świeciło naprawdę ostro, mimo że było jeszcze wcześnie. Dziewczyna przeciągnęła się szybko i wyszła z łóżka. „Brrr!”, pomyślała patrząc na wygasłe palenisko. Należało nieco więcej tam położyć. Szybko narzuciła koc i pobiegła po wodę. Na zewnątrz była studnia, a przed wyjściem w holu stał spory dzban. Dziewczyna napełniła go i przyniosła do izby. Szybko napaliła w palenisku, wlała nieco wody do naczynia, jakie wiesza się nad ogniskiem by coś zagotować. Kiedy woda była dość ciepła, wreszcie mogła się umyć. Przez ostatnie dni to był luksus, jako że w podróży nie było dobrej okazji. Wkrótce zwarta i gotowa weszła na górę. Meneka już nie spał. Zobaczył ją w drzwiach kuchni i od razu wezwał do środka.
– Więc znalazłaś kuchnię. Dziś sam napaliłem w piecu. Na dole widziałaś spiżarnię. Liczę, że potrafisz coś ugotować. Kiedy słońce wzejdzie wysoko, przyjdę na obiad. Jeśli ci czego trzeba, powiesz mi wówczas. Teraz zjedz coś i napij się herbaty z róży. Jest bardzo smaczna. Niecodziennie nią częstuję, ale że dziś jest twój pierwszy dzień w moim domu, chciałbym cię ugościć.
– Dziewczyna nie chce być niegrzeczna, panie, ale pragnie wiedzieć, kiedy rozpoczniemy trening – spuściła wzrok.
– Śpieszno ci do walki. No proszę. Słyszałem, żeś dobrą uczennicą. Zaczniemy jutro po południu. Dziś się rozejrzyj, zobacz co jest w domu, czego brak. Przygotuj dobre jadło. Jutro zaczniemy.
– To wspaniale. Natychmiast ta się bierze do pracy – dziewczyna skierowała się ku kuchni i przygotowała sobie i Menece śniadanie.
Gorąca herbata z róży rozgrzała jej ciało, a słońce nagrzało wnętrze pomieszczenia. Dzień zapowiadał się pięknie. W świetle słońca cały dom wyglądał inaczej. Drewniana orzechowa ława, podobne legary pod sufitem. Całe pomieszczenie obłożone glinianym, brązowawym tynkiem wydawało się przyjazne i ciepłe. Na ścianie wisiały duże garnki i narzędzia kuchenne, które były zbyt duże i nieporęczne by je chować na półkach obok pieca. Z sufitu nad dużym blatem do przygotowywania potraw wisiały zioła. Widać było, że Meneka sam nie stronił od kuchni, choć też widocznie sam gotował dość dawno, bo w wielu miejscach zebrał się kurz. Takie to były czasy, że mężczyźni często wybywali w rożnego rodzaju krótsze i dłuższe misje i zaniedbywali przez to życie rodzinne. Meneka nie miał problemu rodziny, o ile można rodzinę nazwać problemem, gdyż był sam. Nie ożenił się młodo, a potem jakoś tak wyszło.
Zajmowała się jego sprawami siostra Janeki, ale teraz, kiedy przeniosła się do brata, został sam.
Kiedy mężczyzna wyszedł z domu, dziewczyna rozejrzała się dokładnie wokół. Przeszła po kuchni, wyszła na korytarz, do którego teraz wpadało nieco światła ze świetlika nad drzwiami. Otworzyła drzwi pierwszego pomieszczenia. Niewielka izba. Stół, na nim narzędzia, jak się domyśliła, do konserwacji skóry, która stanowiła sporą część ekwipunku mężczyzny. Na stojącym w rogu wieszaku przewieszona była szata strażnicza. Z pewnością miał ich kilka na zmianę. Przecież musiały być prane. Podeszła do niej i pogładziła tkaninę. Była płócienna. „Surowa tkanina dla surowego mężczyzny żyjącego w surowym świecie”, pomyślała i zamyśliła się o lekkich i zwiewnych szatach elfów latem. Zaraz jej myśli przeniosły się na błyszczące w słońcu włosy, unoszące się w powiewie wiatru jak nici jedwabiu, jak utkane przez małe pająki niteczki z jasnego złota. Tak, jak szybko przywołała ów obraz piękna i lekkości, tak szybko wspomniała przesiąkającą plamę krwi na zmoczonym deszczem ubraniu i gasnące światło oczu.
„Och, czy zdołam uniknąć tego horroru? Czy zdążę, czy będę dość blisko, czy zgadnę dzień i będę gotowa?” – setki pytań przebiegały jej przez głowę. Potrząsnęła nią mocno, jakby chciała strząsnąć nieprzyjemne obrazy i wyszła z pomieszczenia. W następnym pomieszczeniu było coś na kształt pokoju gościnnego. Pod ścianą stały ławy, a na nich wypchane słomą sienniki w kolorze surowego płótna. Dookoła były obszyte jakby tkaną taśmą z wizerunkami liści. Przed ławkami długa ława. Na ścianie niewielki kilim z wyhaftowanym koniem, symbolem królestwa. Tuż obok drzwi stały półki, a na nich kilka podręcznych naczyń. Dalej sypialnia. Nieduże pomieszczenie z oknem na podwórze. Przy ścianie obok łóżka nieduża szafka. Półki w większości puste. Zaledwie kilka bibelotów.
W rogu duża, solidna, ale prosta szafa z orzechowego drewna, jak reszta mebli w pomieszczeniu.
Tyle było tych pomieszczeń, które udało się jej zobaczyć. Po tej krótkiej wycieczce wróciła do kuchni i do spiżarni, by rozejrzeć się nieco w zasobach i przygotować do gotowania. Dziewczyny nie trzeba było zaganiać do pracy. Sama rozpoznawała co jest do zrobienia, co można poprawić, uporządkować. Starała się przy tym nie robić rewolucji i nie wprowadzać zmian. Ludzie jakoś nie lubią po czyjejś wizycie gubić się we własnym domu, a dziewczyna to rozumiała. Jej mieszkanie było dotąd dość surowe, bo przecież mieszkała w jaskini, ale nikt nie wie, jak miło urządziła sobie swe gniazdko i jak przyjemnie było w upalne dni chronić się tam przed żarem. Na pewno nie chciałaby, aby ktoś się tam rządził i poprzestawiał te rzeczy, które akurat tam miała.
Meneka wrócił po południu. Widać było zadowolenie w błysku oka, kiedy wszedł do kuchni i ledwie się przywitał. Wyznawał zasadę nie chwalenia dnia przed zachodem słońca. Obmywszy ręce, usiadł wygodnie i pozwolił podać sobie jedzenie. Zjadł z zadowoleniem. Spojrzał na dziewczynę i w pełni usatysfakcjonowany w końcu się odezwał.
– Smaczne jadło uwarzyłaś, dziewczyno. Widzę, że i porządki zrobiłaś. Teraz zajmij się swoimi sprawami. W mojej izbie, a przecież oczywiście wszystkie są moje, ale przy moim łożu w skrzyni jest sporo odzienia do prania. Mam nadzieję, że jutro będziesz mogła się tym zająć.
– Z radością, panie, a jutro rozpoczniesz trenować dziewczynę?
– Ha, ha, ha! Trenować, powiadasz? Wyrywna jesteś do wojaczki. Nie zawiodę cię. Obiecałem, dotrzymam. Nic mi nie wiadomo, bym nie mógł dotrzymać obietnicy. Jak mnie jednak poślą, to pójdę i będziesz musiała czekać ile trzeba. Na
to wpływu mieć nie będę. A teraz powiedz mi, czy ci co nie trzeba. Rozumiem, że rozejrzałaś się po spiżarni?
– Nie, wszystko jest, panie. O wszystko zadbałeś. Zupełnie starczy na kilka dni. Teraz jadło się nie psuje. Jeszcze nie ma lata.
– Tu i latem w mojej spiżarni całkiem dobrze się przechowuje. To dlatego, że zimna jest i za nią już groty. No dobrze – Meneka podniósł się – pójdę odpocząć chwilę. Zaraz muszę wracać. Będę późno. Nie czekaj. Zostaw mi coś na kuchni.
– Tak uczyni, jak powiesz, panie – dziewczyna zabrała misę sprzed mężczyzny i odniosła.
Szybko uporała się z porządkami po obiedzie i przygotowaniem kolacji. Resztę popołudnia postanowiła spędzić przechodząc się uliczkami grodu, by rozejrzeć się w sąsiedztwie i bliskiej okolicy. Nie udało się jej jedynie wejść do jaskiń. Jaskinie były bowiem strzeżone i nie pozwalano doń wchodzić mieszkańcom bez potrzeby. Tylko w sytuacji zagrożenia można było się tam chronić. Nie chciano, by szpieg jakiś oglądał wnętrze i połączenia z innymi jaskiniami i z krajem od drugiej strony.
Noc przyszła szybko, a następny dzień zaczął się jak poprzedni, z tą jednak różnicą, że drwa się wciąż żarzyły, gdy dziewczyna podniosła się z łóżka.
Dziś po śniadaniu dziewczyna obiecała poprać odzienie Meneki i zajęło jej to cały ranek. Potem przygotowanie obiadu i oczekiwanie na trening, który miał się dziś rozpocząć.
Meneka nie zawiódł. Przyszedł jak poprzedniego dnia. Po obiedzie poszedł odpocząć, co dało i dziewczynie chwilę na odpoczynek, po czym zabrał ją za mury, tak by im nikt nie przeszkadzał i rozpoczęli.
– Ważne jest, byś słuchała. Na polu walki jest głośno, ale ty musisz widzieć to, co jest przed tobą i słyszeć to, co się dzieje za tobą. Nie możesz nie wiedzieć, co się dzieje w którymkolwiek miejscu wokół ciebie, bo właśnie z tej strony przyjdzie śmierć. Meneka dobył miecza i począł uderzać tak, by pokierować dziewczynę do tyłu. Po jednym z kolejnych świetnie zablokowanych ciosów dziewczyna krzyknęła, straciła równowagę i runęła na plecy.
– O tym mówię. Udało mi się wprowadzić cię w dziurę w ziemi, a teraz łatwo mogę cię zabić. Rozglądaj się wokół. Badaj teren kątem oka i myśl, na ile kobieta jest zdolna do myślenia będąc zdjęta strachem.
Dziewczyna poderwała się z ziemi a twarz jej przybrała bardzo zawzięty wyraz.
– Kobieta jest zdolna dawać życie, a kiedy trzeba – odebrać je. I nie jest zdjęta strachem, kiedy walczy o tych, których kocha.
– Teraz tak mówisz, ale gdy staniesz z cuchnącym orkiem w szranki, nogi się pod tobą ugną i rozpłaczesz się jak dziecko.
Na te słowa w żyłach dziewczyny podniosła się krew jak nigdy i poczęła uderzać z całą siłą jaką miała w ramionach tak, że mocno zmęczyła mężczyznę. Niestety za wściekłością nie poszła celność i sporo ruchów wystawiło ją na łatwy cel.
– No dobrze, panienko. Widzę, że masz w sobie nieodkryte pokłady siły, ale jak za siłą nie pójdzie rozum, ktoś je jednym cięciem rozdzieli na zawsze. Myśl! Przewiduj! Patrz jak się ruszam i jaki ruch muszę wykonać następny! Obserwuj przeciwnika!
I raz, i dwa. Ciosy padały z obu stron, a słychać było jedynie świst tępej stali. Taka walka trwała może z godzinę z niewielkimi przerwami na odzyskanie przez dziewczynę władzy w ramionach, gdyż była mimo wszystko dość niewprawiona. Determinacji jej jednak nie brakowało i podobało się Menece jej zaangażowanie, gdyż spodziewał się płaczu i narzekania, a tu miał przed sobą zdeterminowaną kobietę o silnym duchu, która nie mazała się przy byle siniaku. Nie to, żeby wierzył, że kobiety mogłyby być przydatne na polu walki. Dla niego był to kontrakt. Ona zajmuje się domem, on jej płaci treningiem, więc dość tanio wychodzi, zważywszy na to, że przy okazji i on utrzyma formę w czasie, kiedy nie uczestniczy w otwartej walce.
Po powrocie do domu dziewczyna nie chciała już nic zjeść. Niemal czołgającym się krokiem, choć bardzo się starała by Meneka tego nie widział, zsunęła się po schodach jak mgła i dotarła na swoje łóżko. Rano nie mogła się ruszać. Czuła ogromny ból wszystkich mięśni. Mając tę świadomość uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem. Przecież o to chodziło, przecież to krok naprzód. To jest to.
– Myślę, że na dziś wystarczy przyjacielu. Ciężki dzień miała ta mała. Zmęczyło mnie to.
– Ha, ha, ha! Masz rację. Choć czemu była tak obolała, przecież kowal ją uczył?
– Przerwij na tydzień siłownię i idź znowu. Mięśnie się tak szybko rozleniwiają. Plus Meneka to żołnierz, nie kowal.
– No tak. Masz rację. Nie będę przerywał siłowni – zażartował z dozą czarnego humoru Warlord. – Czas spać. Padam.
– Ha, ha, ha! W Twoim przypadku to rehabilitacja. Dobranoc, wojowniku. Śpij dobrze.
– Pa, maleńka.