Czy na tym zdjęciu to jeszcze ja?


Żyjemy w takich czasach, kiedy wizerunek zdaje się ważniejszy od każdego innego aspektu życia. Chyba nigdy wcześniej w historii ludzkość nie doświadczała takiej presji z zewnątrz (TV, czasopisma, portale społecznościowe) i od wewnątrz (przymus bycia idealnym, udowodnienia innym, że dbamy o siebie i świetnie kontrolujemy nasze życie) – i to na obie płcie. Owszem, w dawnych czasach kobiety musiały dbać o siebie, żeby, najprościej rzecz ujmując, znaleźć męża i urodzić dzieci. Teraz perfekcyjna musi być nie tylko dama, ale i rycerz.

Idealne ciało, doskonale ułożone włosy, gładka cera bez śladu pryszcza, ukryte cienie pod oczami, długie rzęsy „metodą 1:1”, dopracowane usta, nos… Można tak wyliczać bez końca. Dbanie o siebie może być ciekawe i stanowi w pewien sposób wyraz szacunku do własnej osoby i do innych, ale gdzieś w tym zaczynamy się chyba gubić.

Granicę być może przekracza się w świecie wirtualnym, w którym wiele niedociągnięć udaje się sprytnie ukryć przy pomocy coraz to nowocześniejszych aplikacji na smartfony. Nie mam tu na myśli obrabianych w Photoshopie zdjęć publikowanych następnie w magazynach modowych. Myślę o portalach społecznościowych, w których zamieszczamy idealne zdjęcia naszego nieskazitelnego życia. Im młodsi użytkownicy, tym bardziej nasiąkają tym trendem.

Ostatecznie w sieci wszyscy są idealni, godzinami ćwiczą na siłowniach, piją kawy z papierowych kubków modnych miejsc i stale przebywają w gronie kochających się przyjaciół. Z jednej strony podbudowujemy się lajkami zdobywanymi przez nasze skrupulatnie tworzone, dobierane i obrabiane zdjęcia, z drugiej strony jednak dołujemy się, że nasza koleżanka schudła (a my nie), inna ma świetną twarz (my mamy jedynie świetną „apkę” do „naprawiania” twarzy), a kolega po raz ósmy w tym tygodniu zdobył ośmiotysięcznik (my nie mieliśmy czasu, bo ciągle siedzieliśmy w internecie).

Według badań potrzebujemy średnio aż pięciu ujęć selfie, by być na tyle zadowolonym ze zdjęcia i wrzucić je do sieci. Panie poświęcają na robienie autoportretów nawet 48 minut dziennie. Można sobie zatem wyobrazić, że narcyzm pokolenia zwanego przez media „Generation Me” osiąga szczyty w okolicy Walentynek. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę odpowiedni hashtag #OnTinderAtTinder i zobaczyć, jak bardzo użytkownicy potrafią zmieniać swój wizerunek na potrzeby społecznościowej popularności.

Zestawienia dwóch zdjęć tej samej osoby pokazują, jak bardzo są one w stanie zmienić się nie do poznania, wykorzystując triki fotograficzne. Na portalu randkowym Tinder zaczęły pojawiać zdjęcia właśnie z takim oznaczeniem (#OnTinderAtTinder). Widać wyraźną różnicę między fotografią autopromocyją a taką, która ukazuje „samą prawdę”. Niestety w sieci nie wiadomo już, po której stronie leży prawda, dlatego można się spodziewać przesady w inną stronę – na przykład specjalnie wyeksponowany drugi podbródek. No cóż. Sieć to poniekąd kraina marzeń, w której każdy może stworzyć sobie swój idealny świat, jednak trzeba z tym tworzeniem jednak uważać, żeby nie stracić granicy między tym, co prawdziwe a tym, co wymyślone.

 

 

 

 

foto: flickr.com


 

Obserwuj Aleksandra Galewska-Tomańska:

Z wykształcenia muzyk, pedagog i pedagog specjalny. Zainteresowana tym, co dzieje się na świecie, doszukuje się zależności w zachowaniach międzyludzkich i bieżących wydarzeniach społecznych.