Odcinek 36 – Nareszcie w domu

Odcinek 36 – Nareszcie w domu


Przelej mi kasę teraz. Będzie mi potrzebna – zaproponowała.

Po co?
– Na chłopców – odpowiedziała zmrażając go wzrokiem.

Dobra, dobra, nie pytam – chłopak usiadł do komputera z ciężkim westchnieniem.

Siedemset pięćdziesiąt – poleciła.

Ach, żal. Umowa to umowa – odpowiedział i z bólem serca wystukał wartość.

Dzięki – odpowiedziała patrząc na potwierdzenie przelewu.

Nie sprawdzisz mnie? – zdziwił się.

Nie. Ufam ci. W razie czego wiem, gdzie i jak cię szukać.

Jasne, to rzeczywiście zaufanie – odpowiedział odchodząc od biurka. – Kathrin, czy na tej kartce było hasło?

Nieważne. Przecież nie chcesz tam wracać – zaniepokoiła się pytaniem.

Wiesz, jeśli to prawda, to te krasnoludy handlowały rzadkim metalem. Duża wartość.

Zapomnij. Naruszyłbyś równowagę między światami, a to może być niebezpieczne.

Może to ten świat?

Leo, ciesz się kasą, zainwestuj w coś ziemskiego i zapomnij o tamtej jaskini.

Ty jednak chcesz tam wrócić?

Ja na tym świecie już nikogo nie mam, nic mnie już tu nie trzyma – odpowiedziała poważnie. – Jeśli to prawda, to trafię do świata, który kocham od lat.

Ja od lat kocham kasę, a tam może być jej sporo – odparł Leo.
– Może tam być też śmierć – spojrzała na niego stanowczo. – I nie mówią tam po francusku.

Ale ty mówisz po ichniemu.

Nie! Basta! Over! Okadar!

Złapałem, nie musisz we wszystkich językach – podniósł ręce obronnie i wstał z miejsca.

Zjemy razem śniadanie? – zapytała.

Na pożegnanie. Jasne – odpowiedział, podchodząc do drzwi. – A więc do jutra.

Ósma trzydzieści – rzuciła za nim.

Kathrin nie spała dobrze tej nocy. Nie czuła się bezpiecznie po wizycie zleceniodawcy. Sen jej był przerywany i niespokojny. Rano zeszła na śniadanie, ale widać było, że noc nie była jej sprzymierzeńcem.

Kathrin, byłaś na całonocnej imprezie? – spytał Leo.

Źle spałam. A ty jak? – spytała.

Nieźle. Mam samolot o trzynastej. Wracam do domu. Myślę, że zabiorę mamę i gdzieś wyjedziemy. Przez jakiś czas nie chcę być u siebie. Może zlecę sprzedaż tego domu i zamieszkamy na południu nad morzem.

Dobry plan. Ja wrócę do Warszawy, a potem pojadę w góry na jakiś czas. Muszę dojść do siebie. Nie miałam jeszcze czasu na żałobę.

Jasne. To też dobry plan. Nie popadnij jednak w depresję w samotni – upomniał ją chłopak.

Nie ma obawy. Byłam gotowa na śmierć Warlorda dawno temu. On najbardziej ze wszystkiego chciał, bym teraz żyła za nas dwoje. Tak będę żyć.
– To świetnie. Daj znać za jakiś czas co u ciebie słychać.

Jasne. Jak cię znajdę – zażartowała.

Znajdziesz. Zostawię wskazówki – odpowiedział głosem szpiega.

Kathrin roześmiała się i poszła nałożyć sobie coś na śniadanie.

Leo udało się ją rozluźnić i miło spędzili poranek. Pożegnali się ciepło i rozstali.

Kathrin wróciła do Warszawy wieczornym lotem. Z radością wsiadła do taksówki i obserwowała z jej okien światła stolicy. Była taka szczęśliwa znów będąc w domu.

Postanowiła nie czekać zbyt długo na rozstanie się z firmą, bo było to przesądzone. Nie chciała już pracować dla kogokolwiek, a nawet była przekonana, że w ogóle nie będzie musiała już pracować. Za kilka miesięcy pojedzie na konwencję, a potem, wiosną, znów wyruszy w peruwiańskie Andy. Taki miała plan. Do tego czasu planowała studiować kopie książki, by dowiedzieć się jak najwięcej o owej „ziemi obiecanej”.

Ooooo, kogo my tu mamy? – przywitał ją głos szefa, gdy przekroczyła próg firmy.

Witam. Jestem z powrotem – odpowiedziała grzecznie Kathrin.

Nie wierzę, córka marnotrawna – zawołał Artur, wyłaniając się zza ściany.

Kathrin tylko na niego spojrzała i przeszła dalej, ignorując uwagę.

Zapraszam do gabinetu – zaproponował szef i poprowadził ją do pokoju.

Zadanie wykonane, pieniądze dostał pan wczoraj – zameldowała.

Ach, wiesz już. A gdzie książka? – spytał szef.

U klienta. Jak mógłby pan dostać pieniądze, gdybym nie oddała książki.
– Hm, niedobrze. Trzeba było przywieźć ją tutaj. Mam przeczucie, że mógł dać więcej – wymamrotał pod nosem mężczyzna.

Chciałabym złożyć wymówienie. Proszę – Kathrin sięgnęła do torby po teczkę – tu jest moja rezygnacja.

A więc zapłacił pani? – mężczyzna zdenerwował się.

Nic podobnego. Klient nie dał mi ani grosza. Nie chcę jednak już być kurierem księgarskim. Mam inne plany.

I stać panią na nie? – spytał bez ogródek.

Mam bogatego kochanka – odpowiedziała głośnym szeptam, zamykając mężczyźnie usta.

Skoro pani podjęła taką decyzję, to z żalem muszę ją zaakceptować. Musi pani jednak pracować dla nas jeszcze trzy miesiące, zgodnie z umową.

Szefie, nie ma problemu, ale jeśli zmusi mnie pan do pracy w tym okresie, sprawię że uzna pan Artura za tytana pracy.

Ach tak. Cóż. Więc nie zapłacę pani za okres wypowiedzenia, skoro nie chce pani pracować.

W tej podróży omal nie straciłam życia spadając ze stromego stoku. Jak ma pan mi zamiar to wynagrodzić? – Kathrin była wyraźnie poirytowana.

Zadanie wykonała pani dobrze, ale nie wiąże pani przyszłości z firmą. Nie mam bodźca, by dawać pani cokolwiek więcej niż to, na co jesteśmy umówieni i zobligowani prawnie. Żałuję, że pani odchodzi. Pokażę swą dobrą wolę i zapłacę pani wypowiedzenie. Mam nadzieję, że wróci pani do nas, jak już się pani rozstanie z tym… przyjacielem.
– Wykluczone. Żegnam pana – odpowiedziała grzecznie, po czym skierowała się do drzwi.

Dzień był piękny, a ona właśnie odzyskała wolność. Koniec. Nie musiała robić niczego, do czego nie miałaby przekonania. Była wolnym i niezależnym człowiekiem.

Postanowiła zadzwonić do Mikołaja i umówić się z jego rodziną gdzieś w parku. Od razu przyszedł jej do głowy Lolek. Pub w centrum Pola Mokotowskiego, chyba największego parku Warszawy, do tego z placem zabaw.

Wyjęła komórkę z kieszeni i wybrała numer.

Mikołaj, możesz rozmawiać? – zapytała usłyszawszy głos mężczyzny.

Kathrin, jak się cieszę, że dzwonisz. Co u ciebie? – zapytał.

Chciałabym się z tobą i twoją rodziną umówić na obiad. Może u Lolka?

Super, kiedy masz czas?

Dziś, jutro, pojutrze…

Ha, ha, ha! Super. To może jutro. Dziś nie mogę – zaproponował.

Stoi, może być piętnasta? – zapytała.

Jasne, jutro piętnasta w Lolku. Do zobaczenia.

Pa – odpowiedziała i rozłączyła się.

Dnia było jeszcze dużo. Zadzwoniła więc też do Alberta Tretera, by podziękować mu za wszystko, co dla niej zrobił przed wyjazdem. Na szczęście udało się i dał się zaprosić na wczesną kolację na Starówce. Umówili się na Rynku koło piątej i rozpoznali bez błędu.

Kathrin, dawno wróciłaś? – zapytał chłopak podchodząc do niej.
– Wczoraj – odparła.

O, i już się ze mną umówiłaś? Schlebiasz mi – wymownie uniósł brodę do nieba.

Chciałam ci podziękować za wszelką pomoc jaką mi okazałeś.

A udało się?

Tak i nie musiałam użyć tej broni. Nie spotkaliśmy nikogo dziwnego w podróży.

Super. A jak Warlord, twój przyjaciel? – zapytał po chwili.

Już tam. Odszedł.

Przykro mi.

Mnie nie. Długo szykowaliśmy się na tę chwilę i byliśmy zupełnie gotowi. Kiedyś do niego dołączę. Nie śpieszę się, bo jemu czas biegnie inaczej.

Dobre podejście – odpowiedział z podziwem, po czym postanowił zmienić temat. – A jak tam praca? Dostałaś pewnie sporą premię.

Rzuciłam pracę dziś rano, a szef z bólem zapłaci mi odprawę, bo prawo go do tego obliguje. Zrobi to zresztą tylko dlatego.

Po tym, co dla niego zrobiłaś? – niemal wstał z zaskoczenia.

To typ człowieka, któremu się wszystko należy. Zadbałam jednak o siebie. Mam trochę kasy.

Dobrze ci tak. Powinnaś dostać ogromną premię, a tu taki typ – chłopak pokiwał głową z niedowierzaniem.

Nie przejmuj się. Mam plany i pieniądze na nie – powiedziała wesoło, chcąc go nieco ożywić.
– Jakie? Jestem w nich? – zażartował nieśmiało.

Przykro mi, ale przez następne pół roku są w nich tylko książki, a potem wyjadę i nie wiem czy wrócę.

Mówisz poważnie? Dokąd, z kim?

Och, sama. Nic z tych rzeczy. Nie mogę jednak nic powiedzieć – odpowiedziała rozwiewając jego podejrzenia.

A jednak dla mnie w tym miejsca nie widzisz?

Przykro mi. Na razie muszę przeżyć rozstanie z Warlordem. Nie myślę o niczym innym.

Rozumiem. Nie będę się więc narzucał. Zamówimy – zaproponował.

Jasne – odparła i zaczęli wybierać dania z menu.

Reszta wieczoru upłynęła w bardzo miłej atmosferze. Dziewczyna opowiedziała mu o podróży, o wielkich kondorach i o kilku śmiesznych wydarzeniach, nie wspominając oczywiście drzwi w jaskini. Po prostu powiedziała, że nic nie znaleźli, ale wpadła tam na pomysł rozwiązania zagadki.

On opowiedział jej o tym, co robił w czasie jej nieobecności i że zapisał się na łucznictwo, co jego zdaniem jest ciekawsze niż walenie na oślep mieczem.

Oboje byli zadowoleni z wieczoru. Albert odwiózł Kathrin około dziesiątej i wrócił do domu.

Kathrin miała już odpalać komputer, gdy uświadomiła sobie, że Warlorda tam nie ma. Usiadła więc w fotelu i zamyśliła się. Takich chwil, którymi chciałaby się podzielić, będzie wiele. Brak Warlorda po drugiej stronie światłowodu długo będzie frustrujący.
Kolejny dzień spędziła studiując skany książki. Ledwie zdążyła na spotkanie z rodziną Mikołaja. Byli w komplecie, a jego żona nawet przy nadziei powiększenia rodziny. Z brzuszkiem było jej do twarzy.

Gratulacje, śmiech, opowiadania, a około deseru – wiadomość o śmierci Warlorda i kilka planów. Popołudnie było cudowne. Po obiedzie pospacerowali jeszcze po parku. Kathrin umówiła się na trening w czwartek i rozstali się pośród uścisków i miłych słów.

Kolejnych kilka dni spędziła w Warszawie, ciesząc się powrotem do domu. Powoli zaczynało się lato i warto było gdzieś się zaszyć.

Postanowiła wrócić do domu ciotki Mikołaja i spędzić ten czas w górach. Lato w górach nie jest tak uciążliwe jak w mieście, a pracy miała dość dużo, gdyż postanowiła przestudiować w ciągu tych kilku miesięcy zarówno książkę, jak i całego Tolkiena.

Wyjazd w góry był doskonałym pomysłem. Świeże powietrze, piękne widoki, możliwość pracy w ogrodzie. Była zachwycona i pracowała codziennie po osiem godzin z przerwą na godzinny obiad i spacer. W weekendy starała się przynajmniej na jeden dzień wyjechać na wycieczkę, wziąć udział w spływie czy uczestniczyć w innej formie aktywnego wypoczynku. To utrzymywało jej równowagę i pozwoliło wydajniej studiować. Cały czas, ku uciesze dzieciaków, ćwiczyła też z mieczem i uczyła się łucznictwa, ale ta umiejętność nie przychodziła jej lekko. Nie miała tak dobrego wzroku, a spuchnięte od cięciwy palce bolały, co przeszkadzało przy ćwiczeniach z mieczem.

Kathrin zaprzyjaźniła się z gospodynią tak blisko, że ta pozwoliła jej wchodzić do kuchni i nawet nauczyła ją kilku prostych potraw, których warunkiem był brak zawartości współczesnych składników. Nie było to trudne, gdyż gospodyni brzydziła się chemią i jej potrawy były w pełni naturalne i bardzo syte.
Były to szczęśliwe i wydajne miesiące. Kathrin wiele się nauczyła w czasie pobytu w górach, nie tylko przez studiowanie książek – zdobyła również wiele praktycznych umiejętności. W gospodarstwie pana Piotra nauczyła się na przykład, jak w dawnych czasach robiło się masło i jak wyrabiać dojrzewający ser. Od dawna umiała robić twaróg z mleka, ale nie wiedziała, jak robi się inne gatunki sera. A bez sera byłaby nieszczęśliwa.

Do Warszawy wróciła w końcu września. Była gotowa do podróży, choć zależało jej jeszcze by pojechać na konwencję, gdyż chciała na własne oczy zobaczyć Craiga Parkera, który w osobie Haldira był dla niej uosobieniem męskiego piękna.

Och, gdyby on był Haldirem. Takim, jakiego sobie wyobrażała. Czystego serca, silnym i pewnym siebie. Mądrym, ciepłym, ale kiedy trzeba – z temperamentem.

Może taki nawet jest, kto wie. Cóż, nie sądziła, by dane jej było się o tym przekonać, ale cieszyła się z faktu, że będzie mogła chociaż zobaczyć go w trójwymiarze.

twarz36

Październik przyszedł szybciej, niż się spodziewała. Dopiero niedawno świętowała z przyjaciółmi Nowy Rok. Dopiero co całowała Warlorda pierwszy raz w życiu. Dopiero co popłynął przodem do „Valinoru”, a tu już październik.

Została dwa tygodnie w Warszawie i poleciała do Bonn na dwa dni przed konwencją.

Chciała wypocząć i nastawić się jakoś psychicznie. Zajęła pokój jednoosobowy, co zapewniło jej komfort izolacji, gdy tego potrzebowała.

Nagle, dzień przed konwencją, zadzwonił telefon, co było dość zaskakujące. Spodziewała się kilku znajomych na konwencie, ale nie przed czasem. Odebrała jednak.

Kathrin? Tu Karen – usłyszała w słuchawce.
– Karen, jesteś w Bonn? –zapytała.

Tak, właśnie przyjechałam. A ty, jesteś w Bonn?

Jestem, choć też zaledwie od kilku godzin.

Super. Nudzę się po rozpakowaniu i postanowiłam podzwonić z nadzieją, że nie jestem tu sama. Jesteś pierwsza na liście. Miałabyś ochotę spotkać się gdzieś na mieście?

Jasne. Mieszkasz w Maritim?

Nie, Kaiserhof. Może podjadę po ciebie o piątej i pojedziemy gdzieś?

Będzie mi miło. Czekam o piątej.

Pa.

Do zobaczenia – odpowiedziała Kathrin i włożyła telefon do kieszeni.

Było wczesne popołudnie. Dopiero zjadła lekki lunch i miała ochotę się przejść, gdyż dzień był słoneczny. Ot, złota… hmm… niemiecka jesień.

W okolicy nie było wiele do oglądania, ale i tak miło było rozprostować kości na świeżym powietrzu. Lubiła przecież spacery i zawsze chodziła na nie sama, trochę z braku wyboru, a trochę z potrzeby niezakłóconego odbioru wrażeń. Podobnie sama chodziła do kina, choć nieraz ją zapraszano. Jeśli film był wyczekiwany i liczyła, że będzie się mogła w nim zapomnieć, nie chciała towarzystwa. Chciała sama, bez rozpraszaczy, móc się przenieść do innego świata.

Do hotelu wróciła przed czwartą. Miała jednak za mało czasu, by pójść na fitness i się trochę wyżyć. Zaczęło jej poważnie brakować treningów z Mikołajem. Po takim treningu była zawsze zupełnie wyczerpana, ale i w pełni szczęśliwa.
Karen przyjechała punktualnie. Przywitały się ciepło i postanowiły pojechać do restauracji, którą polecała Karen. Znała trochę Bonn, a restauracja była stosunkowo niedaleko i mówiło się, że bywają tam popularni ludzie.

Kathrin nie znała niemieckich osobistości świata polityki (poza tymi najwyżej postawionymi), dziennikarstwa czy nawet aktorów. Nie nastawiała się więc na olśnienie, ale cieszyła się z możliwości miło spędzonego popołudnia.

 

cdn.