Odcinek 15, w którym dziewczynie przybyło pytań, a Kathrin dostała pół miliona limitu.

Odcinek 15, w którym dziewczynie przybyło pytań, a Kathrin dostała pół miliona limitu.

twarz15

Zapomnij o Tharbadzie. Zresztą i tak zniszczyła go powódź 100 lat temu. Kto był w mieście, nie żyje, a kto akurat był poza, nie wrócił.

Musi tam pójść dziewczyna znaleźć ślady przeszłości.

To niebezpieczna wyprawa w tych czasach. Nie proponowałbym ci tej podróży, choć wiem, że nie posłuchasz, a ja nad tobą władzy nie mam.

Tak wiele się zgadza. Od dziecka dziewczyna rozumie język quenya i mowę elfów. Sądziła, że przez sąsiedztwo, a tu może to język rodzicielki – zamyślona oparła się o ścianę.

To byłoby niezwykłe – rzekł Gabros. Musiałabyś mieć ponad 100 lat.

Ta nie rozumie upływu czasu. Elfowie, których znała, jak i ona są młodzi, a do ludzi nieczęsto chodziła. Ci szybko więdną jak kwiaty bez wody.

Niebywałe, a więc mamy tu kogoś, kto wygląda jak człowiek, ale człowiekiem nie jest – Gabros przyglądał się jej z niedowierzaniem. – To możliwe, bo choć drobnej budowy, to jesteś wyższa niż przeciętne kobiety. Teraz zwróciłem na to uwagę. I ta skóra. Biała jak pergamin i tylko te włosy mi nie pasują, bo ludzie z Tharbad mieli ciemne włosy.

Jeśli dziewczyna nie jest człowiekiem, to czym jest? – zapytała zatroskana.

Teraz i bez imienia, i bez rasy? – zwrócił się do Gabrosa Ramus.

Myślę, że jedno z twoich rodziców było dunedainem, a drugie mogło pochodzić z elfów szarych. Gdzie mieszkałaś w dzieciństwie?

Nad Anduiną, blisko Lothlorien – odparła wyczekująco.

A więc to bardzo prawdopodobne. Dunedainowie obdarzeni są długim życiem, a elfowie wiecznym. W połączeniu możesz być bardziej długowieczna od dunedainów, ale wciąż śmiertelna. I nie masz elfickich uszu. Może dlatego nie przyjęto cię do Złotego Lasu. Ciekawa historia. Hmmm, ciekawe dlaczego twoi rodzice nie dotarli do Elfów Szarych i kim byli.

To niewiarygodne co mówicie, panie! I to wszystko z tego kamyka?

To domysły, moja droga. Nie wiem, kim jesteś, a to może wyjaśnić ktoś, kto zna ten język, o ile takiego jeszcze znajdziesz. Życzę ci, byś mogła przeprawić się do Tharbad i tam poszukać. Prowadzi tam gościniec południowy, ale nie jest tam bezpiecznie.

Musi tam iść, ta która musi poznać swe imię i wiedzieć skąd jest – odparła z przekonaniem.

Nie pozwolę, byś ruszyła w taką drogę sama. Pan Haldir nigdy by do tego nie dopuścił – sprzeciwił się Ramus – a ja nie mogę teraz opuszczać doliny.

Przyszła jak wiatr i odeszła jak jego tchnienie. Pomyślcie, panie, że nigdy jej tu nie było.

Była i jest, i nie odejdzie, i nie rozpłynie się jak powietrze – stanowczo odparł Ramus.

Ale… – już zaczęła podnosić głos, gdy na jej ustach spoczął palec Ramusa.

Ani słowa, panienko. Nie ma mowy byś poszła do Tharbadu. Może innym razem. Czekałaś tyle, poczekasz i czas jakiś. Czego 100 lat nie zatarło, i rok jeszcze nie zatrze. Tu są ważne sprawy przyszłości. Wyjdź teraz, proszę, muszę zamienić kilka słów z Gabrosem.

Dziewczyna opuściła ramiona i wyszła zgaszona. Taka nadzieja, taka wiedza umykała jej sprzed oczu. Tak pragnęła dowiedzieć się, kim jest i co ją łączy z tym dziwnym językiem, i czy jest w połowie cudownym elfem? Choć w połowie? I czy po matce, czy po ojcu? I czy to możliwe, byt nędzna jej postać mogła mieć cokolwiek wspólnego z doskonałym pięknem zza rzeki?

Tymczasem Ramus pozostał w sklepie Gabrosa i położywszy mu dłoń na ramieniu skierował go w głąb izby.

Gabrosie, potrzebuję przesłać wiadomość przyjacielowi.

Co zechcesz, panie. Co i dokąd mam posłać?

To ważne. Dobrze zapłacę, jak dostanę zwrotną informację. Na razie masz tu kilka monet. Wystarczy na wydatki.

Co to za wiadomość?

Pamiętasz tę wioskę w zakolu Entwash w drodze do Faragornu? Tam, gdzie spotkałeś tę rudowłosą boginkę rozkoszy?

Jakżebym nie pamiętał! Och, piękna i narowista sztuka – rozmarzył się Gabros.

Kilka staj za wsią był zajazd „Mocne kopyto”.

Pamiętam. Dają tam trunek, który powala jak kopnięcie konia. Mocny jak ogień.

Poślij tam posłańca, niech pyta o białych ludzi. Gdy ich spotka, niech spyta, który to Haldir. Spisz znaki z kamienia i niech odda mu kartkę i powie o co chodzi.

Jak każesz, Ramusie – mężczyzna szybko poszedł na zaplecze i przyniósł pergamin i pióro.

Zajęło dłuższą chwilę, zanim Gabros odwzorował pismo i oddał kamień Ramusowi. Przyjaciele pożegnali się i jeszcze przed wejściem wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

O co chodzi, panie? Długo to trwało – zagadnęła zaniepokojona dziewczyna.

Pozwoliłem mu przerysować znaki. Może znajdzie kogoś, kto je odszyfruje.

Och, to wspaniale. Dziewczyna dziękuje za troskę i wsparcie, i przeprasza za niecierpliwość, jaką okazała – zawstydziła się.

Nie szkodzi. Za miastem jest polana. Rozbijemy tam obóz i zjemy przysmaki, jakie kupiłaś – zaproponował mężczyzna.

Przez dłuższą chwilę szli w ciszy. Oboje mieli o czym myśleć. Każde z nich zastanawiało się, co za stworzenie ma przed sobą i czy będzie z tego pożytek, czy raczej kłopot. Dziewczyna błądziła myślami po nieznanych ziemiach, wyobrażając sobie, jakimi ludźmi byli jej rodzice i co skłoniło ich do jej porzucenia. Myślała o odległym Tharbadzie i tragedii, jaka spotkała jego mieszkańców. Pogrążona w myślach nie spostrzegła nawet kiedy znaleźli się na wspomnianej polanie i jak Ramus posadziwszy ją na kłodzie nazbierał drew na opał i ułożył stos.

Ramusie – zaczęła nagle – jak to możliwe, że jesteś dla obcej dziewczyny taki miły, podobnie jak wszyscy, których spotkała od wyjścia z rodzinnego lasu?

Martwi cię to? – uśmiechnął się, rozpalając ogień.

Tak. Były trudne chwile, ale gdy dawniej ta przychodziła do osady ludzi, nie była przez wielu lubiana. Traktowano ją jak dziwaczkę i niemal czarownicę, gdyż mieszkała samotnie, niewiadomo gdzie, nie mając rodziny. Tu nagle, odkąd wyruszyła z lasu i spotkała kobietę z małym kamykiem w darze, wszystko się zmieniło.

Tym kamykiem?

Nie, małym białym, który po podłożeniu pod głowę dał jej sen o przyszłości. Strasznej jak noc.

Jakiej przyszłości, cóż ten sen pokazał?

Tego zdradzić nie może, ale wojna i zniszczenie. Wielu orków i wiele krwi szlachetnej.

To zaprawdę straszny sen i niestety tracę nadzieję, że się nie ziści. Nie wiem dlaczego ludzie traktowali cię źle w przeszłości, ale należy się cieszyć, że spotkałaś przyjaciół.

To wielka radość. Nigdy przedtem nikogo takiego nie było. To nowe i wspaniałe doświadczenie, choć często dziewczyna budzi się w nocy ze strachem, że znów jest sama.

Nie gniewaj się, ale tobie samotność raczej nie powinna grozić. Sam mam żonę i cudowne dzieci i za nic bym ich nie naraził, ale wierz mi, jesteś piękną kobietą. Widziałem cię w gospodzie z rozpuszczonymi włosami i nie wiem czemu je zakrywasz, bo w nich wyglądasz jak nieziemska istota.

Wiele kłopotów sprawiły jej te włosy, Ramusie. Mężczyźni dziwnie się zachowywali, a kobiety były jeszcze bardziej zajadłe niż zwykle. Postanowiła wówczas je ukrywać pod szalem.

Nic dziwnego – roześmiał się.

Co takiego w tym śmiesznego? – oburzyła się.

Kobiety zazdroszczą ci urody, a mężczyźni żałują, że to nie ty stoisz u ich boku.

Bzdura. Ani urody, ani imienia. Ani przeszłości, ani rodziny. Nikogo i nic dziewczyna nie ma.

Ma i urodę, i przyjaciół, i przeszłość, choć nieznaną, i przyszłość mam nadzieję z godnym mężem u boku – Ramus spoważniał spoglądając na nią. – Wpuść nieco światła w swe myśli, droga dziewczyno.

Póki sen się nie zmieni, póki najcudowniejsza istota na świecie nie przetrwa mroku, nie będzie światła ni radości, Ramusie.

A więc widziałaś śmierć ukochanego. Takiej przepowiedni trudno się przeciwstawić.

Życie jej nic nie warte i z radością położy je za światło poranka.

Nie szafuj życiem, to wielki dar i nie przypadkiem dany i tobie, i mnie. Jeśli czyjeś się kończy, nie wymienisz go jak towar.

Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Wstała i zaczęła szykować posiłek, przez cały czas unikając rozmowy.

Po posiłku Ramus położył się na trawie z mała belką pod głową i przemówił:

Mąż, któremu będziesz gotować, będzie cię nosił na rękach.

Znowu zaczynasz, panie? Nic więcej ci nie powie – odparła sprzątając resztki.

Hm, kogo może kochać panna, która unika ludzi? – zaczepiał Ramus.

Nikogo tak natarczywego – oburzyła się.

Ze Złotego Lasu?

Nie twoja sprawa, panie.

Mieszkałaś od południa, więc może to ktoś z południowej gwardii?

Dziewczyna udała, że wyciera usta i nie może nic powiedzieć. Potem odeszła kilkanaście kroków w głąb łąki i usiadła samotnie. Ramus zrozumiał, że nic z niej nie wyciągnie, więc zabrał się za szykowanie posłań, gdyż jedyną rozsądną rzeczą o tej porze było przenocować właśnie tam i nie iść dalej.

Teraz i na nas pora. Czas spać.

Och, Kath, nie cierpię kiedy kończysz. Tak pięknie opowiadasz, że czasem myślę, że czytasz jakąś książkę, a nie wymyślasz na bieżąco.

Kto by coś takiego wymyślił, Warlord? Zwykłe brednie.

Lubię te brednie – odpowiedział chłopak, po czym zwrócił się do reszty i począł po kolei wypraszać niezadowolonych skończoną opowieścią ludzi.

Zobacz, nie wyglądają na zadowolonych.

Też czują niedosyt – odparł.

Z sali dobiegały pojedyncze podziękowania i zapytania czy jutro ciąg dalszy. Kathrin potwierdziła i zaprosiła wszystkich serdecznie.

Warlord, nieco głupio się czuję, że tyle ludzi słucha takich moich bredni.

To cudowna opowieść. Jak opowiedziałem im początek, całymi dniami o tym rozmawiali. Na chwilę stracili z oczu rzeczywistość, a w naszym przypadku to cenna chwila.

Postaram się dostarczyć ci ich jak najwięcej, przyjacielu – Kathrin spojrzała mu w oczy.

Przez chwilę patrzyli na siebie nic nie mówiąc. Każde z nich chciałoby powiedzieć coś innego, niż było można w tej sytuacji.

Kath, jeśli jest niebo, to jest tu i teraz – przerwał ciszę chłopak. – W twoich oczach.

Tylko to, które wypływa z twoich, Warlord. I z pewnością jest równie zielone. Masz oczy jak morska głębia. Można się w nich zanurzyć.

W kącikach oczu chłopaka pojawiły się drobne łzy.

Twoje oczy są jak niebo przed burzą. I niebieskie i szare jednocześnie.

Gdy nadchodzi burza, fale unoszą się i deszcz skraplającego się nieba dotyka fal.

Pragę cię dotknąć, przyjaciółko. Położyć palce na twych policzkach – łza wymknęła się z kącika i spłynęła na poduszkę.

Dotkniesz, mój drogi, niedługo dotkniesz i ja wezmę w dłonie twoją twarz, przyjacielu.

Nie mówili już więcej, tylko leżąc na łóżkach patrzyli na siebie, aż w końcu weszła pielęgniarka by wyłączyć światło. Dziewczyna dotknęła dłonią ust i monitora po czym rozłączyła się i ułożyła na wznak patrząc w sufit. Długo nie zasnęła.

Rano wstała wypoczęta mimo relatywnie krótkiego snu. Dzień był dość pochmurny, ale widać było oznaki kończącej się zimy. Przynajmniej marzyła, by to był już koniec.

Śniadanie jak zwykle białe jak śnieg za oknem. Twaróg, tym razem z pomidorem i szczypiorkiem, które jako bardzo nienaturalne o tej porze roku nowalijki kosztowały trzykrotnie więcej niż w sezonie. Do śniadania lubiła wypić czarną herbatę lub kawę zbożową. Tym razem padło na nektar wschodu, choć kto wie. Niedawno dowiedziała się, że całkiem sporo herbaty importuje się z tureckich upraw znad Morza Czarnego.

Hm, co tam. Herbata to herbata, no chyba żeby była niedobra. Nie zastanawiając się zbyt długo nad pochodzeniem wywaru, zakończyła śniadanie i ruszyła do biura.

No jest pani, panno Kathrin – szef oderwał wzrok od jakiegoś dokumentu z biurka przy drzwiach.

Jak obiecałam, jestem przed południem – odparła.

W porządku, zapraszam do siebie – odłożył dokument i poprowadził ją do gabinetu.

Klient nasz jest bardzo hojny i przygotował dla pani kartę kredytową. Byłem przeciwny dawaniu komukolwiek możliwości niekontrolowanych zakupów, ale nalegał. Zależy mu, by pieniądze nie stanęły pani na drodze do sukcesu w powierzonym zadaniu. Proszę, oto karta – mężczyzna wyjął kartę kredytową z kieszeni i podał Kathrin.

To platynowa karta największego w świecie banku – zdziwiła się.

Właśnie. Pójdzie pani do oddziału przy Al. Jerozolimskich i złoży tam swój wzór podpisu oraz wybierze pin. Karta ma wysoki limit. Uważam, że za wysoki – nadmienił kwaśno. – To… – zająknął się – to pół miliona dolarów. To ogromna suma i musi pani na wszystko brać rachunki. Nie wyobrażam sobie, by nadużyła pani tej karty w prywatnych sprawach, panno Kathrin – dodał stanowczo.

Rozumiem, że to nie moje prywatne pieniądze szefie – odparła oschle.

Ach, nie wiem, czy dobrze, że sam nie zająłem się tą sprawą. Klient jednak chce pani. Podałem mu pani numer telefonu komórkowego. Skontaktuje się z panią osobiście i przekaże informacje, jakie mają trafić tylko do pani uszu. Ja nie chciałem być tu pośrednikiem.

Na pewno – pomyślała – spłonąłbyś by wiedzieć, co ten człowiek chce przekazać, i na pewno nie z własnej woli nie jesteś tu pośrednikiem”.

Czy jeszcze coś, szefie? – spytała uprzejmie.

Nie, proszę wykonywać instrukcje klienta i informować mnie na bieżąco.

Rozumiem. Pójdę więc prosto do banku.

Tak będzie najlepiej. Do widzenia! – odparł jakby nieco urażonym głosem i wskazał jej drzwi.

Kathrin wyszła, z trudem utrzymując powagę i, nie patrząc na nikogo, wybiegła na zewnątrz, gdzie parsknęła śmiechem. „Och, założę się, że klient nie życzy sobie bym komukolwiek powiedziała choć słowo, więc raczej nici z informowania na bieżąco, szefie”.

Oddział banku był duży, solidny i robił wrażenie bardzo bogatego. Ogromna sala główna, opływająca marmurem i w eleganckim wystroju, robiła wrażenie. Kathrin podeszła do okienka i pokazała list załączony do karty. Mężczyzna po drugiej stronie podniósł się i wyszedł do niej na salę. Wskazał jej drzwi i zaprosił do środka.

Kathrin zdziwiła się, gdyż nad drzwiami był napis „Private clients”, niemniej podążyła śladem niezwykle uprzejmego mężczyzny.

Proszę usiąść. Czy mogę zaproponować coś do picia?

Tak, chętnie, cappuccino jeśli można – zaproponowała bardziej niedowierzając takiej uprzejmości wobec szarej klientki niż wierząc, że ktokolwiek jej coś poda.

Ku jej zdziwieniu, po minucie mężczyzna wrócił z porcelanową filiżanką cappuccino.

Czemu zawdzięczam to wyjątkowe traktowanie?

Nasz klient, który zdecydował się powierzyć pani tę kartę, jest jednym z naszych najlepszych klientów. Mam nadzieję, że nie będzie pani miała powodu, by się na cokolwiek poskarżyć.

Nie sądzę, bym taki powód znalazła. Może mi pan podać nazwisko owego klienta, bym upewniła się, że mówimy o tej samej osobie? – zagadnęła.

Klient nie życzył sobie podawania jego nazwiska, nawet gdyby usiadła tu jego własna matka. Proszę więc wybaczyć, że choć z pewnością zna pani naszego klienta, bo jakże inaczej mógłby okazać pani taką hojność, to nazwisko jego pozostanie nie wspomniane.

Z pana uśmiechu wnioskuję, że uważa pan, iż rzeczywiście bardzo dobrze się znam z pana klientem i zachodzi pan w głowę, co takiego umiem, że tak wysoce mnie wynagradza – Kathrin poczuła jak temperatura jej krwi raptownie wzrasta.

Nic podobnego. Nie jest moją sprawą mieszać się ani zastanawiać nad sprawami klientów. Jesteśmy tu by podpisać dokumenty, które dla pani przygotowałem. Zechce pani się z nimi zapoznać w samotności czy oczekuje pani, że zostanę? – mężczyzna podał Kathrin elegancją teczkę i spojrzał na nią wyczekująco.

Nie musi pan wychodzić, to prosta formalność, nieprawdaż?

Tak. Chodzi o wzór podpisu i pin. Karta ma limit pół miliona dolarów amerykańskich. Ma pani prawo zaciągać dług, ale nie jest pani zobowiązana go spłacać. Nie musi pani również brać żadnych rachunków ani nie wolno pani informować kogokolwiek poza klientem, gdzie i na co pani wydała pieniądze. Może pani kupić wszystko, co będzie pani potrzebne i nikt nie zapyta, czy zakup ów jest konieczny. Taką instrukcję dla pani dostałem i taką przekazuję. Proszę podpisać – mężczyzna otworzył teczkę w jej ręku – tu i tu.

Kathrin rozsiadła się wygodnie, zaczerpnęła łyk cappuccino i zaczęła czytać warunki karty. Nie minęło pół godziny, gdy była gotowa podpisać dokument. Cały ów czas mężczyzna siedział naprzeciwko niej nie okazując cienia zniecierpliwienia, choć kobieta była pewna, że wewnątrz się gotuje. Nie mogła jednak odpuścić sobie możliwości ukarania go za tamten uśmiech, za to ocenienie jej ot tak, bo jest kobietą i dostaje od mężczyzny pieniądze. Ten uśmiech plasujący ją pod poziomem trawy, mieszający z błotem jak tanią dziwkę, choć nie taką tanią w sumie. Gdyby była mężczyzną nie uznałby jej za gejowskiego kochanka, a biznesmena. Tu jednak w oczywisty sposób okazał gdzie jej miejsce.

Czy ma pani jakieś pytania? – zagadnął przerywając ciszę.

Nie, dokument jest dla mnie jasny i nie potrzebuję wyjaśnień – odparła oschle i podpisała we wskazanych miejscach.

Teraz pin – mężczyzna wyjął małe urządzenie i podał kobiecie. – Przeciągnę teraz tutaj kartą, a pani wpisze wybrany pin dwukrotnie. Wówczas będzie nadany. Pinu tego…

Wiem! – odparła stanowczo. – Wiem, że pinu nikomu się nie ujawnia. Nie jestem idiotką.

Nigdy bym nie zasugerował – odparł wystraszonym głosem. – Jeśli czymkolwiek panią uraziłem, a widzę, że jednak…

Tak. Miejmy to już za sobą. Pana uśmiech na początku naszego spotkania zasugerował, iż uważa mnie pan za towarzyszkę rozkoszy pana klienta. To mnie obraziło. Jestem kobietą i z pana klientem łączą mnie interesy. Nie doniosę na pana, bo to nie w moim stylu, ale życzyłabym sobie, by dotarło do pana, że nie tylko za seks kobiety dostają pieniądze z rąk mężczyzn – wyrzuciła z siebie jednym tchem.

Mężczyzna był tak przestraszony, że nie odważył się nic odpowiedzieć. Kathrin podniosła urządzenie do ręki i podała mężczyźnie.

Proszę przeciągnąć kartę – poleciła.

Tak, już – mężczyzna nerwowo chwycił plastik i wykonał polecenie.

Kathrin przypomniała sobie rok, w którym poznała Warlorda, i wstukała dwukrotnie.

Czy to wszystko? – spytała z uprzejmą stanowczością.

Tak jest, proszę pani i proszę o wybaczenie, ja…

Kathrin nie słuchając tłumaczeń opuściła pokoik i skierowała się do wyjścia. Miała do załatwienia jeszcze parę spraw. Skierowała się więc w stronę metra, by najszybciej dotrzeć do celu. Gdy załatwiła sprawy dochodziła szesnasta i zaczęło się zmierzchać. Postanowiła więc wrócić do domu.

cdn.