Odcinek 9, o tym jak Kathrin ma dość, a dziewczyna wręcz przeciwnie.

Odcinek 9, o tym jak Kathrin ma dość, a dziewczyna wręcz przeciwnie.


– Znajdzie się dla mnie jeszcze jakieś miejsce?

– Och, Kathrin. Dla ciebie zawsze mam miejsce. Jak zwykle masz farta, jest parzysta ilość ludzi i możemy im co nieco pokazać.

Kathrin podeszła do ściany i zdjęła miecz, którym zawsze ćwiczyła. Podeszła do Mikołaja i przybrała postawę gotowości. Mikołaj komentował na głos każdy ruch, tak by się reszta czegoś nauczyła przy okazji. Trening się rozpoczął. Od czasu do czasu przypadało Kathrin walczyć z innymi uczniami. Musiała zmieniać wówczas miecz na drewniany, by nikomu nie stała się krzywda. Jej miecz treningowy był stalowy, ale specjalnie nienaostrzony. Przecież nie chodziło o to by się pozabijać, a czegoś nauczyć. Mimo to nie chciała walczyć nim z niewprawnymi jeszcze uczniami. Po pół godzinie wszyscy wymiękli i została sama z Mikołajem na polu walki. Wszyscy porozsiadali się pod ścianami i obserwowali, jak to się powinno robić. Kathrin była zwinna i lekka. Wprowadzała zupełnie nową jakość do walki mieczem, jak na przykład wówczas, gdy zamiast zablokować uderzenie, wybierała pochłaniającą mniej energii wersję z odpychaniem się mieczem od ziemi i jak akrobata uniesieniem się znacznie powyżej nadciągającego miecza przeciwnika. Rozśmieszała tym Mikołaja i uprzedzał ją wówczas, że może trafić na miękki grunt, a wówczas miecz wejdzie weń jak w masło, i straci życie. Potakiwała mu i doradzała więcej fantazji. Ludzie bili brawo przy każdym takim wyczynie, a Katrhin czuła się fantastycznie.

– Och, co za cudowne uczucie. Pełny relaks – wyrzuciła z siebie opadając na podłogę. – Nie mam siły.

– Widzę, że miałaś dziś swój dzień – odpowiedział Mikołaj.

– O, tak! W pracy było raczej nudno. Nie mogę tak bez sensu jak kurier biegać po mieście.

– Brakuje ci jakichś specjalnych doznań?

– Czegoś, co by zajęło i umysł, i ciało. Czegoś, co sprawiłoby, że straciłabym poczucie czasu, że nie chciałabym nawet wiedzieć, która jest godzina, jaki dzień czy pora roku.

– To chyba nie mówimy o pracy zawodowej – roześmiał się Mikołaj.

– Chyba nie – Kathrin spuściła wzrok, po chwili dodając: – A ty? Czujesz się spełniony?

– Łał! Z grubej rury – chłopak usiadł obok niej i spojrzał gdzieś w górę. – Chyba tak – odpowiedział.

– Zazdroszczę ci. Ja kiedy nie mam jakiegoś ciekawego zlecenia, kiedy nie jadę właśnie w niepewności na drugi koniec Europy, kiedy nie badam, nie studiuję, nie przygotowuję strategii…. Ach, wszystko staje się takie nudne, takie marnujące moje życie.

– A rodzina? Może powinnaś o tym pomyśleć?

– Rodzina. Tak boli, gdy odchodzą.

– Na pewno, ale większość nie odchodzi. To, że drugi raz coś tak potwornego się zdarzy jednej osobie jest raczej mało prawdopodobne.

– Mało? A Warlord?

– Wirtualny substytut brata. Mógłby być grą komputerową.

– Mylisz się. I boli, że odchodzi. Bardzo boli.

– Przepraszam, jeśli przeze mnie straciłaś humor – Mikołaj poderwał się i podał Kathrin rękę.

– Nic to. Ciągle mam to w głowie. Jak rodzinka? – spróbowała zmienić temat.

– Och, dzięki – uśmiechnął się – Super. Z nimi jestem szczęśliwy. Każdemu polecam. Rodzina to dom. A ty, cały czas w Warszawie?

– Mam nadzieję wyrwać się. Chciałabym na kilka dni spotkać się z naturą. Boję się jednak, że jak wrócę…

– Tak, zostań w zasięgu. A wiesz, moja ciotka prowadzi taki mały pensjonacik w Bieszczadach. Może jak drzewa puszczą liście to się tam wybierz. Załatwię ci zniżkę – zaproponował. – Teraz za zimno jeszcze i szaro, ale wiosna będzie piękna.

– Dzięki, Mikołaj, na pewno skorzystam. Muszę się zmęczyć na szlaku do łez. To najlepszy antydepresant.

– Nie musisz walczyć z demonami sama. Dla nas jesteś jak rodzina. Pamiętaj o tym.

– To miłe. Dziękuję. Też was kocham.

– No to kiedy wpadniesz do nas do domu?

– Wpadnę jakoś. Zadzwonię – Kathrin uśmiechnęła się jak mogła najweselej i odeszła do szatni.

Na dworze było już ciemno. Ludzie biegali po ulicy w pośpiechu. Auta hałasowały jak zwykle. Szum, gwar i zapach spalin. Od razu chciało się wyjechać.

Kathrin szła powoli, spokojnie. Po drodze odwiedziła sklepik pani Zosi, by zaopatrzyć się w artykuły podstawowe i poszła do domu. W domu rutyna: prysznic, kolacja, wygodne ciuchy i odpalenie netbooka. „Warlord powinien już dzwonić – pomyślała. – Za późno kończymy, nie wysypiam się”.

Ostatnia myśl natchnęła ją pomysłem, by sama zadzwoniła do przyjaciela.

– Warlord? Jesteś tam?

– Och, Kathrin! Właśnie wróciłem z kina – zażartował, a Kathrin od razu pożałowała pytania.

– No tak! Oczywiście, że jesteś, jaka głupia jestem.

– Coś nowego? – chłopak zmienił temat.

– Nie, takie tam głupoty. Praca mnie wykańcza – spuściła wzrok szukając czegoś ciekawego do podzielenia się. – O, byłam dziś u Mikołaja. Świetnie się bawiłam. Trochę jak w cyrku – roześmiała się.

– To mi trudno sobie wyobrazić. Dystyngowana pani antykwariuszka jak w cyrku – powtórzył powoli.

– Nie nabijaj się, nie jestem taka sztywna jak mówisz.

– No nie jesteś. I co u niego?

– Super! Kwitnie z Kamilą i dzieciakami. Aż mu czasem tego zazdroszczę – odwróciła wzrok. – Tak mieć z kim codziennie zasiąść do stołu.

– Zasiądź ze mną – zaproponował.

– Dzięki. Ty jesteś moją równowagą, Warlord, bez ciebie bym się pogubiła.

Wiedząc, jaka czeka chłopaka przyszłość, oboje zamilkli. Nie było sensu rozdrapywać ran na nowo i na nowo. Lepiej żyć ile można i jak można najlepiej, niż czekać na nieuchronność.

Nie minęła minuta, która musiała zdawać się całą wiecznością, aż Kathrin otrząsnęła się i zaczęła.

– Mikołaj zaproponował mi wypad do pensjonatu jego ciotki w górach wiosną.

– Z nim? Rodziną? – zdziwił się chłopak.

– Nie, nie! – roześmiała się. – Samej. Załatwi mi zniżkę.

– Och, powinnaś jechać – odetchnął. – Uspokoiłoby cię to. Miasto ci nie służy.

– Tak, pewnie pojadę. Niestety z Internetem tam kiepsko. Może przez linię telefoniczną.

– Daj spokój, jedź, nie oglądaj się na mnie – powiedział wyraźnie zdenerwowany jej nadopiekuńczością. – Postaram się odłożyć „moją podróż” o te kilka dni.

– Pewnie. Ale co by się stało z naszą dziewczyną – odpowiedziała zmieniając temat.

– No tak, Meneka wyjechał, nie można zostawić jej samej – roześmiał się, po czym nagle skurczył w bólu.

– Wszystko w porządku? – Kathrin poderwała się z krzesła.

– Usiądź – odpowiedział po chwili, dochodząc do siebie – chyba, że chcesz podać mi rękę.

– Ha, ha, ha! – obruszyła się Kathrin. – Jaki chojrak!

– No, może wróćmy do tej dziewczyny – zaproponował Warlord.

_DSC0213

Kathrin nic już nie odpowiadając przesiadła się na łóżko jak zwykle i przykryła kocem. Gdy już się wygodnie ułożyła, spojrzała w sufit i zastanowiła się nad końcem opowieści z poprzedniego dnia.

– Może pamiętasz, dziewczyna zasnęła poprzedniego dnia na polanie. Obudziło ją wycie wilków w oddali i uświadomiła sobie swoje położenie. Sama na polanie w środku nocy. Ogniska nawet nie rozpaliła, bo gdy zasypiała było jeszcze całkiem widno. Teraz powiało grozą. Nie wiedziała do końca, co powinna zrobić. Jaskinie w nocy są na pewno tak samo ciemne. Bez jakichkolwiek przebłysków światła. Tu skazana była sama na siebie i nie bałaby się wcale, gdyby było gdzie się ukryć. Postanowiła wejść do jaskini i schować się w zakolu korytarza. Tam spróbowała rozpalić ognisko przy pomocy krzemieni na patykach pokrytych suchą trawą. Na szczęście się udało i była zadowolona, że ognia zapewne nie widać z zewnątrz, bo korytarz skręcał w tym miejscu dość mocno.

Nie wiedziała czy znowu spróbować zasnąć, czy czuwać. Siedziała tak nasłuchując i doszła do wniosku, że wilki oddaliły się za jakąś zwierzyną i jest bezpieczna. Ta chwila rozluźnienia sprawiła, że wkrótce zasnęła znowu.

Śniła, gdy wyrwało ją ze snu mocne szarpnięcie. Zerwała się na równe nogi i z przerażeniem spojrzała na młodego mężczyznę o kręconych, jasnych włosach sięgających szyi. Przyjrzała mu się i uznała, że z takim wyglądem raczej nie jest groźny, choć sama nie wiedziała, skąd ta nieostrożność. Miał popielate oczy i delikatne zmarszczki mimiczne wokół oczu, świadczące raczej o radosnym usposobieniu.

– Kim jesteś? – wyszeptała w końcu, opanowując zaskoczenie.

– Kim ty jesteś, to jest ciekawsze pytanie – odpowiedział, rozsiadając się przy gasnącym ogniu. – Sama tutaj, w tych niespokojnych czasach. Życie ci niemiłe?

– Życie ludzkie przychodzi i odchodzi. Nie ma co się nad nim żalić – spojrzała na mężczyznę i widząc, że usiadł i najwyraźniej nie planował jej teraz skrzywdzić, również osunęła się ostrożnie na ziemię.

– Nie brzmi to optymistycznie – odpowiedział.

– Nie odpowiedziałeś panie, kim jesteś – przypomniała.

– Jestem podróżnikiem. Zmierzam do wsi za tamtym lasem, który widać z polany – mężczyzna otworzył swoją sakwę i wyjął z niej zawiniątek. – Głodna jesteś pewnie.

– Hm, nie było czasu się zastanowić. Chyba nie.

– Prawda! Wystraszyłem cię – spojrzał na nią i dodał: – Rano trzeba coś zjeść. Mam tu jeszcze trochę suszonego mięsa i jakieś okruchy chleba.

– Nie, naprawdę nie trzeba. Niedaleko jest dom mojego gospodarza.

– Gospodarza?

– Nieważne, nie zawracaj sobie, panie, głowy dziewczyną, – odwróciła wzrok. – A po co zmierzasz, jeśli można wiedzieć?

– Ciekawska jesteś, jak na kogoś, kim nie należy zawracać sobie głowy – roześmiał się.

– Wieś tam jest, powiadasz, panie – zamyśliła się. – A ludzie mili?

– Różni – odpowiedział bez wdawania się w szczegóły. – Masz jakieś imię?

Zmrużyła oczy i zamyśliła się ospała.

– Pewnie jakieś było. Dawno dziewczyna jest sama, panie, i nikt nie nazywa jej inaczej jak „dziewczyno”. I dziewczyna nie szuka imienia, a swego przeznaczenia.

– A jakież to przeznaczenie? Groźnie zabrzmiało – roześmiał się mężczyzna.

– A ty, panie, jak masz na imię?

– Jesteś bardzo tajemnicza – mężczyzna przełknął. – Mówią mi Piechur, bo widują mnie ciągle w drodze.

– Jesteś strażnikiem – stwierdziła opierając się z ulgą o ścianę skalną.

– Bystra jesteś – przyznał mężczyzna przestając przeżuwać kolejny kęs. – Jak na to wpadłaś?

– Jest jeden strażnik. Przyjaciel – odpowiedziała – dawno poszedł swoją drogą.

Dziewczyna zamyśliła się i dodała:

– Zima nadchodziła, a tu wiosna u drzwi.

– A więc jesteś przyjaciółką strażnika. A widziałaś tu takich z długimi jasnymi włosami, no wiesz, bladych takich mężczyzn dziwnie nieco ubranych?

– Niebieskie oczy, piękne twarze, skóra jak jedwab? – twarz jej poczerwieniała a żyła na szyi zaczęła wyraźnie mocno pulsować. Zrozumiała, co właśnie powiedziała. – Czego chcesz, panie, od tych … – przerwała w zakłopotaniu, po czym zaraz dodała: – ludzi?

– A więc widziałaś i wiesz, skąd pochodzą – stwierdził.

– Dom dziewczyny był nad Anduiną w pobliżu pięknego lasu – sprostowała – skąd od Caras Galadhon dzieliły ją tylko wody Celebranta, u którego ujścia była grota. Wiele minęło. Czy oni są w pobliżu Helmowego Jaru? Czy to ci ludzie?– zapytała nieśmiało.

– Miałem nadzieję od ciebie się tego dowiedzieć. Nie wiem kim jesteś. Dużo wiesz. Nie mogę ci jednak ufać więc wróć do domu i nie wspominaj nikomu o naszym spotkaniu.

– Możecie, panie, ufać dziewczynie, w tej sprawie szczególnie możecie. Ta nie wie jednak, czy może tobie ufać, czy nie podpuszczasz biedaczki i nie skrzywdzisz tych – zawahała się – ludzi?

– Jesteśmy po tej samej stronie, wierz mi – zapewnił.

– Ty tak mówisz, panie. Ta nikomu nie wierzy. Będzie jednak ich wyglądać i ostrzeże przed tobą.

– Zrób tak, niech wiedzą, że już jestem w okolicy. Jeśli jednak zdradzisz komuś, że mnie spotkałaś lub o czym rozmawialiśmy, z żalem cię zabiję.

– Przenigdy nie narażę ludu pięknej pani – już prawie powiedziała coś jeszcze, ale powstrzymała się, zachowując swoje sekrety.

– „Pięknej pani” – zacytował – czyli jednak nie mówimy o ludziach – roześmiał się. – Czas na mnie. Wracaj do domu. Nie kuś losu.

Mężczyzna podniósł się na nogi i otrzepał z okruchów.

– A czy znasz ich imiona, panie? – zaczepiła nieśmiało, wpatrzona w resztki ogniska.

– A ty znasz ich po imionach? – zdziwił się mężczyzna.

– Kilka imion znam przez sąsiedztwo. Kilku z patrolu – próbowała zbić go z tropu wciąż nie wymieniając ich rodzaju, gdyż przecież oboje wiedzieli, że nie mówią o ludziach.

– Dziwne to spotkanie i dziwna z tobą rozmowa. Dość już powiedziałem, a może za dużo wyciągnęłaś ze mnie.

– Nie gniewajcie się, panie – dziewczyna spuściła wzrok – to tęsknota za domem i znanymi widokami – odwróciła się do wyjścia z korytarza i zamyśliła.

– Widziałem tu wilki dzień temu. Idź do domu.

– Odejdźcie panie. Słychać je tu było nocą. Odeszły.

Piechur zebrał rzeczy i ruszył w głąb jaskini. Obejrzał się jeszcze na pożegnanie, po czym zniknął w ciemności rozświetlanej słabą pochodnią.

Dziewczyna wyszła na słońce i odetchnęła głęboko. Nie mogła się skupić ani na szukaniu czegoś do zjedzenia, a przecież las dla niej to żadna tajemnica, ani na treningu, ani żadnej innej rzeczy. Szybko pobiegła do domu, umyła się i ubrała w czyste rzeczy. Przecież żaden z elfów nie mógł jej widzieć w takim stanie, w jakim się obudziła.

– Elfowie, elfowie – powtórzyła nie wierząc, że mogłaby raz choć spojrzeć na te jaśniejące twarze. O tej jednej myśleć nawet nie mogła. Za wysoki próg, za niemożliwe do przeżycia. O nie! Ale wiedziała, że elfowie wychodzili daleko poza Lothlorien na zwiady. Zwykle dwójkami. Dlatego ci właśnie znali mowę ludzi.

Splotła włosy i związała wełnianą nitką. Rozejrzała się wokoło i stwierdziwszy, że wszystko jest jak należy, zabrała nieco jedzenia i rzeczy, które mogły się jej przydać przez kilka następnych dni i ruszyła na drugą stronę góry. Jeśli mieli iść w tym kierunku, to nie mogli iść inną drogą.

Ogarnęła miejsce, w którym nocowała poprzedniego dnia i położyła swoje rzeczy. Poczuła spokój. Wreszcie mogła pójść na polanę i ćwiczyć. Czuła się jak pająk, który właśnie zastawił sieć i jest pewny ofiary.

Nie minęła godzina, kiedy opanował ją niepokój. A co, jeśli przejdą cichcem? Ona taka skupiona na treningu, taka głośna, a oni letcy jak wiosenny wiatr. Mogą przemknąć niezauważeni… Myśl ta przerwała jej trening i skierowała ją do wejścia jaskini. Usiadła nieopodal i wpatrując się w polanę zaczęła śpiewać. Śpiewała tak pięknie i tak dźwięcznie, że miało się wrażenie, że wiatr ucicha by słuchać. Śpiew jej nie był głośny, ale cisza wokół była tak wielka, że każdy dźwięk rozchodził się po okolicy jak woń perfum. Jednocześnie sama wspominając śpiew elfów miała swój za skrzypienie starych drzwi. Nikt nigdy nie słyszał jak śpiewa i nikt nigdy nie miał szansy wyprowadzić jej z błędu. Tylko drzewo rosnące obok groty znało ten śpiew, a przynajmniej tak jej się wydawało.

Minęło kilka godzin i nikt nie podszedł nawet do polany. Przestała opowiadać historie swym śpiewem i weszła do środka, by wziąć coś do jedzenia.

W worku miała trochę chleba i coś na kształt pieczonego pasztetu z warzyw. Skromne, ale zdrowe jedzenie, którym zaspokoiła głód. Miała jeszcze kilka innych, smaczniejszych rzeczy, ale te bezpiecznie odłożyła na szczególną okazję, co do której miała coraz mniej przekonania, że ją czeka. Spakowała resztę rzeczy i pełna nowej energii zaczęła biec do wyjścia, odwracając wzrok w stronę leżących pakunków dla upewnienia się, że pozostawiła je w porządku. Nagle zatrzymała się odbijając od jakiejś postaci. Upadła do tyłu i natychmiast zerwała się na równe nogi. Podniosła przestraszony wzrok i spojrzała, sprawdzając o co uderzyła. Nie jedna osoba, a dwie stały u wejścia do jaskini. Zmrużyła oczy, gdyż postacie stały tyłem do światła a z jaskini nic ich nie oświecało. Przyjrzawszy się bliżej otworzyła usta i nogi ugięły się pod nią.

– Panowie elfowie – wyjąkała spuszczając wzrok.

– Poznaliśmy twój śpiew. Słyszeliśmy go już nad Anduiną. Zaskoczyło nas jego brzmienie tutaj, a jednak się nie myliłem – odpowiedział bliższy.

– Rozejrzę się! – zameldował dalszy w języku elfów i już ruszył w głąb.

– Nie trzeba – szybko zawołała – tu nikogo nie ma. – Znów spuściła wzrok i powoli dodała: – Słyszeliście, panie, śpiew dziewczyny? Nad Anduiną? I tu?

– Chętnie słuchaliśmy twego śpiewu na patrolach. Baliśmy się, że orkowie cię znaleźli i coś ci się stało. Od dawna cię nie było w grocie.

– Wiedzieliście, panie, że dziewczyna tam mieszka? Och tak, głupia – zaczerwieniła się nagle – oczywiście, musieliście wiedzieć.

Gdyby była robakiem, natychmiast wkręciłaby się w ziemię. Świadomość, że elfowie, ci którzy byli dla niej definicją muzyki, słyszeli jej śpiewy, napełniła ją ogromnym wstydem.

Mężczyzna zauważył to w jej oczach, schylił się i wyciągnął rękę w kierunku jej twarzy. Dotknął delikatnie jej podbródka i uniósł tak, by spojrzała na niego.

– Wiedzieliśmy i cieszyliśmy się z tego sąsiedztwa. Nie chcieliśmy cię niepokoić. Każdy niech żyje swoim życiem, ale podobało nam się pracować przy twoim śpiewie. Ponadto nie byłaś sama.

– Taki wstyd – dziewczyna wyrwała się i odwróciła plecami.

Mężczyzna roześmiał się i rozejrzał po wnętrzu.

– Teraz tu mieszkasz?

– Nie, nie, w Helmowym Jarze przygotowuję się …– nagle przerwała.

– Do czego? – odwrócił się do niej i zapytał zainteresowany.

– Ach, cóż tam sprawy dziewczyny – próbowała zmienić temat. – Był tu rano Piechur. Szukał was, panie Haldirze.

Nagle przerwała zorientowawszy się, że wymówiła jego imię.

– Haldirze?! Znasz moje imię – powiedział zdziwionym głosem.

„I imię, i każdy cal twojej twarzy, każdą rzęsę i włos, każdy odcień w oczach i zapach, i śmiech…” – powtórzyła w myślach, nie mogąc powstrzymać drżenia, po czym dodała cicho – I dziewczyna znała swych sąsiadów, panie, a ty z nich najzacniejszy.

Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie, po czym podszedł do dziewczyny puszczając komplement mimo uszu.

– Piechur, powiadasz, wróci? – zapytał za jej plecami.

– Wróci i będzie cię szukał, panie.

– I długo mam tak rozmawiać z twoimi plecami? – roześmiał się, widząc jej zakłopotanie.

– Och, nie, nie – pogubiła się odwracając do niego. – Głodny jesteś, panie?

– Co nam zaoferujesz?

– Chleb i coś do chleba. Natychmiast przygotuję. Siadajcie, panie, tutaj – rozejrzała się nie znajdując dość dobrego miejsca.

– Może w tej wnęce? – wskazał ręką miejsce, gdzie spotkał ją tego ranka Piechur.

– Tak – odrzekła zagubiona – to świetne miejsce.