Odcinek 12 – Regeneracja.

Odcinek 12 – Regeneracja.


Kolejny dzień był słoneczny i względnie ciepły. Chyba głównie dlatego, że nie było wiatru, który by przeszywał na wylot.

Wystarczyło wyjść z budynku, by zobaczyć, że zapowiada się piękna pogoda na cały dzień. Kathrin odetchnęła głęboko, potem drugi raz powoli, wystawiając twarz do słońca. Ta delikatna pieszczota ciepłymi promieniami wystarczyła, by sięgnąć po telefon i wybrać numer.

Halo, Mikołaj! Cześć, tu Kathrin.

Och, coś się stało, że tak dzwonisz o świcie?

O, spałeś jeszcze?

Nie, ale to nietypowa pora. Coś z Warlordem?

Och, nie. To znaczy, przenoszą go do szpitala w Londynie. Podobno będzie miał lepszą opiekę, ale przez kilka dni nie będzie go w Sieci

I co, przemyślałaś wyjazd?

Właśnie. Skoro on jest poza Siecią, może po prostu pojadę na wieś, o ile oferta jest aktualna.

O, jest. Nie martw się o nic. Zaraz tam zadzwonię.

Dzięki. Wiesz, nie mam też adresu.

Wyślę ci zaraz wizytówkę. Mam tam wszystko wpisane. Na ile dni chcesz?

Ze trzy, może cztery – zastanowiła się.

Ok. Szykuj się na jakieś trzy stówki za całość ze śniadaniem.

No co ty! To darmo – zawołała zaskoczona.

Mówiłem, że będziesz mieć zniżkę, plus to nie sezon. Nie jest tam teraz tak pięknie jak we wrześniu, październiku, kiedy opadają czerwone i złote liście – roześmiał się.

No tak. Racja. To może kilka tygodni, nie dni? – zażartowała.

Powinnaś, ale wiem, że nie dasz rady. Może potem – spoważniał.

Może potem – powtórzyła, rozumiejąc co miał na myśli.

Może potem. Gdzieś trzeba będzie wylizać rany”, pomyślała.

No dobrze – Mikołaj wybudził się z zamyślenia. – Komunikacja kolejowa jest marna. Może powinnaś jechać autem, ale będziesz wykończona.

Nie martw się. Są loty do Rzeszowa. Jak płacę mniej za hotel, to mogę lecieć samolotem. Nie więcej niż godzinka, zamiast cały dzień.

To racja. Przy wyjeździe na trzy dni szkoda stracić dwa na drogę – potwierdził.

Ok, to czekam na wizytówkę. Dzięki.

Daj znać, czy doleciałaś bezpiecznie.

Ok, pa.

Pa.

Kathrin odetchnęła głęboko i skierowała się szybkim krokiem w stronę biblioteki. Wiedziała, że nie może tak po prostu sobie pojechać, ale na pewno mogła wypożyczyć kilka książek, zrobić kopie fragmentów i przestudiować to na miejscu.

Jeszcze przed południem była w domu. Bilet zarezerwowała jeszcze z biblioteki, musiała się tylko pospieszyć z pakowaniem, by zdążyć na lotnisko na godzinę przed odlotem.

Na odchodne podlała kwiaty i rozejrzała się po mieszkaniu. Jeszcze zakręcić główny dopływ gazu. Tak na wszelki wypadek. No tak. Jest ok.

Klik, klak i drzwi zostały zamknięte.

Droga na lotnisko była wygodna. Nie było korków jak w szczycie. Miejsce miała przy oknie i mogła oglądać kraj w słońcu, dzięki bezchmurnemu niebu. Wszystko wciąż szare, jeszcze senne. Przebudzenie dopiero za miesiąc.

Z Rzeszowa już nie wygodnie, nad chmurami. Zwykły autobus, pamiętający czasy PRL-u. Do hotelu dotarła tuż przed osiemnastą.

Dzień dobry – przywitała ją pani w recepcji.

Dzień dobry. Mam rezerwację – Kathrin postawiła walizkę na podłodze.

Panienka jest koleżanką Mikołaja? – zapytała uśmiechnięta kobieta.

Tak, polecił mi to miejsce.

Spodoba się tu pani, choć teraz, o tej porze roku, nie ma jeszcze zbyt wielu atrakcji ani gości.

Szukam spokoju. Mam trochę pracy.

Spokoju u nas pod dostatkiem. Oto klucz. Niech się panienka rozgości i zejdzie na kolację. Proszę tylko zostawić jakiś dokument, to panienkę zamelduję.

Dziękuję. To tam? – Kathrin wskazała korytarz.

Nie, na piętrze, na końcu korytarza w rogu. Tam piękny widok i zupełna cisza. Ma pani łazienkę w pokoju i od miesiąca mamy Internet. Mikołaj przekonywał nas, że to ważne. Zobaczymy – kobieta niemal urosła z dumy.

Och, bardzo ważne. To bardzo dobra wiadomość – ożywiła się Kathrin. Dzięki temu będę mogła zostać i tydzień.

Aaaa, to wspaniale! – ucieszyła się gospodyni.

Kathrin pożegnała się krótko i pobiegła na górę. Pokój był dość przestronny. Urządzony w wiejskim stylu. Czysta, biała wykrochmalona pościel pachniała wiatrem. Solidne drewniane meble, na ścianie obraz lokalnego artysty. Ciepło i przytulnie.

Najważniejsze było stojące blisko okna biurko. Kathrin potrzebowała miejsca do pracy, a to wyglądało świetnie. Wypakowała na nie książki, do niewielkiej szafy ubrania i zabrała kosmetyczkę do małej łazieneczki.

Po pysznej kolacji nie miała siły już robić nic, co wymagałoby poruszenia jakąkolwiek z komórek, wzięła prysznic i rzuciła się z książką na łóżko.

Ranek był rześki. Kathrin zjadła śniadanie jeszcze przed ósmą. Po śniadaniu przygotowała materiały do pracy i postanowiła dotlenić mózg, zanim zatonie w książkach. Było to konieczne, zważywszy że musiała tego dnia wyjątkowo trzeźwo myśleć, a i oprzeć się słońcu w górach, w tej głuszy, nie było można.

Po zaczerpnięciu kilku wskazówek od gospodarzy odziała się ciepło i ruszyła głównym szlakiem. O tej porze roku i tak miała marne szanse na spotkanie kogoś po drodze. Narciarze już się wynieśli, a letnicy jeszcze przez parę miesięcy nie zawitają w te strony.

Boże, jak tu pięknie – pomyślała. – Nawet teraz, tak pięknie”.

Kathrin stanęły w oczach łzy wzruszenia. Przez chwilę poczuła zakłopotanie i zaskoczenie. Przecież to tylko przyroda. Tylko, a może aż. W Warszawie przybudynkowe trawniki bogato nawiezione przez lokatorskie psy, parki ze ściśle wytyczonymi alejkami i znakami „Nie deptać trawników”…

Tu tak dziewiczo, jak Pan Bóg stworzył. Tak dziko. Tak świeżo.

Kathrin uniosła ręce do góry i zaczęła biec, chłonąc tę wszechogarniającą wolność, czystość, życie. Nie beton, brud i hałas, a cudowną harmonię, od której kręci się w głowie, prześwitujące między gałęziami słońce, wilgotny zapach drewna, szum skrzydeł podrywających się do lotu ptaków, które zostały na zimę. Wypełniło ją uczucie energii jakby właśnie podłączyła się do ładowania. W kilka chwil znalazła się na szczycie wzgórza, skąd rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na okolicę. Zamarła w zagapieniu. Chłonęła zagrody w oddali, wzgórza po horyzont, polany z resztkami śniegu i połacie pól na zboczach. Ponad wszystko chłonęła ciszę. Ciszę tak głęboką, że słyszała bicie własnego serca. Jaki to był świetny pomysł tu przyjechać! Rozejrzała się wokół; nigdzie nie było żywiej duszy. Zza wzgórza wysunęło się słońce i żółtym światłem pokryło okolicę, nadając jej jeszcze więcej magii. Wzruszenie tak mocno chwyciło ją za serce, a energia całej tej scenerii tak ją przejęła, że spojrzała w niebo i wszystko co przyszło jej do głowy to jeden potężny okrzyk: „Alleluuuujaaaah!”.

Nagle stała się częścią wszechświata, biologiczną komórką jednego organizmu i duchową jednością ze Stwórcą. Ona jedna nareszcie na swoim miejscu.

Krótki spacer potrwał ponad godzinę. Po powrocie zamówiła gorącą herbatę z miodem i cytryną i usiadła do pracy. Dopiero pukanie do drzwi wyrwało ją ze skupienia.

Proszę! – rzuciła.

Panienko Kathrin, czy zje panienka z nami obiad? Już trzecia – dobyło się zza drzwi.

Och, jasne – na myśl o jedzeniu zorientowała się, jak jest głodna – już schodzę.

Obiad był fantastyczny. Jakie to szczęście, że zostaje tu tylko tydzień. Inaczej musiałaby wychodzić przez garaż, bo w drzwi by się nie zmieściła.

Po obiedzie praca wciągnęła ją na nowo.

Dryń, dryń! – zadzwoniła komórka.

Kathrin spojrzała na wyświetlacz, po czym odebrała natychmiast.

Warlord? Jesteś już w Londynie? – zawołała zniecierpliwiona.

Tak, jestem. Wszystko w porządku, choć padam.

Och, no to super. Masz ładny pokój?

Z widokiem na pralnię. Jest super. Wolałbym na kuchnię, ale pralnia to zawsze lepiej niż kostnica.

Humor cię, widzę, opuścił.

Ach, sorki. Jest ładnie. Mili ludzie, choć bardziej zabiegani. Ja po prostu jestem zmęczony i wszystko mnie boli mimo leków. Chciałem ci tylko powiedzieć, żebyś się nie martwiła.Strona 137 z 410

Dzięki, przyjacielu. Doceniam. A wiesz, gdzie ja jestem?

W Warszawie? – zapytał wietrząc podstęp.

A nie, w górach. W hoteliku ciotki Mikołaja.

O, jak tam Mikołaj?

Nie wiem. Jestem tu sama – udała oburzenie, świetnie rozumiejąc aluzję.

Czemu wyjechałaś?

Wyszłam wczoraj z domu i było takie piękne słońce, takie czyste niebo i ciebie nie było na łączach. Pomyślałam, że mogę przygotować się do wyjazdu tutaj. Wiesz, że jest tu Internet?

Super! – ożywił się – Tu będę miał za kilka dni. W szpitalu jest za drogo, a mama kupi mi bezprzewodowy, ale jak sama się jakoś urządzi. Nie chcę jej poganiać, choć będą to nudne wieczory – posmutniał.

Tu też może być nudno, choć mam tyle pracy, że chyba nie zauważę. Za to chodzę na spacery. Las, strumień na południu i wielkie wzgórze na północy. Cisza, spokój. Potrzebowałam takiego wyciszenia.

Cieszę się za ciebie. Chciałbym wyjść ze szpitala, stanąć boso na trawie – zamyślił się.

Mam nadzieję, że staniesz.

Zapadła cisza.

No, kończymy bo zapłacę majątek – wyrwał się z zamyślenia Warlord.

Słusznie. Dziękuję, że zadzwoniłeś. Daj znać, jak już będziesz mógł. Ja co wieczór będę on-line.

Ok, pa, maleńka. Jesteś mi winna wiele opowieści.

Pa, są gotowe.

twarz12

Przez kolejne pięć dni rytuał się powtarzał niezmiennie. Śniadanie, spacer, praca, obiad, praca, praca i sen. Kathrin wyczekiwała Warlorda w sieci i zawsze do 22:30 miała włączony komputer. Zawsze też zapisywała na Skypie nowy status: „Jestem na kolacji”, „Jestem na spacerze”, „Jestem w odmętach historii”… Dopiero czwartego dnia rozległ się dzwonek. Dziewczyna aż podskoczyła na dźwięk rozrywającego ciszę dźwięku. Szybko odebrała rozmowę i włączyła światło, by nie wystawiać czułości kamerki na próbę.

Cześć Kath, dobrze mnie widać?

Super, mistrzu. Porusz ręką!

Po co? – zapytał unosząc dłoń.

Czy reaguje szybko. Czy masz dość szybkie łącze. Widać w ruchu – wyjaśniła.

Aaa, jasne. I co?

Nieźle. Wciąż ruszasz ręką – zażartowała.

Chłopak roześmiał się.

No, tutaj musisz uważać na słowa. Jest nas w sali dwóch – wskazał na sąsiednie łóżko, z którego uniósł się około siedemnastoletni chłopak i pomachał ręką uśmiechając się.

Och, nie tak nudno. Możecie pogadać – rozpromieniła się Kathrin.

Peter obiecał, że będzie trzymał twarz zamkniętą. Opowiedziałem mu, o co biega w naszej historii, to będzie słuchał ze mną, jeśli nie masz nic przeciwko.

Nie, skąd. Jeśli nie będzie przerywał, nic nie mam.

Świetnie. Podziękowałby ci, ale ma trzymać twarz na kłódkę – roześmiał się, a chłopak udał, że przekręca kluczyk przy ustach.

No to co? Dziś wracamy do Śródziemia? – spytała z uśmiechem.

Jasne. Jesteś gotowa?

Z opowieścią tak, ale przyznam, że jeszcze nie jadłam kolacji. Poczekacie dwadzieścia minut? Skoczę szybko na dół. Na pewno mają coś gotowego.

Pod warunkiem, że nie powiesz nam co. My tu mamy szpitalny wikt – udał groźny ton.

Ok – roześmiała się – do zobaczenia za około kwadrans.

Nie spiesz się.

Kathrin rozłączyła rozmowę, okryła się szalem i zbiegła na dół.

Gospodyni właśnie dokładała drew do kominka w pokoju gościnnym.

Może posiedzi panienka z nami po kolacji. Tak sama całymi dniami w pokoju… – zapytała zatroskana kobieta.

Dziękuję, ale nie mogę. Mój przyjaciel ma już założony Internet w szpitalu i właśnie dzwonił. Chciałabym zjeść coś szybko i do niego wrócić. Nie rozmawialiśmy od tygodnia.

Och, to trzeba nadrobić – uśmiechnęła się kobieta. – Siadaj, panienko, tutaj. Przyniosę ci kolację za pięć minut, a ty się tu zagrzej przy kominku.

Dziękuję. Chętnie – odpowiedziała Kathrin i usiadła naprzeciw paleniska.

Wpatrywała się w skaczące iskierki na świeżo włożonym drewnie, które chyba nieco zawilgotniało. Obserwowała jak ogień radzi sobie z rozgrzaniem nowych drew, jak je obejmuje, otacza, głaszcze. Jak w końcu zaraża swym żarem i unosi się wyżej dumnie, zwycięsko. Och, jakby było wspaniale mieszkać w takim miejscu, mieć kominek i łąkę…

Kupowałaby mleko od sąsiadów. Świeże, gęste od śmietany. Ser, jakiego Warszawa w ogóle nie zna, i chleb. Taki chleb, jaki piecze co rano gospodyni. Kobieta nawykła do wczesnego wstawania. Już o piątej krząta się po kuchni i do śniadania podaje świeżutkie, właśnie upieczone bułeczki. Czasem robi taką owsiankę, jak marzenie. Nie płatki gotowane w odtłuszczonym mleku, ale z jabłkami i cynamonem. Na to układa łychę bitej śmietany, która topi się, rozpływając po powierzchni gęstej aromatycznej potrawy. Mięso kupowałaby u pana Władka, który jest najlepszym masarzem w okolicy. Kabanosy suszące się nad kuchnią rozsiewają zapach, jakiego nie podrobią żadne sztuczne aromaty stosowane w wyrobach masowej produkcji. W skrzyneczce na oknie w kuchni trzymałaby zioła. Świeże oregano i bazylię, trochę rozmarynu i dużo kopru i pietruszki. Oczywiście jeszcze majeranek do barszczu na kiełbasie od wspomnianego pana Władka.

Z rozmarzenia wyrwała ją wchodząca gospodyni. Niosła w ręku talerz bigosu i talerzyk z chlebem.

Och, to za dużo! – zawołała Kathrin.

Chudziutka jesteś, panienko Kathrin, a bigosik swój mamy, przyprawiony tak, że na pewno żadnego ciężaru w brzuchu nie poczujesz.

Kathrin wiedząc, że nie wygra tej batalii wstała i podeszła do małego stołu zastawionego specjalnie dla niej.

Bigos był wyśmienity. Kapusta, pomidory, chyba cztery rodzaje mięsa i prawdziwe leśne grzyby, nadające niesamowity aromat. Żadnych suszonych ziół. Wszystko świeże. No i węgierki z własnego ogrodu. Suszone w sposób znany tylko gospodarzom, gdyż zachowywały pełen aromat i pozostawały miękkie i słodkie. Wszystkie te składniki obezwładniały w połączeniu. Świeży, chrupiący chleb był dopełnieniem arcydzieła. Jak gospodyni na takiej diecie pozostawała w miarę szczupła, było tajemnicą.

Kathrin uwinęła się szybko z jedzeniem i kontemplując smak w ustach w drodze do pokoju zwolniła nieco kroku.

Ułożywszy się na łóżku oparła się plecami o poduszkę wspartą o zagłówek. Okryła ramiona szalem i przykryła nogi grubym kocem z owczej wełny. Tak przygotowana uruchomiła Skype’a i ustanowiła połączenie z przyjacielem.

cdn.