W lesie lepiej zbierać grzyby niż palić ognisko.

 

20 sierpnia 1910 roku w Stanach Zjednoczonych było bardzo gorąco, jednak nie tylko za sprawą pogody.
Ogień częściowo strawił lasy znajdujące się na terenie północno-wschodniej części stanu Washington, zachodnią część Montany oraz północne Idaho. Ucierpiały takie Parki Narodowe jak Bitterroot, Cabinet, Clearwater, Coeur d’Alene, Flathead, Kaniksu, Kootenai, Lewis and Clark, Lolo i St.Joe.
Trwający dwa dni kataklizm był największym pożarem lasów w historii Stanów Zjednoczonych, lecz nie najbardziej śmiercionośnym. Mimo to zginęło wtedy 87 osób, głównie tych, którzy próbowali powstrzymać ogień.
Upały przyszły na długo przed 20 sierpnia. Wiosna i lato w USA były wówczas wyjątkowo suche, jak nigdy wcześniej. Ogień mógł być połączeniem upałów z gorącym popiołem, który pozostawał na ziemi po przejeździe lokomotyw, które podczas jazdy wytwarzały niebezpieczne iskry.
Do połowy sierpnia mniejszych pożarów było już na terenie Idaho, Montany, Washingtonu i Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie od tysiąca do trzech tysięcy.
Wedlug późniejszych relacji 20 sierpnia wiał chłodny front przynoszący huraganowe wiatry. One z łatwością łączyły setki mniejszych ognisk w pożary-giganty, których opanowanie było praktycznie niemożliwe z powody małej liczby ludzi, ale i z braku wystarczających środków gaśniczych.
Służba odpowiedzialna za lasy państwowe liczyła sobie wtedy dopiero pięć lat i była zupełnie nieprzygotowana na tak rozległy kataklizm. Ówczesny prezydent William Howard Taft zarządził, by do walki z ogniem wysłać 25 regiment piechoty afroamerykańskich żołnierzy.
Mówi się, że w nocy z 20 na 21 sierpnia statki znajdujące się na Oceanie Spokojnym w odległości nawet 800 kilometrów od lądu nie mogły być nawigowane przy pomocy gwiazd, gdyż te zniknęły pod zasłoną dymu z zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.
Ogień strawił ponad 1,2 mln hektarów ziemi, czyli niewiele mniej, ile w Polsce mamy wszystkich gruntów zabudowanych i zurbanizowanych (łącznie z drogami, kolejami i kopalniami powierzchnia wynosi ok. 1,5 mln ha).
Ostatecznie ogień ugasił kolejny zimny front, który przyniósł ze sobą upragniony deszcz. Kilka miast zostało doszczętnie zniszczonych, a ludzi trzeba było ewakuować między innymi do Spokane w stanie Waszyngton i Missouli w Montanie.
Z całej historii wynika, że na pogodę nie ma co liczyć i czasem może nas bardzo zawieść. Urząd do spraw lasów państwowych już wcześniej zastanawiał się, co by było gdyby… Czy pozostawiać lasy podczas pożarów samym sobie, bo w końcu tak chce natura – sama sobie najlepiej poradzi (poza tym w grę wchodziły duże koszty akcji ratunkowej) – czy jednak walczyć z ogniem, ponad wszystko chroniąc lasy. Po wielkiej pożodze postanowiono zwalczać każde nawet najmniejsze niebezpieczeństwo, które mogłoby doprowadzić do powtórki z 20 sierpnia.

forest-fire-62971_1280

źródło zdjęcia: https://pixabay.com, https://commons.wikimedia.org

Obserwuj Aleksandra Galewska-Tomańska:

Z wykształcenia muzyk, pedagog i pedagog specjalny. Zainteresowana tym, co dzieje się na świecie, doszukuje się zależności w zachowaniach międzyludzkich i bieżących wydarzeniach społecznych.