TWARZE WARSZAWY NA WYGWIZDOWIE

TWARZE WARSZAWY NA WYGWIZDOWIE

Korzystajac z gościnności bloga Raphael Theater przedstawimy Państwu kolejno różne ciekawe grupy teatralne. Dzisiaj wstępna prezentacja Teatru Akt z Warszawy.

akt2

CYRKOWCY, KUGLARZE, ARTYŚCI.Teatr Akt swoją siedzibę ma w miejscu niezwykłym. To obszar, położony niecałe pół godziny komunikacją od centrum. Totalnie zapomniany, zaniedbany i zaśmiecony. Otoczenie z dwóch stron liniami kolejowymi powoduje dodatkową separację terenu i zamieszkujących go ludzi. Idealne miejsce dla artystów, którzy uciekli tu od gry miejskich pozorów i absurdów, na które nie trudno natknąć się w stolicy naszego kraju. Poznajcie Teatr Akt, który wyrósł na tradycji objazdowych trup, a dziś animuje społeczność warszawskich Prażan. Również tych z tzw. marginesu społecznego.

Mieszkam na Grochowie od kilku lat i sama trafiłam tu niedawno. To miejsce, w którym mieści się wasz teatr, funkcjonuje w ogóle w świadomości mieszkańców?

Tomek Musiałowicz [TM]: Kiedy tu przyjechaliśmy, cały ten teren był śmieciowiskiem. Dla władz to miejsce jest wstydliwym tematem, o którym nie warto rozmawiać. Być może dlatego świadomość jego istnienia jest tak znikoma.

Ale siedzibę, w której obecnie jesteśmy, dostaliście od miasta?

Marek Kowalski [MK]: Tak, choć oczywiście płacimy dzielnicy Praga Południe za wynajem, jako stowarzyszenie, którym jesteśmy od jakichś… 20 lat. Kiedy je zakładaliśmy w latach dziewięćdziesiątych, to były początki takiej działalności. Dla nas sama formuła była i poniekąd pozostaje do dziś, czarną magią. Nie pasjonuje nas to. Żeby prowadzić organizację pozarządową trzeba być mentalnym urzędnikiem. U nas takich brakuje.

TM: To było dla nas wygodne, założyć stowarzyszenie, bo dzięki temu z jednej strony mamy możliwość pozyskiwania grantów na nasze teatralne działania, z drugiej strony taka formuła prawna pozwala brać udział w europejskich festiwalach.

Żyjecie z teatru?

TM: Można powiedzieć, że tak, bo robimy tylko to. Choć trzeba dodać, że te dotacje, które udaje nam się pozyskiwać, to nie są jakieś olbrzymie dochody. Nie startujemy o fundusze unijne, bo nas to przekracza, nie mamy czasu na grzebanie się w papierach. Jesteśmy teatrem i chcemy tworzyć spektakle a nie – tkwić w urzędniczych sprawkach. Dla porównania, współpracowaliśmy z innymi teatrami zinstytucjonalizowanymi i wiemy, jakie kwoty przeznaczane są na zrobienia spektaklu. My premierę potrafimy przygotować za 50 tys. zł. Duży teatr taką kwotę przeznacza na pensję dla asystenta reżysera. To są porażające sumy. To patologia, biorąc pod uwagę fakt, że żyjemy w społeczeństwie, które jest ubogie.

Czy Warszawa, jako miasto, sprzyja działaniom takich teatrów, jak wasz?

MK: Jasne, że mamy większy budżet niż mniejsze ośrodki w tym kraju, w związku z czym łatwiej nam działać tu, niż na jakimś wygwizdowie, ale jest też wiele aspektów, które powodują, że w Warszawie może być równie trudno.

TM: Na przykład mamy tu mnóstwo organizacji pozarządowych, które wspólnie konkurują o pozyskanie grantów na swoją działalność. To w pewnym momencie zrobiło się chyba nawet modne – założyć fundację, zgarnąć pokaźną sumę i w ramach tych pieniędzy przygotować coś, co nie zawsze jakościowo jest dobre. Zawsze mnie to zaskakuje i drapię się po głowie, jak to się stało że ktoś otrzymał tak dużą kwotę na swoje działania, a efekt jego pracy jest tak niski.

Jesteście podobno teatrem, który działa głównie w terenie? Nie gracie już w sali?

MK: To fakt, przestaliśmy grać w sali. W tym roku chcemy tu jednak wrócić i zacząć robić spektakle sceniczne. Jest trochę tak, że kiedy cztery lata temu pojawiliśmy się w tym miejscu, robiliśmy dużo w środku i na zewnątrz. Wówczas mało jednak udzielaliśmy się w okolicy. Dwa lata temu to się zmieniło. Przygotowujemy więcej akcji w terenie, np. Legendy Olszynki Grochowskiej, które są typowo plenerową eskapadą artystyczną. Inscenizujemy wówczas ciekawe epizody z historii tego terenu i konfrontujemy je z sytuacją współczesną.

A jaka jest historia tego miejsca?

MK: W czasie II Wojny Światowej w tym miejscu był obóz jeniecki. Jeziorko, które mieści się tuż za teatrem, wykopano właśnie w tych latach. To sztuczny twór, który służył do chłodzenia paliwa dla lotnictwa. Wiemy to głównie z opowieści miejscowych. Są tu również fundamenty poniemieckich budynków. Część z nich ma na dachówkach niemieckie manufaktury. Niektórzy zaś mówią, że budynek, w którym obecnie mieści się nasza siedziba, był kantyną dla wojskowych, którzy zajmowali się pilnowaniem jeńców.

TM: Ci starsi mieszkańcy potwierdzają, że na pewno był tu obóz jeniecki i że jeziorko wykopali Rosjanie. Co ciekawe, jest ono biologicznie czyste. Potwierdzają to lokalni wędkarze. Co więcej, zagnieździły się tu również bobry. Woda na oko też jest bardzo przejrzysta. Podobno kiedyś kąpał się tu cały Grochów. Dziś o tym miejscu jednak zapomniano a szkoda, by gdyby oczyścić cały ten teren, to mógłby on służyć rekreacji okolicznych mieszkańców.

MK: Z jednej strony niedaleko jest miejsce bitwy pod Olszynką Grochowską, rezerwat przyrody po drugiej stronie, jest również jeziorko. Potencjalnie więc fajny teren, by ludzie spędzali tu np. weekendy. Jeździli rowerami, odpoczywali. Ale nikt o to nie dba. Jesteśmy pomiędzy dwoma liniami kolejowymi. 200 metrów stąd jest areszt, obok osiedle Dudziarska, powstałe w celu rozwiązania problemu rodzin z eksmisji.

Zatem ludzie wyrzuceni na pobocze społeczeństwa?

TM: Tak, a dodatkowo obok jest jeszcze spalarnia śmieci. Potencjalnie zatem nieciekawie, ale latem, jak się tu przyjdzie i zrobi się zielono, to nawet ptaki ćwierkają. Kiedyś sam lis tu podchodził, pod nasz teatr!

A nadal jesteśmy w Warszawie, jakieś 20 min od centrum tramwajem. To przypadek że tu jesteście?

MK: Trochę przypadek. Najpierw mieliśmy siedzibę w centrum, w klubie Stodoła, potem przenieśliśmy się do Riviery. W pewnym momencie przyszła jednak budowa, remont i musieliśmy się wynieść. W Rivierze jest sala widowiskowa z lat 70. Totalnie zrujnowana i zamknięta przynajmniej od 15 lat. To świetne miejsce przy metrze, które powinno pracować 7 dni w tygodniu!

TM: Poszukiwania nowego miejsca rozpoczęliśmy cztery lata temu licząc na to, że będzie to Praga Północ. Tam jednak nie było lokali, albo były one na piętrach, zrujnowane, w budynkach mieszkalnych, przez co wchodzilibyśmy w konflikty z mieszkańcami. Wreszcie znaleźliśmy lokal na Pradze Południe i postanowiliśmy tu przyjechać, obejrzeć.

MK: Ale też po pewnych dyskusjach, bo wcześniej myśleliśmy, że nawet nie warto tu przyjeżdżać. Jednak po obejrzeniu innych lokali w końcu przekonałem resztę, żeby chociaż zobaczyć to miejsce. Spodobało mi się od razu.

TM: Mi też. Mogłem tu uciec przed Warszawą która mierziła mnie pozorami, stwarzanymi w tutejszym środowisku artystycznym. Dla mnie to był taki rodzaj buntu, który opierał się na tym że ucieknę i będę mieć w nosie to wszystko, co mi przeszkadza i denerwuje. Dobrze się tu poczułem.

Uciekliście z centrum stolicy, ale kontrast między tym, co jest tutaj, a tym, co mieliście tam (np. szerszy dostęp do publiczności), jest chyba duży?

MK: Jak zaczynaliśmy grać w Stodole to sala była taka, że można ją było przystosować do grania spektakli. Ale później się pozmieniało, sala zrobiła się bardziej koncertowa i trudno było nam tam grać.

TM: W Rivierze natomiast byliśmy nielegalnie, bez umowy i zezwolenia, żeby tam grać. To skutkowało tym, że docieranie do ludzi z informacją o naszych działaniach też było ciężkie. Robiliśmy tam spektakle, ale to był rodzaj absurdu, jednego z wielu, do których dochodzi w tym mieście. W Rivierze spędziliśmy w sumie 8 lat.

W gruncie rzeczy więc dobrze się stało, że znaleźliście się na tym odludziu?

MK: To ma swoje dobre strony choć jesteśmy też świadomi tego, co nas ogranicza. Ciężko tu dojechać, więc o jakimkolwiek teatrze repertuarowym nie może być mowy. Choć z drugiej strony, kiedy już coś graliśmy tutaj, na miejscu, zawsze zaskakiwało nas, skąd ci wszyscy ludzie się brali.

pkg_fot. Piotr Suzin

Gracie spektakle biletowane?

MK: Każdy spektakl, który do tej pory organizowaliśmy w tym miejscu, był darmowy. Płaciła nam dzielnica, ale nie braliśmy pieniędzy od ludzi. Myślę, że po rozpropagowaniu tego miejsca uruchomimy wreszcie płatne spektakle, ale teraz działamy też trochę dla uruchomienia świadomości ludzi o tym miejscu.

Pytam, bo jedną z licznych barier dla społeczeństwa są ceny biletów do teatru. Kiedy wychodzę z trzyosobową rodziną do jednego z warszawskich teatrów dla dzieci, w kieszeni muszę mieć 120 zł. Na same bilety.

TM: Teatr staje się luksusem i pewnie wkrótce dla niektórych będzie się czymś nieosiągalnym. Do tego wszystko zmierza. Tylko elitarne teatry będą mogły przetrwać. My do tej elity nie należymy, mimo że mamy genialną formułę, bo jesteśmy teatrem objazdowym. Lubię sobie to często porównywać do trup sprzed lat, do jarmarcznego teatru, choć my próbujemy robić coś ambitniejszego. W tym miejscu być może nie jesteśmy też tak znani, bo jeździmy ze spektaklami po całej Polsce i Europie, co wybija nas z rytmu działania cyklicznego w okolicy.

Ale można liczyć na to, że pomyślicie też o lokalnych mieszkańcach?

MK: Oczywiście, do tego też zmierzamy. W zeszłym roku udało nam się otworzyć dla mieszkańców jeziorko, o którym wcześniej rozmawialiśmy. W tym roku również chcemy zorganizować nad nim coś w ramach otwarcia sezonu. Przymierzaliśmy się do tego, żeby zagrać tam spektakl, ale ponieważ są tam linie wysokiego napięcia, to one trochę nas zniechęcają. Ale we wrześniu na pewno w ramach festiwalu Czarna Owca zorganizujemy tam scenę dziecięcą i zagramy dwa spektakle. Chcemy też kontynuować działania wokół Legend Olszynki Grochowskiej, w maju planujemy majówkę teatralną… Jednym słowem obiecujemy, że będzie się działo.

akt3

 Żródło: http://www.twarzewarszawy.pl/

PS.

kozia