Wspominamy…Günter Grass…

Wspominamy…Günter Grass…

Autor: Ryszard Ciemiński

Pojawił się na meczu Bundesligi S C Feiburg – Borussia Dortmund. Zasiadł, w towarzystwie przyjaciół, na otwartej trybunie. Tego dnia było dość chłodno miał więc na głowie granatowy beret a la basgue, a także ciepły zimowy płaszcz . Natychmiast został rozpoznany . Kibice miejscowe drużyny ofiarowali Mu szalik klubowy. Grass nie krył się bowiem ze swoimi sympatiami do drużyny piłkarskiej należącej do tego klubu, działającego w tym 200 tysięcznym mieście leżącym w Badenii – Wirtembergii u podnóży gór Schwarzwaldu. W ręku trzymał , niemalże nie gasnącą fajkę. Prawie wcale się z nią rozstawał. I tak został sfilmowany i sfotografowany. Ten zaś konterfekt autora „Blaszanego bębenka”, od niedawna laureata literackiej Nagrody Nobla, został rozpowszechniony – poprzez telewizyjne i agencyjne łącza – na cały świat.
W jakim momencie zaczęły się sportowe zainteresowania Grassa? Zapewne wcześnie. W opowiadaniu „Kot i mysz”, stanowiącym integralną część tzw. gdańskiej trylogii, zawarł Grass- poprzez osoby dzieci z rodzinnego Wrzeszcza – rozmaite, właśnie sportowe sugestie. Sporo w nim o ruchliwości dzieci tamtego, dowojennego czasu. O ich temperamencie, o ich łobuzowaniu, o ich wałkonieniu się na jelitkowej oraz brzeźnieńskie plaży, o penetrowaniu wnętrz polskich okrętów. Czy już wtedy gonił za piłką na jednym z przedmiejskich – Wrzeszcz stanowił dlań, jak sam przyzna po latach, rodzaj przedmieścia Gdańska – podwórek? Zapewne niejeden raz. Podobnie jak, już później podczas nauki w „Conradinum”. Choć wówczas, jak sam wyznał, ciągnęło go bardziej w stronę zapasów w stylu wolnym.
Jednak o piłce nożnej poświęcił jeden ze swoich młodzieńczych wierszy. Wiersz jest zatytułowany „Nocny stadion”. Opublikował go Grass, a debiutował w piórze jako poeta właśnie, w jednym ze swoich tomików wierszy z roku 1956. Było to więc na trzy lata przed ukazaniem się w druku „Blaszanego bębenka”.
„Powoli wzeszła piłka po niebie
Rozjaśniła pełną widzów trybunę
Poeta samotnie stał na bramce
Lecz sędzia zagwizdał: spalony”.
Ten wiersz, czterowiersz właściwie, wszedł po latach w skład antologii Konrada Grudy zatytułowane „Die ditte Halbzeit” – „Trzecia połowa” – która ukazała się drukiem w Niemczech w r. 1958. Obok Szekspira, Camusa – sławne jego powiedzenie: „Wszystko co wiem o życiu, zawdzięczam piłce nożne” – prócz tenisowego opowiadania Witolda Gombrowicza, znalazło się w niej miejsce dla tego „piłkarskiego” wiersza Guentera Grassa.
W swojej najnowszej książce, w „Moim stuleciu” – polskie wydanie „Polnord”, Gdańsk, 1999 w przekładzie Sławomira Błauta Grass pomieścił aż cztery rozdziały poświęcone sprawą sportu. Już w rozdziale „1903” pisze: „W Zielone Światki tuż po wpół do piąte zaczął się finał. My, reprezentanci Lipska, pojechaliśmy nocnym pociągiem: nasza jedenastka, trzech rezerwowych graczy, trener drużyny, dwaj panowie z zarządu. Jaki tam sypialny! Jasne, że wszyscy, także ja, wzięliśmy trzecią klasę, z wielkim trudem przecież uzbieraliśmy forsę na podróż. Nasi chłopcy bez szemrania wyciągnęli się jak dłudzy na twardych ławkach i prawie do Uelzen dali prawdziwy koncert chrapań”.
Dalej ciągnie się opis przygotowań do meczu zespołu z Lipska z D F C Praga. Szykowania płyty boiska, rysowania boiskowych linii za pomocą…trocin, poszukiwania futbolówki.
„Odpowiednio wielka była radosna wrzawa, gdy w końcu futbolówka znalazła się na linii środkowej i nasi przeciwnicy rozpoczęli grę. Rychło też byli pod naszą bramką, zacentrowali z lewej flanki i Raydt, nasz długi jak tyka bramkarz, z najwyższym trudem zdołał uchronić Lipsk od wczesnej utraty gola. Teraz my przeszliśmy do kontrataku, ale podania z prawe flanki były za mocne. Aż prażanom w tłoku przed naszym polem karnym udało się zdobyć bramkę a my dopiero po serii gwałtownych ataków na połowę rywali, którzy w osobie Picka mieli niezawodnego bramkarza, wyrównaliśmy jeszcze przed przerwą”.
Mecz jak wynika z dalszej prowadzonej w sposób szczegółowy relacji, zakończył się rezultatem 7:2 dla zespołu z Lipska. Autorem jednej z bramek dla zwycięskiej drużyny był Brunon Staniszewski… „u nas nazywany po prostu Stany, już wtedy dał próbkę tego, co piłkarze polskiego pochodzenia zrobili z biegiem lat z niemieckiego futbolu. Ponieważ ja – pisze Grass – długo jeszcze pracowałem w naszym zarządzie, ostatnie lata jako skarbnik, i często bywałem na meczach wyjazdowych, widziałem też jeszcze Fritza Szepana i jego szwagra, Ernsta Kuzorrę, a więc „wirówkę” Schalke, i oglądałem wielkie triumfy tej drużyny, mogę śmiało powiedzieć, od meczu mistrzostwo w Altonie z niemieckim futbolem było coraz lepiej, miedzy innymi dzięki zapałowi do gry i bramko strzelności zniemczonych Polaków”.
Akurat o Schalke 04, tym klubie z Gelsenkirchen w Zagłębiu Ruhry, w którego barwach gra dziś z powodzeniem gdańszczanin Tomasz Wałdoch, nie od dziś wiadomo, ze został on powołany do istnienia przez …Ślązaków, zarobkowa emigracje z polskiego Śląska.
Rok 1936 był pamiętny olimpiadą w Berlinie. Grass spogląda na nią ze swoistej perspektywy – obozu pracy w podberlińskim Sachsenhausen. Przez obozowe megafony docierają strzępki radiowych transmisji, zarówno z uroczystości otwarcia olimpiady, gdy na trybunach zasiadła „jeden w drugiego międzynarodowa śmietanka”. Bowiem „młodzież świata” jak pisze Grass, była wystarczająco zainteresowana sobą „(…) w trakcie olimpiady nie dało się całkowicie uniknąć parominutowych spontanicznych zbliżeń miedzy więźniami a strażnikami, na przykład kiedy student z Lipska Lu(tz) Long w skoku w dal toczył emocjonujący pojedynek z amerykańskim zwycięzcą na sto i – trochę później – dwieście metrów czarnoskórym Jesse Owensem, który ostatecznie wygrał , bijąc rekord olimpijski wynikiem osiem metrów i sześć centymetrów. Rekord świata, osiem trzynaście i tak należał do niego. Ale ze srebrnego medalu Longa cieszyli się mimo to wszyscy stojący w pobliżu radia: dwaj podoficerowie SS, którzy mieli opinie okrutników, zielony kapo, który pogardzał nami, politycznymi, i szykanował przy byle jakiej okazji , i ja średniego szczebla działacz KPD (…) Podobno Hitler raczył uściskać dłoń kilkakrotnie zwycięskiego Murzyna i być może ów fakt spowodował krótkotrwałe zbratanie (..) Tylko pocztą pantoflową dowiedziałem się
O pechu naszych dziewcząt, które w finale sztafety cztery razy po sto metrów na jednej ze zmian zgubiły pałeczkę. A kiedy Olimpiada się skończyła , nie było już żadnej nadziei”.
W czasie wojny zachodził Grass na nowo otwarty we Wrzeszczu „Adolf Foster Stadion?”. A może był naocznym świadkiem tego , inaugurującego stadion we wrześniu 1943 roku meczu piłkarskiego Pommern kontra Schlesien? W reprezentacji Śląska wystąpił wówczas, zapowiadający się na wielkiego gracza, niewysoki Gerhard Cieślik. Strzelił nawet Pomorzakom jedna z pięciu zaaplikowanych im w tym spotkaniu bramek. Cztery pozostałe były autorstwa Roberta Gronau. Późniejszego, już po wojnie, znanego w barwach Lechii Gdańsk jako Robert Gronowski. A może wziął Grass udział, jako chłopiec, uczeń polskiego „Conradinum”, w jednym ze spędów, wieców politycznych, Parteitagow, jakie na tym stadionie z udziałem BDM (Bund Deutsche Maedel, Związku Niemieckich Dziewcząt) oraz „Hitlerjugend” (Młodzieży Hitlera) bywały tamtą porą organizowane…
Potem była wojna, czas wysiedlania z Gdańska jego rodziny – on sam przebywał w amerykańskim obozie, dokąd trafił wprost z wojsk pomocniczych Luftwaffe – powojenna poniewierka. Nastał rok 1954. Rok mistrzostw świata w piłce nożnej w Szwajcarii.
„Co prawda nie byłem na meczu w Bernie, ale przez radio, które owego dnia w moim monachijskim domu studenckim było oblegane przez nas młodych, ekonomistów, przeżywałem jednak dośrodkowanie Schaefera na węgierskie pole karne (…) wydaje mi się, że widzę, jak Helmut Rahn, którego wszyscy nazywają „Bossem” w biegu przejmuje piłkę. Teraz strzela w biegu, nie, ogrywa dwóch przeciwników, którzy rzucają się do niego, mija kolejnych obrońców i z odległości dobrych czternastu metrów lewą nogą posyła bombę w lewy róg bramki. Nie do obrony dla Grosicsa. Sześć czy siedem minut przed końcem: 3:2. I Węgrzy atakują. Po podaniu Kocsica na miejscu jest Puskas. Ale bramka nie zostaje uznana. Nie pomagają protesty. Major honwedów był jakoby na spalonym”. Być może to pod wpływem tej sytuacji Grass napisał swój wiersz „Nocny stadion”, kończący się frazą „lecz sędzia zagwizdał spalony”..
Rok 1974. Grass, już po raz ostatni w „Moim stuleciu”, pisze o sporcie. Tym razem bierze na swą pisarską tapetę mistrzostwa świata w piłce nożnej rozgrywane na terenie RFN. „I oto byłem w rozterce, kiedy 22 czerwca na hamburskim Volksparkstadion, w obecności przeszło sześćdziesięciu tysięcy widzów rozpoczął się mecz NRD – RFN” Zakończył się on, jak pamiętamy, po golu Juergena Sparwassera, wygraną NRD 1:0.
„nikt by się we mnie nie domyślił kibica piłkarskiego – napisał Grass. – Do tej pory nie wiedziałem, ze Jurgen Sparwasser grał u nas z powodzeniem w barwach Magdeburga”. Już tylko w sposób zdawkowy Grass zauważył, że to wtedy właśnie przeżył swoje największe wzruszenie, nie wówczas, „kiedy to Polacy w deszczu przypominającym potop rozegrali fantastyczny mecz”…
Już nie napisał o sporcie w swej książce nic ponad to, o czym tu już napisano. Śledził zapewne, z pewnego oddalenia, karierę piłkarską swego syna Franza. Zapowiadał się na świetnego piłkarza . Przedwcześnie, z powodu kontuzji, zakończył swą karierę. Słowo więc tylko o tej Grassa latorośli. Jest jego bliźniaczym – drugi z braci ma na imię Raoul – synem. Imię nosi po swoim wuju, bohaterskim obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku. Po Kaszubie, polskim podreferendarzu Franciszku Krause, który wraz z innymi pocztowcami z Heveliusplatz został rozstrzelany na Zaspie w r. 1939. Grass ochrzcił go imieniem swego wuja. A gdy zakończył on piłkarską karierę, zaczął bywać na meczach klubu SC Freiburg, stając się szalikowcem tej prowincjonalnej drużyny, która już drugi sezon z rzędu występuje w niemieckiej Bundeslidze.