Kartka z Trinakrii – JANUSZ TERMER

Kto nie widział Sycylii, ten nie rozumie Włoch. Tu  jest klucz do wszystkiego.
Johann Wolfgang Goethe

Sycylia jest metaforą.
Leonardo Sciascia

szczyt Pellegrino

Janusz Termer

Kartka z Trinakrii

I.

W późne, bardzo jeszcze słoneczne i upalne popołudnie pierwszego dnia trzeciej dekady września – po dwu zaledwie godzinach, z kawałkiem, monotonnego lotu z Warszawy – patrzę podekscytowany przez okienko czarterowego Boeinga na Zatokę Palermiańską. Objawiającą się zrazu powoli, wynurzającą się jakby z niebytu połykanych przez samolot powietrznych i morskich  przestrzeni. Potem widać ją coraz wyraźniej ukazującą się w coraz większym przybliżeniu, w pełnej krasie… Widzę płaski cypel wbijający się głęboko w morze, osłaniający stary port La Cala i współtworzący tę zatokę, zwaną też Złotą Muszlę (Conca d’Oro). Słynną tak ze względu na jej kształt mocno przypominający morską muszlę, jak i jej niezwykle malownicze położenie: wpasowanie w rozległą, otwartą na południe dolinę znaną ze swej bujnej dzikiej południowej roślinności, jak i upraw rolnych (winnice) oraz z licznych historycznych zabytków rozlokowanych w samym mieście oraz wokół panujących nad Palermo stromych, porośniętych egzotyczną zielonością skalistych zboczy panujących nad całą okolicą potężnych wzgórz; od zachodu Monte Pellegrino i od wschodu Monte Griffone…

Myślę sobie, że gdyby tak – po ponad dwustu latach – widok ten dzisiejszy zobaczył wielki Johann Wolfgang von Goethe, badacz natury, znawca minerałów, subtelny poeta i miłośnik greckiej starożytności, przebywający w Palermo, wiosną 1787 roku, przy okazji swej włoskiej podróży, byłby nim niewątpliwie ogromnie zdumiony i nieźle zbulwersowany. Owszem, oba te wzgórza stoją jak stały, a wody Conca d’Oro też pięknie przy małym wietrze falują i połyskują srebrzyście w jasnym popołudniowym słonecznym świetle. Stare budowle historyczne z różnych epok, słabo widoczne z góry, mimo dość niskiego lotu Boeinga podchodzącego do lądowania na lotnisku Aeroporto Punta Raisi (ok. 30 km od Palermo), również znajdują się zapewne na swoich dobrze ukorzenionych i dawno spatynowanych przez czas miejscach. Jak imponująca swymi rozmiarami normańska Katedra (Il Duomo) oraz były klasztor benedyktynów (tu słynne krużganki w stylu arabskich architektów, 228 par kolumn z niepowtarzającymi się wzorami) z czasów panowania Wilhelma II (1168-1180) na pobliskim wzgórzu Monreale (Ela i Andrzej Banachowie w swej Podróży na Sycylię, 1971) nie mogą wybaczyć Goethemu, że tego wówczas nie zauważył). Jak potężna Katedra i królewska siedziba Normanów – pałac króla Rogera II, pierwszego władcy królestwa Sycylii, w centrum miasta (a w nim Cappella Palatina, jedno z najsłynniejszych rozwiązań architektonicznych i zdobniczych w Europie) i wiele, wiele innych niezwykłości, przywołujących na pamięć różne epoki w sztuce i wydarzenia dziejowe rozgrywające się na Sycylii; wojny, podboje oraz panowanie Fenicjan, Kartagińczyków, Greków, Rzymian, Bizantyjczyków, Arabów, Normanów, Niemców, Francuzów, Austriaków czy Hiszpanów….

Kochani – pisze Goethe w swej relacji – za pośrednictwem tego arkusika chciałbym podzielić się z wami, ile to tylko możliwe, największą radością; ma on przekazać wam coś nieporównywalnego – bezmiar wody zamkniętej w zatoce. Potem samo miasto, gdzie wszystkie domy zwrócone są oknami ku morzu…  Architektura w zasadzie taka jak w Neapolu, ale pomniki publiczne, np. fontanny, są w jeszcze gorszym guście. Brak tu, inaczej niż w Rzymie, owego ducha sztuki, który ustanawia wzorce. O istnieniu i kształcie dzieła sztuki stanowi czysty przypadek. Nie byłoby zapewne fontanny [na Piazza Pretoria przed Palazzo Municipale], którą podziwia cała ludność wyspy, gdyby nie to, że na Sycylii znajdują się złoża pięknego kolorowego marmuru, i gdyby pewien rzeźbiarz, specjalizujący się w rzeźbieniu figur zwierzęcych, w tym właśnie czasie nie cieszył się wielkim powodzeniem… Podobnie jest z kościołami. Jezuickie zamiłowanie do przepychu zostało tu przelicytowane, ale nie świadomie, z zamierzenia, lecz dzięki przypadkowi; jak gdyby jakiś współczesny rzemieślnik, rzeźbiarz figur i ornamentów, złotnik, lakiernik, kamieniarz pracujący w marmurze, postanowił bez ładu i składu popisać się swoimi umiejętnościami” (Podróż włoska, PIW, 1980, tłum. I przypisy Henryk Krzeczkowski, seria Podróże pod red. Pawła Hertza).

Ależ przecież to dzisiejsze Palermo musiałoby się bez wątpienia wydać Goethemu jakieś takie zupełnie inne od wtedy ujrzanego, bardzo zmienione, mało przyjazne, obce wręcz temu, które wtedy zobaczył przybywszy statkiem pocztowym z Neapolu… Owo miasto pochodzących z różnych epok wspaniałych i bogatych kościołów, klasztorów oraz pałaców najeźdźczych władców przybywających tu ze wszystkich stron świata. Miasto starych wielkopańskich feudalnych siedzib i domków rybackich i innych bieda-domostw „tubylców”, rozciągnięte od zakamarków małych zatoczek i przylądków wybrzeża w głąb lądowej doliny. Miasto pnie się teraz coraz wyżej i wyżej, hen, aż po górskie zbocza; pełne obecnie kolejnych, rozrosłych niebywale, narośli jakichś nowych, obcych w tym starym krajobrazie dawnych historycznych pamiątek przeszłości i willowych ogrodów. Poprzetykane są one obecnie rzucającym się w oczy całym mnóstwem wysokich i dużych peryferyjnych budowli, charakterystycznych dla owych typowych nowoczesnych osiedli mieszkalnych, jakichś składów magazynów przemysłowych o dachach z falistej blachy, wielkoformatowych banerów reklamowych… I Bóg jeden wie, jakich tam jeszcze „dzikich” przestrzeni dzisiejszej cywilizacji miejskiej. Jednym słowem, Palermo stało się jakieś takie ogromniaste, banalnie zwyczajne, chyba mało przytulne nie tylko jak na kurort, bo z szerokimi arteriami i trasami szybkiego ruchu, ulicami zapchanymi samochodami, turystycznymi i miejskimi autobusami, chodnikami wypełnionymi eleganckimi kioskami i zwykłymi straganami handlowymi z owocami, przelewającymi się w wszystkie strony potokami wiecznie zaaferowanych ludzi, tłumem spacerowiczów, wesołej (początek roku szkolnego) i rozbrykanej, jak wszędzie dziś na świecie, młodzieży…

II.

Chyba nie dla samego tylko Goethego, a i dla wszystkich dawnych podróżników, zdążających tu od wieków z całego świata, a bywali tu i wielcy spośród pisarzy polskich, bo i Adam Mickiewicz, i Zygmunt Krasiński, i Jarosław Iwaszkiewicz, byłby to dla nich widok chyba również zaskakujący i trudny do zaakceptowania. Tak jak dla znanego, jeszcze z końca XIX wieku, krakowskiego miłośnika włoskich starożytności, profesora Michała Wiszniewskiego, którego Podróż do Włoch, Sycylii i Malty czytałem przed laty (wznowioną w 1982 roku, też w owej, nieistniejącej już obecnie niestety, PIW-owskiej serii Podróże). Dzisiejsze Palermo pełne jest bowiem teraz „normalnej” miejskiej zabudowy, jakiej nie powstydziłby się – dajmy na to – Radom, warszawski Ursynów oraz przedmieścia wielu innych włoskich i europejskich miast (z Berlinem na czele). Całe to Palermo dzisiejsze –  poza ścisłym zabytkowym centrum – stało się zbiorowiskiem pełnym owych „klasycznych” już dla XX-wiecznej architektury miejskiej, wyrastających z nazbyt opacznie chyba pojmowanej idei Le Corbusiera. Jest dużym składowiskiem przypadkowych budynków: chaotycznie rozrzuconych owych mieszkalnych „mrówkowców”, blokowisk i wieżowców oraz fabrycznej przemysłowej infrastruktury, postindustrialnej już zapewne, kłopotliwej dla jego mieszkańców i włodarzy. Stało się przez to obszarem pozbawionym jakiejkolwiek myśli architektonicznej, co mocno kłuje w oczy i dzisiejszego przybysza zwabionego wielką dawną sławą i chwałą owej palermiańsko-sycylijskiej, wielce dumnej, często chmurnej (i okrutnej) i ginącej w pomroce dziejów tajemniczej parotysięcznej przeszłości. I to wszystko w tymże Palermo,  w miejscu – horribile dictu –  gdzie znaleźć można drogi i ulice wytyczane dwa i pół tysiąca lat temu, jeszcze przez Fenicjan (dzisiejsza Corso Vittorio Emanuele), które, nadal na szczęście, nie zmieniły specjalnie swego położenia, choć same, rzecz jasna, zmieniły się bardzo…

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Tak – słyszę od razu potem od naszej wycieczkowej przewodniczki, już w autobusie wiozącym nas z lotniska zatłoczonymi ulicami Palermo, przechodzącymi płynnie w dobre (trzeba przyznać) autostrady, do hotelu Le Sabbie d’Oro na cyplu Santa Lucia, w odległym o 60 km starym i pięknym miasteczku Cefalu) – te szpetne blokowiska i mieszkalne mrówkowce, to niechlubne dziedzictwo działalności słynnej i groźnej sycylijskiej mafii, która lokowała tutaj, w stolicy Sycylii swoje „nadwyżki finansowe”, czyli „prała” po prostu brudne pieniądze. Dodajmy od razu, że wspominał już zresztą o tym Jarosław Iwaszkiewicz w swej Książce o Sycylii, wydanej jeszcze w latach 50. ubiegłego stulecia (co nota bene odcisnęło na niej swoje piętno; pisarz na serio tłumaczy w niej swój wcześniejszy brak zainteresowania problemami życia społecznego na Sycylii, nad które przedkładał kiedyś przeżycia czysto historyczne, artystyczne i estetyczne!). Dodajmy, że Iwaszkiewicz w 1980 roku, podczas swej ostatniej podróży włoskiej, odebrał nagrodę pobliskiego Mondello, co opisał towarzyszący mu wtedy Eugeniusz Kabatc w książce Pogoda burzy nad Palermo, 1999). Tak czy owak, sprawa zmian ostatnich dziesięcioleci, jakie zaszły w krajobrazie Palermo i jego najbliższego toczenia, jest więc nie taka znowu nowa, bo jak słyszę, jest bulwersująca od dawna także i dla samych mieszkających tu i teraz Sycylijczyków. Nowe władze miejskie próbują w ostatnich latach, zwłaszcza w nowym Tysiącleciu, coś z tym fantem zrobić, ale rzecz nie jest jak powszechnie wiadomo przecież ani prosta, ani łatwa. Mają swoje koleje losu (fata) książki, mają je i miasta… Cóż, przerobić Palermo na jeden wielki „skansen historyczny” na pewno się już nigdy nie da, bo i prawie nikt nie byłby  tym zainteresowany. Przecież to dziś olbrzymie, niebywale wzdłuż morskiego wybrzeża i wszerz doliny rozrosłe, grubo ponad 700-tysięczne miasto (plus liczni turyści z całej Europy i świata) oraz wielki port morski, rozległy węzeł kolejowy i pobliskie lotnisko…

III.

Wyobrażam też sobie od razu teraz minę księcia Fabrizia Saliny, bohatera wybitnej włoskiej (i ważnej europejskiej także) powieści Giuseppe Tomasiego di Lampedusy (1896-1957) Lampart, wydanej pośmiertnie w 1958 (którą Louis Aragon nie zawahał się nazwać „jedną z wielkich powieści wszystkich czasów”; zresztą znanej też, jak wiadomo, z niezłej –  w stosunku do literackiej subtelności pierwowzoru –  adaptacji filmowej Luchino Viscontiego, 1963). Cóż by zatem powiedział, gdyby dane mu było zobaczyć teraz tę tę swoją dawną książęcą domenę, niezmienioną w jego epoce nazbyt wiele od czasów panowania króla Rogera, a tak niebywale odmienioną w ciągu jednego niepełnego stulecia! Nawiasem mówiąc, tych rozdrobnionych książęcych domen było już w końcu XVIII wieku na Sycylii, jak chyba w żadnym innym kraju na świecie, blisko 150, nie licząc siedzib innych prominentnych rodzin wyższej szlachty (diuków, markizów, hrabiów)! Palermo, owo dawne miasto arystokratyczne, królewskie i klasztorne, teraz tak odmienione i rozległe, rozbuchane ponad wszelką miarę, cierpiące na typowe przywary i choroby wielkich skupisk miejskich, zatłoczenie i hałas, a nadto spowite nasilającym się latem miejskim smogiem. Zaglądam do tekstu polskiego, poręcznego formatu przekładu powieści Lampedusy, którą przezornie zabrałem do plecaka. Sięgam do tej początkowej sceny wyjazdu księcia ze swego wspaniałego pałacu, zdążającego karetą w stronę miasta – do swej młodej ponętnej plebejskiej kochanki Marianniny – w kierunku  miejsc ogarniętych już wyraźnie wyczuwalnym wrzeniem powstańczym, bo rzecz dzieje się tuż na parę dni przed wkroczeniem „Czerwonych Koszul” Giuseppe Garibaldiego (a w ich szeregach był, jak wiadomo, m. in. Marian Langiewicz, późniejszy dyktator powstania styczniowego i bohater powstania listopadowego Konstanty Ordon, omyłkowo uśmiercony przez  Mickiewicza w Reducie Ordona). Na marginesie warto przypomnieć, że w historii sycylijsko-polskich kontaktów zapisali się mocno bracia, znani i z naszej XIX-wiecznej historii, Mierosławscy: Adam Piotr był był admirałem floty sycylijskiej podczas rewolucji 1848-1849, a Ludwik dowodził kampanią w 1849 roku…

Tymczasem, w owym maju 1860 roku, na zboczach wokół Conca d’Oro płoną już nocą ogniska rozpalane przez oddziały rebeliantów Garibaldiego. Zapowiadają one wszystkim mieszkańcom Palermo, niezależnie od ich stanowego statusu, rychły i niechybny koniec, jak mają w większości nadzieję, starych ciągle jeszcze feudalnych społecznych porządków. W oczach księcia Fabiizzio Saliny ogniska te „Wyglądały jak światła palące się nocą w pokojach konających ludzi…”. Ten przedstawiciel chylącego się do upadku starego arystokratycznego rodu, tak dumny ze swego normańskiego pochodzenia, prawdziwy Sycylijczyk „oddający się rozmyślaniom nad ruiną swego środowiska i swego majątku, nie zdradzając przy tym najmniejszych skłonności ani ochoty, by zacząć działać i jakoś temu zaradzić”. A przy tym zdolny matematyk i astronom amator z sukcesami naukowymi, mądry, cyniczny i stary szczwany lis, doskonale bowiem wiedział w czym rzecz. Podzielał opinię i poglądy swego faworyzowanego pośród rodziny, młodego siostrzeńca Tancreda, zwolennika nieodwołalnie nadciągającej republiki, tej z trójkolorowym sztandarem. Owego bystrego i rozgarniętego politycznie nad podziw młodzieńca, którego zresztą książę wspierał w tym dziele także finansowo (był nie tylko  latyfundystą, ale i właścicielem kopalni siarki), gdyż jak i on wiedział doskonale (jak chyba zresztą każdy zakulisowy „macher” rewolucyjny, jak każdy polityczny koniunkturalista z dowolnej epoki), że Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko się musi zmienić”.

Wiem, nadaremno wypatruję tej wąskiej wiejskiej polnej drogi wiodącej z pałacu w fikcyjnej Donnafugacie do pobliskiego Miasta oraz śladów kół staroświeckiej karety wiozącej księcia don Fabrizio Salinę wraz z jego – jako obyczajową przyzwoitką i przykrywką – pałacowym rodzinnym spowiednikiem, ojcem Pierrone. Ale też wiadomo skądinąd (ze wspomnień autora), że ta droga istniała naprawdę i prowadziła z realnej posiadłości Lampedusów w Santa Margherita di Belicea do pobliskiego Palermo. Wielka literatura tym się między innymi odznacza, że fikcja literacka ma ma w niej zawsze wsparcie w historycznej i materialnej rzeczywistości… Podczas tej krótkiej podróży karetą przodek (dziadek) autora Lamparta, książę Fabizio Salina dokonuje politycznego i osobistego, bardzo znamiennego swoistego rachunku sumienia.. Wszak, jako racjonaliście, astronomowi, badaczowi i znawcy odległych gwiazd, dolega mu boleśnie potrzeba ustępstw wobec panujących wtedy powszechnie na Sycylii średniowiecznych niemal jeszcze, anachronicznych porządków klasowych (mimo częstych prób reform takich jakie zapowiadały jeszcze pamiętne „Sycylijskie nieszpory” z 1282 roku, wraz z osnutą na ich kanwie operą Giuseppe Verdiego, 1855). Ustępstw wobec nadal dominujących obyczajowych przesądów i zakłamania, w tym jakże przykra mu potrzeba liczenia się z dominacją klerykalizmu, powszechnych przejawów bigoterii wśród ludu. Radził sobie z tym jakoś po swojemu, z humorem i wielkopańską ironią rozmawiając z ojcem Pierrone, myśląc o walczących w nim teraz „grzesznych” pokusach ciała (ba, zarazem podsycając je tym niebywale). Ale jak starzejący się książę Salina trzeźwo widzi sytuację zewnętrzną i konieczność zmian na Sycylii, wyczytać można z takiego choćby fragmentu utworu: „Droga biegła teraz lekko w dół i widać było już z bliska Palermo pogrążone w zupełnym mroku. Niskie, ściśnięte jeden przy drugim domy były przytłoczone kolosalnymi budynkami klasztornymi, które trudno by nawet zliczyć. Stały one często grupami po dwa, po trzy, klasztory męskie i żeńskie, klasztory bogate i klasztory biedne, klasztory arystokratyczne i klasztory gminne, klasztory jezuitów, benedyktynów, franciszkanów, kapucynów, karmelitów, teatynów, augustianów… Wznosiły się nad nimi wyblakłe kopuły o niepewnych, jakby zapadniętych wypukłościach, przypominające opróżnione z pokarmu piersi; ale właśnie owe klasztory dodawały miastu ponurego blasku, stanowiły o jego charakterze, były jego ozdobą i zarazem piętnowały je powiewem śmierci, którego nigdy nie umiało rozproszyć nawet jaskrawe sycylijskie światło” (Tomasi di Lampedusa Lampart, PIW, 1967, tłum. Zofia Ernstowa).

IV.

Do sycylijskiego światła i nielitościwego słońca, o którym pisał już przebywający dwa tysiące lat temu na Sycylii, słynny i nieustraszony pogromca spisku Katyliny Cyceron, że jest tutaj ono zawsze, „niezależnie od stanu nieba”, i które jest też „prawdziwym władcą” tej krainy (jak dodawał autor Lamparta), do czego przyjedzie może jeszcze wrócić. Ale teraz trudno opędzić się przed pewnym literackim skojarzeniem, a mianowicie z widzeniem… polskiej małomiasteczkowej rzeczywistości przedrozbiorowej, tak sugestywnie pokazywanej przez naszego znakomitego pisarza i oświeceniowego biskupa – Ignacego Krasickiego w Monachomachii. W owych smagnięciach niebywale sugestywnych satyrycznych strof (klasztorów dziewięć, bram cztery ułomki i gdzieniegdzie domki…). Warto też zwrócić przy okazji uwagę na fakt, jak zmienne wahadło historyczne na Sycylii wychyliło się obecnie pod tym względem w swe drugie, skrajne położenie, dodajmy, że nieoczekiwane przez księcia Saliną, ani tym bardziej przez ojca Pierrone. Oto dziś kościoły i klasztory sycylijskie, te co bardziej okazałe i zasobne w dzieła sztuki, pełnią obecnie głównie funkcję „muzealnych pamiątek”, świadectw burzliwej, złożonej niebywale i barwnej przeszłości wyspy, jak wiadomo wyspy o tyleż realnym historyczne, co i mitycznym rodowodzie. To przecież dopiero sam Zeus po długiej walce pokonał żelaznym sierpem największego z największych potwora wszystkich czasów, Olbrzyma Tyfona i przywalił go w morskiej wodzie wyspiarską Sycylią… O czym pamięć tutaj nie całkiem zaginęła, bo potwór ten – w mitycznej (archetypicznej) pamięci mieszkańców – daje jeszcze czasami znać o sobie potężnymi (jak choćby tamto z 1783 roku) trzęsieniami ziemi i niszczycielskimi wulkanicznymi wybuchami Etny (wielka 45 miast, 60 tysięcy ofiar śmiertelnych, w tym zagłada Katanii w 2/3, w roku 1669), a i dziś jak wiemy nie próżnuje!

Prawda, przecież istotnie „Sycylia jest metaforą”.  I to nie tylko zresztą „metaforą” dziejów samej wyspy, ale i historii południowych Włoch i całej Italii, a i bez specjalnej przesady dodać można by śmiało –  że i jako zwornik („pępek”) – całej europejskiej kultury i cywilizacji („gramatyki cywilizacji”), łączącej i rozwijającej idee polityczne, religijne, ekonomiczne, społeczne, wyrastające z dziejów politycznych i symbolicznej kultury basenu Morza Śródziemnego, z jej „długiej perspektywy trwania”. O czym, tak pasjonująco, obrazowo i przekonująco pisze wybitny francuski historyk XX wieku Fernand Braudel, zwany „księciem historyków”, w swym wielkim, odkrywczym i jakże ważnym dla rozumienia i naszej dzisiejszej europejskiej rzeczywistości dziele – Morze i świat śródziemnomorski w epoce Filipa II (tom 1 i 2, wyd. pol. 1976-1977, wznowienie 2002). Dziele tak potężnie przecież strukturalnie i „totalnie” zbudowanym, „drobiazgowo” udokumentowanym, realistycznym (i fantastycznym zrazem w odbiorze), którego autor – jak na „późnego wnuka” pozytywistycznego socjologa i filozofa Hipolita Taine’a przystało – obdarzył nas księgą prawdziwie wieloaspektową i wielostronnie dociekliwą pod każdym względem (nawet np. geograficzno-klimatycznym).

V.

Zgadzam się ze zdaniem Eli i Andrzeja Banachów, że Paryż można odwiedzać bez znajomości jego historii, ale nigdy Sycylii bez znajomości jej dziejów! Fakt pozostaje jednak faktem – wyspa ta jest i dla wielu współczesnych nadal „tajemnicza, bezlitosna, mściwa i przepiękna” (pisarz sycylijski Leonardo Sciascia w Dniu Puszczyka). A dorzucić by można jeszcze jedno określenie: „zmienna”. Oto Sycylia zwana niegdyś przez greckich zdobywców, od swego trójkątnego kształtu, Trinakrią (symbolicznie na starych monetach pojawiała się ona jako dziewczyna o trzech nogach!), zawsze w ciągu swych długich historycznych dziejów przyciągała i wchłaniała najeźdźców z ich wzajem przecież kontradykcyjnymi mitami, wzajem się wykluczającymi kulturami, obyczajami, politycznymi porządkami i religijnymi wyznaniami. Dziś i tutaj następuje wielka zmiana. Obecnie wiele z wielkich kultowych obiektów religijnych, katedr i kościołów normańskich, przerabianych niegdyś z muzułmańskich na chrześcijańskie, zmieniających swoje sakralne znaki, pozostaje nawet zamknięta na cztery spusty, zwłaszcza spośród  tych skromniejszych, mniej znanych, leżących na przedpolach dużych miast, chociaż to też najczęściej piękne budowle historyczne i zabytkowe dzieła sztuki architektonicznej. Jeszcze ponoć, jak słyszę, przed półwieczem tętniące życiem. Ba, doszło do tego, że dzisiejsza chrześcijańska Sycylia „importuje” – z powodu braku własnych kadr – księży ze świata, w tym i z Polski (poznałem nawet jednego z nich). A religijność jej mieszkańców, jak słychać zewsząd, staje się pod wpływem cywilizacyjnych przemian ogarniających tę naszą globalną wioskę coraz bardziej (trochę tak jak na Zachodzie i u nas) tylko raczej piękną teatralną i barwną dekoracją świąteczno-obrzędową, ludycznie ”karnawałową” i targowiskową (czyż nie było już tak, choć zapewne z innych nieco powodów, za czasów księcia Saliny, a może i wcześniej?), bo pozbawioną pierwotnych metafizycznych istotnych treści…

Sycylia ciągle się zmienia, modernizuje, szczególnie w ostatnich dziesięcioleciach XX wieku, gdy w coraz pełniejszym stopniu – mimo ciągle obowiązujących stereotypów o nieuchronnym cywilizacyjnym, gospodarczym i mentalnym zapóźnieniu wobec północnej Italii (zdaniem wielu północnych Włochów, w ogóle już poniżej Rzymu zaczyna się już Afryka) – staje się ona nieodrodną i ważną bardzo częścią tego kraju i Europy, także i pod innymi względami – społecznymi, politycznymi i ekonomicznymi (już w 1861 powstała tu kolej żelazna). To wszystko widać już teraz nawet gołym i nieuzbrojonym w narzędzia badawcze turystycznym okiem. Wbrew sceptycznie konserwatywnym i pesymistycznym poglądom księcia Saliny, który twierdził, że nigdy nie uda się połączenie Sycylii z „biegiem ogólnoludzkich dziejów”. „Iluż to muzułmańskich imamów – mówił – ilu rycerzy króla Rogera, ilu skrybów Hohenstaufów, ilu baronów andegaweńskich, ilu prawników Ferdynanda Katolickiego porywało się na to wspaniałe szaleństwo? A ilu wicekrólów hiszpańskich, ilu urzędników reformatorów Karola II? Kto by ich tam zliczył! A Sycylia wolała spać pomimo ich nawoływań”. Sycylia dziś już chyba nie śpi tak mocno jak kiedyś. Budzą ją te nowe i śmiałe zewnętrzne cywilizacyjne impulsy przeobrażające wyspę (może nawet zbyt daleko idące, jak na gust wielu gości szukających tu naturalnej „sielskości” i nieskażonej „starożytności”). A także idące z nimi w parze odkrycia nowych – poza wcześniej eksploatowanymi (jak marmury, srebro, asfalt czy siarka) – bogactwami naturalnymi (jak ropa naftowa, 1954, i gaz ziemny). Zawdzięcza je chyba  jednak przede wszystkim sobie samej, własnym – w najlepszym sensie tego słowa – lokalnym patriotom i reformatorom. Została obudzona, jakby na to nie patrzeć, z tego długowiecznego letargu i feudalnego snu przez jej obecnych mieszkańców, w tym i „ludzi nowych”, pozbawionych kiedyś dosłownie wszystkiego, objętych po wiekach wdrażanymi teraz – nie bez problemów rzecz jasna i rozlicznych „kosztów własnych” – nie tylko, jak kiedyś, formalnie (np. antyfeudalny kodeks i konstytucja uchwalona w czasach napoleońskich w 1812), nowymi systemami ogólnonarodowych i europejskich praw, reform społecznych, gospodarczych i oświatowych…

Czyż Sycylia i jej mieszkańcy nie zawdzięczają tego wszystkiego w znacznej mierze także swojej nadzwyczajnie bogatej w literackie talenty literaturze pięknej? Powstałym tu – lub na jej temat – wybitnym utworom sztuki słowa? Pisarzom, których ta, tak zawsze żyzna kulturowo ziemia, tak licznie wydała w XX wieku? Myślę, że tak jak my Polacy, tak wiele zawsze zawdzięczający swojej literaturze, czasu zaborów szczególnie, wielkim romantykom czy pozytywistom, tak Sycylijczycy są ogromnie wdzięczni i zobowiązani swoim wyrosłym na tej południowej glebie twórcom kultury; szczególnie wybitnym i znanym w świecie poetom i prozaikom (a i filmowcom także). Pochodzącym częstokroć z „obudzonych” z wielowiekowego snu warstw ludowych i ten lud sycylijski współ-wyzwalających z licznych zawirowań historycznego odmętu czy jeszcze na wpół feudalnej do XX wieku proweniencji zależności oraz wypływającej stąd swoistej wyspiarskiej mentalności i głębokich prowincjonalnych kompleksów,  nobilitując i wprowadzając go na karty literatury włoskiej, europejskiej i światowej.

Wędrując po wąskich uliczkach sycylijskich miast i miasteczek przypominam sobie o starych neorealistycznych i  komediowych filmach „sycylijskich” Vittoria De Siki (burmistrz z małego sycylijskiego miasteczka) czy całkiem już nowych, a na dodatek bardzo znakomitych, śmiałych psychologicznie i obyczajowo prześmiewczych filmach Giuseppe Tornatore (jak choćby jego niebywale poruszający wyobraźnię Cinema Paradiso), znanego także reżysera teatralnego (inscenizacje sztuk Pirandella), urodzonego po ostatniej wojnie światowej w nadmorskim miasteczku i kurorcie Bagheria koło Palermo. Oglądając teraz „na żywo” ich (filmową i literacką) sycylijską scenerię przypominam sobie i widzę jeszcze bardziej niż kiedyś wyraziście wagę i siłę owego „lokalnego kolorytu” –  istotną, jak nie przymierzając kiedyś w romantycznych powieściach szkockich Waltera Scotta – dla fabuły, złożonych życiowo losów, wyborów, zachowań i postaw bohaterów literackich utworów różnych epok z Sycylii się wywodzących pisarzy, ale i dzieł operowych – dawniej, czy filmowych – teraz…

Wielu z nich wyjeżdżało na zawsze z rodzinnych miast i sycylijskich wiosek. Osiedlali się w centrach kulturalnych Mediolanu, Rzymu czy Neapolu. Ale nigdy nie zapominali o swych rodzimych korzeniach. Dość wspomnieć o kilku znanych i z polskich przekładów wybitnych twórcach z przełomu XIX i  XX wieku. Należy do nich subtelny poeta, eseista i tłumacz Williama Szekspira (oraz nawet paru wierszy Adama Mickiewicza), noblista z 1959 r., Giuseppe Quasimodo (1901-1968), tak mocno zaangażowany w poetyckie tworzywo imaginarium rodzimej wyspy, w świat tradycyjnych mitów dzieciństwa,  odkrywający w nich z czasem świat szerszych znaczeń i wartości humanistycznych. Jak również, pochodzący z Katanii, prozaik Giovanni Verga (1840-1922), współtwórca sycylijskiej odmiany francuskiego naturalizmu (bliskiego prozie Emila Zoli), autentyzmu i literackiego weryzmu, ukazujący jak nikt przed nim świat plebejski, nieskłamany żadnym paternalizmem, „zacofany” chłopski świat owych „skrzywdzonych i poniżonych” warstw narodu skazanych na nędzną wegetację lub masową emigrację. Dzięki niemu nowy „duch czasu” wkroczył i do koturnowej, konserwatywnej opery włoskiej (i europejskiej). A to za sprawą Rycerskości wieśniaczej  – opowieści Vergi Cavaleria Rusticana (1880), wykorzystanej przez kompozytora Pietro Mascagniego  (bez zgody pisarza zresztą, acz proces o plagiat obu im tylko przysporzył rozgłosu) oraz innych utworów, m. in. powieści Rodzina Malavogliów (1881), według której Luchino Visconti nakręcił słynny film Ziemia drży (1948).

Wyobrażam sobie jak ważną rolę w tym dziele budzenia świadomości społecznej Sycylijczyków (i Włochów w ogóle) odegrać musiał – późniejszy literacki „uczeń” i  następca Vergi – Elio Vittorini (1908-1966), tłumacz literatury amerykańskiej (Caldwella i Faulknera), autor Sycylijskiej rozmowy (wyd. pol. 1984), o którym tak często wspomina Jarosław Iwaszkiewicz w swej Książce o Sycylii, jako tym pisarzu, który odsłonił mu widok na zakryte dotąd dla niego istotne egzystencjalne i polityczne problemy życia mieszkańców tej swojej skądinąd tak ukochanej wyspy!  Nie bez znaczenia zapewne był tu także wielki literacki dorobek noblisty (z 1934 roku) Luigi Pirandella (1867-1936), prozaika i wybitnego dramatopisarza, autora m. in. Sześciu postaci w poszukiwaniu autora czy Tak jest, jak się państwu zdaje, rewelatora, i reformatora włoskiego i światowego teatru, który napisał także kilka dramatów w dialekcie sycylijskim, a nawet podobno zawsze myślał i działał „po sycylijsku”. Ba,  podporządkował się posłusznie (a może z innych powodów?) wymogom miejscowej obyczajowości, gdy ojciec – właściciel kopalni siarki (miał więc pewnie „siarczyste”  argumenty dla syna artysty) – wezwał go do rodzinnego Agrigento (dawniej Girgenti i nakazał mu poślubić kobietę, której ten posłuszny syn przedtem nigdy nie widział na oczy!

Z ważnych sycylijskich pisarzy tworzących już po drugiej wojnie światowej przywołać tutaj muszę – poza wspominanym już wcześniej autorem Lamparta – Giuseppe Tomasim di Lampedusie – przynajmniej dwu jeszcze wybitnych prozaików. Pierwszy z nich, to człowiek i pisarz także wierny swojej wyspie (był radnym w Palermo i nawet pod koniec życia eurodeputowanym w Parlamencie Europejskim), Leonardo Sciascia (1921-1989), „sąsiad” można by rzecz Luigi Pirandella, bo urodzony niedaleko Agrigento w pobliskiej miejscowości Raclamuto (można tam obejrzeć jego pomnik stojący na chodniku jednej z uliczek tego miasteczka!). Autor, dość dobrze znany także i w Polsce, twórca niekonwencjonalnych, współczesnych w realiach powieści i opowiadań obyczajowo-społecznych, utrzymanych w aurze sensacyjnej i kryminalnej narracji, z wielką polityką i mafią w tle: Dzień puszczyka (wyd. pol. 1967), Każdemu, co mu się należy (od mafii), wyd. pol. 1979, Todo modo (wyd. pol. 1977), L’affaire Moro (1978) czy Zniknięcie Majorany (wyd. pol. 1985). Sciascia uważał jednak, wbrew utrwalonym potocznym przekonaniom, wbrew różnej maści „sensatom” i medialnym zwłaszcza opiniom, że sycylijska mafia – niechlubne, niechciane i zbrodnicze dziecko wyspy – wcale nie stanowi o „naturze” tej wyjątkowej krainy, a jest tylko przejściowym wynaturzeniem specyficznych okoliczności historycznych i dolegliwą chorobą, z którą można walczyć i wygrać kiedyś tę wojnę…

Corleone

Drugi z nich, to Giuseppe Bonaviri, pisarz bardzo swego czasu popularny na Sycylii i we Włoszech (oraz dobrze znany i ceniony we Francji), znany w Polsce tylko z jednego tomu wczesnych debiutanckich opowiadań, napisanych jeszcze w latach 50., zdaje się podzielać te opinię, bo w jego Opowieściach sycylijskich (wyd. pol. 2002, tłumaczenie i wstęp Eugeniusz Kabatc), nie ma nawet ani jednego słowa o tej groźnej społecznej chorobie. A  pisarz ten zapewne wie co mówi, bo urodził się tam na początku minionego stulecia, w górzystej część Sycylii (między Syrakuzami a Katanią), w ubogiej i skromnej rodzinie chłopskiej. Teraz, gdy nieśmiało pytam tutejszych o Cosa Nostrę, tylko się tajemniczo uśmiechają. Chętnie natomiast opowiadają o Ojcu chrzestnym, to że mieszkańcy miasteczka Corleone, rozsławionego  przez ten głośny „mafijny” amerykański film Francisa Coppoli z Marlonem Brando według prozy Mario Puzo, do dziś bardzo żałują, że swego czasu odmówili jego twórcom prawa do kręcenia tutaj zdjęć (wybrano inne bardzo podobne, typowe sycylijskie miasteczko). Młody Bonaviri dobrze wykorzystał otwierające się tam już wtedy ścieżki społecznego awansu. Odbył studia i praktyki medyczne w Katanii, acz potem – wzorem wielu pochodzących z Sycylii pisarzy – zamieszkał na Półwyspie (we Frosinone koło Rzymu). Pisarz ten stworzył ze swojej zapyziałej cywilizacyjnie rodzinnej wiejskiej krainy, jak napisał jeden z włoskich krytyków, „pępek świata”. Inny zaś słynny pisarz włoski, Italo Calvino, autor fantastycznych i surrealistycznych opowieści (Ścieżka pajęczych gniazd, Baron drzewołaz, Rycerz nieistniejący) dodawał, że w utworach Giuseppe Bonaviriego mamy do czynienia z „Sycylią wszystkich czasów”. A przywoływany tu już „realista”, Elio Vittorini, dostrzegał w nich nawet „zaskakująco udany” odblask arabskich baśni Tysiąca i jednej nocy.

Był też i inny jeszcze pisarz – Danilo Dolci, poeta i prozaik (ur. w 1924 daleko stąd, bo aż koło Triestu, zm. w 1997), który przybył w wieku dojrzałym na Sycylię, gdzie osiadł na stałe (Palermo i Trappeto), na dobre i na złe…  Zaangażował się bowiem w reformatorską działalność społeczną, ekonomiczny rozwój regionu, obronę praw biedaków i ludzi pracy najemnej, tak głęboko i mocno, że uwielbiany przez swoich „podopiecznych”, stanął na drodze wszystkim miejscowym możnym: hierarchii kościelnej (ekskomunikowany jako żarliwy katolik), administracji (policyjny nadzór), a nawet samej mafii (strzelano do niego wielokrotnie). Można o tych, głośnych zresztą swego czasu w całym świecie, zmaganiach Dolci’ego z przejmująco twardą sycylijską rzeczywistością poczytać także po polsku, w wydanym przez Iskry w 1974 wyborze z jego dzieł Sycylia od środka (tłum. Aleksander Konicki, wstęp Franciszek Król). Tak to się tu wszystko plecie na tym tak pięknym Sycylijskim świecie!

VI.

Nadszedł jednakże, po dwutygodniowym pobycie – po zaledwie muśnięciu i dotknięciu Sycylii – nieuchronny moment powrotu. Po obejrzeniu, omijającym na szczęście te najbardziej znane, opisane i opatrzone turystyczne miejsca, jak Etna i Taormina, wielokrotnie opiewane zabytki sztuki antycznej, jak Erice, Selinunt czy Syrakuzy (tu z ręki żołdaka rzymskiego zginął Archimedes), po krótkim plażowaniu i kąpielach „u wód” w cieplutkim Morzu Tyrreńskim (choć piasek bałtyckiej plaży pozostaje i tak bezkonkurencyjny!) w okolicach Cefalu, owym grecko-arabskim, otwartym na morze miasteczku powstałym, bagatela, w IV wieku p. n. e.  u stóp potężnej skały La Rocca. Tu, w jednej z najpiękniejszych sycylijsko-romańskich katedr, z dwiema potężnymi wieżami  (Il Duomo) po bokach głównej fasady, bazylice ufundowanej przez bohatera opery Karola Szymanowskiego, króla Rogera II, w podzięce za uratowanie mu przez mieszkańców życia po rozbiciu okrętu, znajduje się słynna bizantyjskiej roboty mozaika z 1148 r., tak podziwiana przez Iwaszkiewicza, ukazująca oblicze Pantokratora, patrzącego przenikliwie i srogo na ludzi, na ten odwieczny kołowrót spraw człowieczych…

Po krótkim  – za krótkim – przewędrowaniu (autobusem, pociągiem i najprzyjemniej per pedes apostolorum) przez różne mało raczej znane zakątki Sycylii, w tym i terytoria także rzadko odwiedzanego górskiego interioru, jak będąca od niedawna parkiem narodowym kraina Madonie, z jej przyklejonymi do stromych zboczy wioskami i miasteczkami, zamkami i katedrami – Lascari, Gratteri, Castelubono, Gibilmanna oraz górującym nad nimi szczytem Pizzo Carbonara, 1977 m. nad poziomem morza, a więc wyższym nieco niż nasz Giewont, acz wszystko to, czyli góry i doliny w kolorystycznej tonacji jaśniejszej, niż w naszych Tatrach, ze względu na tutejsze specyficznie jasne, czasami niebieskawe, ostre odblaski słonecznego światła oraz brak owej charakterystycznej „północnej” wysokogórskiej okrywy „ciemnego boru”, pożegnania z Trinakrią nadszedł czas…

Przed samym odlotem pocieszałem się jeszcze trochę, tak mocno po dziecinnemu, tylko tym, że chociaż raz jeszcze obejrzę z pokładu samolotu Zatokę Palermiańską oraz samo miasto z jego osobiście już „oswojonymi” historycznymi zabytkami i pięknymi ogrodami, na czele ze słynnym Ogrodem Botanicznym i parkiem Villa Giulia, o którym Goethe napisał, że „jest chyba najpiękniejszym miejscem na świecie” (na szpetne blokowiska miałem nie patrzeć!). Wylot planowany był na wczesną godzinę popołudniową. A tu wielka i przykra niespodzianka. Lot z Aeroporto Punta Raisi został przełożony na ciemną godzinę nadranną, bez żadnych więc szans na zobaczenie czegokolwiek poza przyćmionymi „światłami wielkiego miasta”. Na osłodę kołatała się jeszcze w głowie myśl o dłuższym – o całe pół dnia od planowanego! – pobycie na Sycylii. Ale wyspa ta ma w zanadrzu, i lubi płatać, różne figle i niespodzianki. Bo oto, po kilku długich tygodniach wielkich, letnich i jeszcze październikowych upałów (co zresztą tutaj jest normą), spadł teraz niespodziewanie ulewny, gęsty, iście tropikalny deszcz – i nic to, że naprawdę ciepły – bo szczelnie otulający ziemię swym dobroczynnym dla niej woalem wilgoci, tak oczekiwany, życiodajny i upragniony przez mieszkańców, choć niezbyt przyjazny, bo nieprzenikniony dla turystycznego wzroku…

Arrivederci Trinacrii

Janusz Termer