Odcinek 27 o spotkaniach z duchami przeszłości.

Odcinek 27 o spotkaniach z duchami przeszłości.


Kathrin poprawiła się na swoim miejscu i rozejrzała, czy wszystko w porządku. Zastanowiła się nad końcem poprzedniej opowieści i zaczęła powoli:

Dziewczyna słyszała powitanie i nie wiedziała czy ma wyjść, czy pozostać w ukryciu. Z jednej strony dopiero umknęła śmierci w podobnej sytuacji, a z drugiej ktoś mówił do niej nie w języku ludzi, ale elfów. Nigdy nie doświadczyła niczego złego od elfów.

Nie lękaj się, nie przyszedłem cię skrzywdzić – głos był łagodny i dochodził z bardzo bliska. Dziewczyna zorientowała się, że głos pochodzi zza drzewa, za które się schowała. Wystarczył krok do konfrontacji. Chowanie się straciło sens.

Kim jesteś, panie? – spytała ledwie ukrywając strach.

Tyloma imionami mnie już nazywano, że nie wiem, które ci podać, a nawet gdy ci podam wszystkie, to czy będziesz mnie znała?

Nie, z pewnością nie – odpowiedziała. – Ale dziewczyna pragnęłaby na wspomnienie tej rozmowy móc przywołać jakieś imię, jakie by nie było.

A ty jak masz na imię? – spytał przybysz.

Ta nie zna swego imienia, a może go i wcale nie ma. Bez imienia, bez historii, bez istnienia – posmutniała.

Dostaniesz imię, moje dziecko. Nie ode mnie jednak – mężczyzna podszedł do niej bliżej i spojrzał jej w oczy.

Dziewczyna kątem oka spostrzegła, że konia z nim już nie ma. W trawie stała jedynie jej klaczka.

Gdzie twój koń, panie? – spytała przestraszona, rozglądając się nerwowo.

Skierowała wzrok ponownie w kierunku, gdzie stał mężczyzna, ale już go nie było. Nie zauważyła jednak by odchodził. W tej chwili usłyszała za plecami.

Dokąd zmierzasz dziewczyno?

Obróciła się przestraszona i zapytała:

Kim jesteś, panie?

Znów pytasz mnie o imię? – spytał patrząc ponownie w jej oczy.

Nie panie, czy jesteś marą? – spytała.
– A więc już nie pytasz o imię, ale o naturę. Gdybym więc miał ci odpowiedzieć na pytanie o imię lub o naturę, ale tylko jedno z nich, które byś wybrała?

O naturę, panie – odpowiedziała wgapiona w jego twarz.

A jednak szukasz swego imienia… – odpowiedział i postać jego rozpłynęła się we mgle.

Dziewczyna stała jeszcze przez kilka chwil rozważając całe zdarzenie. Nie rozumiała co się właśnie stało. Dotknęła dłonią czoła, ale nie wydało jej się gorące. Nie była to więc powracająca gorączka. Widziała ducha.

Natura ważniejsza od imienia… – powtórzyła w zamyśleniu. – Ale obie te rzeczy są tej obce. Żadnej nie zna – dodała do siebie.

Dziewczyna upewniła się, że z klaczką wszystko w porządku i przygotowała posiłek, uświadamiając sobie dopiero teraz, jak jest głodna. Rozważając całe zajście położyła się spać. Zasnęła od razu.

Oby noc była bezpieczna – westchnęła.

Obudził ją jakiś szmer. Nim otworzyła oczy, wsłuchała się w niego. Ktoś zbliżał się do niej przez wysokie trawy. Delikatnie wyciągnęła miecz, który miała przy głowie dla ochrony, i zerwała się na równe nogi.

Stała przed nią kobieta. I ta miała miecz w dłoniach. Zamachnęła się i uderzyła. Dziewczyna zablokowała uderzenie i odskoczyła.

Kim jesteś, pani, czego chcesz od dziewczyny? – spytała przestraszona.

Pytasz mnie o imię? Czy naprawdę chcesz bym ci je podała? – odpowiedziała kobieta, ponownie atakując.

Nie, nie imię, ale czy i ty jesteś marą jakąś? – wykrzyczała z wysiłkiem odpierając atak.
– Marą, nie marą, co za różnica. Zaraz nie będzie to miało znaczenia. Cóż ci pomoże poznanie kim jestem, skoro zaraz zginiesz? – odpowiedziała ze śmiechem.

Jeśli ta tu zginie, nic nie będzie się liczyło. Wszystko stanie się nieważne – odparła już bez lęku.

Czy przyszłość przestanie się liczyć? – spytała kobieta kontynuując walkę.

Przeszłości szuka dziewczyna, by spokój znaleźć. Cóż za przyszłość ją czeka? Cóż warte drzewo, jeśli nie ma w czym korzeni zanurzyć? Nigdy pragnienia nie zaspokoi.

Ach, myślisz że źródło życia bije w historii?! – spytała nieznajoma, nie przestając atakować.

Nie ma końca bez początku – odparła dziewczyna, przechodząc do ataku.

Hm! Dzień drogi stąd widziałam samotnego jeźdźca. Długie, niemal białe włosy i symbole Galadrieli na odzieniu. Pewnie z nim się zabawię gdy z tobą skończę. Dla ciebie przyszłość nie ma znaczenia. Co za różnica? To takie nudne.

Nie! – wykrzyknęła dziewczyna. – Ni teraz, ni w przyszłości nie wolno ci tknąć elfa z Lothlorien! – dziewczynie rozbłysły oczy i rzuciła się do walki z większą siłą niż dotąd.

Ha, ha, ha, cóż zrobisz by mnie powstrzymać? – roześmiała się kobieta. – Czy zrezygnujesz ze swej podróży i będziesz mnie ścigać?

Jeśli trzeba, zrezygnuję! – odkrzyknęła.

Kobieta stanęła w bezruchu i pozwoliła, by miecz dziewczyny przeciął ją w pół. Nic się jednak nie stało. Dziewczyna zatrzymała się w osłupieniu. Zamknęła oczy i potrząsnęła głową.
– A więc przyszłość jest cenniejsza niż przeszłość? – spytała kobieta.

Nie tej przyszłość, a ludu pani Galadrieli – odparła dziewczyna.

Po co szukasz przeszłości, jeśli gardzisz przyszłością? – spytała kobieta i rozpłynęła się tak, jak wcześniej mężczyzna.

Dziewczyna zamyśliła się nad tymi słowami, ale szybko ocknęła się i zapragnęła opuścić to miejsce. Z pewnością było nawiedzone i nie chciała spotykać już żadnych mar ni zwidów. Oddaliła się bez posiłku, by zatrzymać się nań przynajmniej po godzinie dalszej podróży. Znów zaczęła śpiewać dla otuchy. Zatrzymała się zobaczywszy przy drodze rozbity posąg. Zsiadła z konia i podeszła do niego. Był duży, kamienny i od północy porośnięty mchem. Posąg nie miał głowy ni ręki z wyciągniętą bronią. Zapewne miał odstraszać wrogów przed pójściem dalej. Zatrzymała się przy nim i przyjrzała dokładnie. Znalazła go pięknym i żal jej się zrobiło zniszczenia, jakiemu uległ. Gdyby umiała przywrócić mu świetność!

Dalej szła pieszo, prowadząc swoją klaczkę za uzdę. Rozglądała się wokół, wypatrując innych oznak minionej cywilizacji. Znajdowała jedynie rozrzucone ociosane kamienie, to małą strażnicę pozbawioną dachu i części muru, to obrośnięte mchem części kamiennych konstrukcji.

W prześwicie między drzewami zobaczyła znacznie większe skupisko ruin – pozostałości domów i większych budynków. Wyszła spomiędzy drzew zaintrygowana.

To musiało być tutaj. Właśnie tutaj było miasto Tharbad. Tu była jakaś cząstka jej własnej historii. Cisza jednak i dawne porzucenie wydawało się ją przygniatać. Tak tam pusto, tak dawno nikt tam nie mieszkał, że poczuła dreszcz na ciele, a za nim smutek. Jak miała cokolwiek znaleźć pośród tych ruin? Puściła klacz wolno i przechadzając się między gruzami wyobrażała sobie stojące tu kiedyś budynki. Dotykała dłońmi kamieni, jakby oczekując, że się odezwą. Te jednak milczały swą kamienną ciszą, która zdawała się teraz zadawać ból.

By wyrwać się z tej ciszy, dziewczyna usiadła na jednym z kamieni i zaczęła śpiewać pieśń:

O gdzieżeś matko jej,

gdzieś ojcze?

Gdzie nić wiążąca wasze serca?

Cóż was zawiodło w lasy jasne,

Gdzie los was zabrał od dziecięcia?

Czy nie ma światła w waszych oczach,

Czy ogień nie rozpala serca?

Jak matkę i jak ojca zabrać

Los zdołał od ich serc maleństwa?”

twarz26

Dziewczyna śpiewała, aż głos począł łamać się jej w gardle, a z oczu zaczęły spływać łzy. Tyle nadziei miała przychodząc do tego miejsca, tyle pragnęła zobaczyć i się dowiedzieć, że nie docierała do niej wiedza o kompletnym zniszczeniu i opustoszeniu miasta wiele lat temu. Siedziała tak na skale przez kilka godzin nie spiesząc się nigdzie, bo i dokąd miałaby pójść? Pan Haldir był ocalony, a ona traciła ostatnią nadzieję na odnalezienie siebie.

Wiatr przeczesywał trawy i pogwizdywał przesmykując się szczelinami ruin. Dzień zbliżał się do końca i ciemność powoli otulała mrokiem miasto, które pośród cieni wyglądało jeszcze bardziej ponuro niż za dnia.
– Smutna to pieśń, panienko – rozległ się głos za jej plecami.

Dziewczyna poderwała się przestraszona i odwróciła w mgnieniu oka.

Kim jesteś, skąd? – chciała krzyknąć, ale z jej ust wydobył się jedynie półgłos, ledwie lepiej słyszalny od szeptu.

Nie lękaj się. Jestem Tawija. Mieszkam tu niedaleko. Usłyszałam twój śpiew – odpowiedziała kobieta.

Dziewczyna przyjrzała się staruszce. Jej popielate oczy starość uczyniła niemal białymi podobnie jak jej włosy, skrzętnie upięte w kok. Niskie, przygarbione ciało odziane było w wełniane szaty i okryte wiekowym szalem. Na pomarszczonej twarzy gościł serdeczny uśmiech. W ręku trzymała kij, na którym mogła się wesprzeć.

Co tu robisz, pani, sama o tej porze? – spytała dziewczyna.

I ty mnie o to pytasz, dziecko? Ja mieszkam w pobliżu i czasem wychodzę, by zaczerpnąć powietrza. Mnie duchy przeszłości nie straszne, ale co ty tu robisz, jak kwiat wypadły z bukietu? – Tawija zaśmiała się.

Ta duchów przeszłości szuka, pani, bo mogą znać jej historię – odpowiedziała.

Chodź dziecko, dziś już nic cię tu nie czeka. Przenocujesz u mnie – kobieta położyła jej rękę na ramieniu i zachęciła do pójścia za nią.

Dziewczyna nie czuła, by miała cokolwiek do stracenia. Wezwała klaczkę, a gdy ta przyszła, złapała ją za uzdę i podążyła za kobietą.

Tawija mieszkała rzeczywiście niedaleko. Mały dom, wtulony w podnóże wzgórza, zachęcał ciepłym światłem bijącym od kominka. Dziewczyna przywiązała klaczkę przed wejściem upewniwszy się, że będzie jej tam dobrze, i weszła do środka. Ciepło. Pierwsza rzecz, którą poczuła, było ogarniające ją przyjemne ciepło. Dopiero po nim poczuła w powietrzu woń rozwieszonych w głębi ziół. Wiodącym zapachem był słodki, niemal miodowy zapach czerwono-złotych liści, których nigdy wcześniej nie widziała. Pachniały tak kojąco, delikatnie i przyjemnie. Ten zapach w połączeniu z ogarniającym ciepłem sprawił, że zamarzyła o śnie.

Tawija widziała ogromne zmęczenie w oczach dziewczyny i – co ją bardziej zaniepokoiło – wyraz oczu, zwiastujący rezygnację. Zrobiło jej się żal. Rezygnacja to pierwszy krok do niebytu, a niebyt tak bardzo nie pasował do młodej, pięknej dziewczyny. Kobieta zamyśliła się, jakby wspomnienia ożyły. Podeszła do dziewczyny i pozwoliła jej usiąść przy stole, po czym stanęła za nią i pogłaskała ręką jej długie, złote fale włosów.

Widziałam już raz takie włosy. Piękne, długie fale iskrzącego się złota. Biała, niemal pergaminowa skóra i piękne błękitne oczy – wspomniała.

Kim była ich właścicielka? – spytała dziewczyna ulegając pieszczocie.

Pani, która je nosiła, nie z tego ludu była. Mówiła w quenia, a tu dawno nikt nie słyszał tego języka.

Dawno to było? – pytała dziewczyna.

Oj, dawno. Młoda wówczas byłam. I ona była młoda. A mąż jej? Męża jej nie zapomnę nigdy – zamyśliła się.

Kim był, że tak zapadł ci w pamięć, pani?

Włosy miał ciemniejsze niż kobieta, ale proste, mocne, długie. Niewielu mężczyzn takie nosi. Skóra jego dość śniada była, co w tych stronach jest…, hm, było dość częste. Od dawna tu nikt nie bywa – zamyśliła się znowu. – A oczy? Oczy miał tak mocno zielone, że aż nienaturalne. Dziewczyna odwróciła się do niej i spojrzała jej w oczy zainteresowana opowieścią.

Ach, i ty masz takie oczy! – kobieta cofnęła się. – To niemożliwe. Takie właśnie miał oczy ów mężczyzna. Czy miałaś takiego dziadka może?

Nie wie, kim był jej dziadek czy ojciec. Tu przybyła się tego dowiedzieć, ale kamienie milczą.

Tawija przyglądała się jej uważnie.

Daję słowo. Gdyby to nie było niemożliwą ilość lat temu, powiedziałabym, że jesteś ich córką. Te włosy, te oczy i ten ujmujący uśmiech…

Co się z nimi stało?

Nie wiem. Byli u mojej matki. Moja matka pomagała ludziom.

A im pomogła? – pytała dalej.

Chcieli chronić swoje dziecko. Matka umiała zamykać obietnice i inne słowa w kamieniach. Dla nich przygotowała kamień zielony jak jego oczy – odpowiedziała Tawija. – Pamiętam go, bo matka rzadko używała innych kamieni niż białe.

Jak ten? – dziewczyna wyjęła kamień i umieściła na swojej dłoni.

Ach, skąd go masz? To niemożliwe. Skąd go znalazłaś? – spytała podekscytowana.

To wszystko co dziewczynie zostało z dni jej dzieciństwa. Nie znała rodziców, czy po prostu ich nie pamięta, a kamień ten przywiódł ją tutaj.

To ten kamień. Zielony jak jego oczy. Ludzie tu mieli brązowe oczy, a matka mówiła, że elfowie, którzy tu mieszkali, mieli niebieskie. Takie zielone oczy były jedyne na świecie.
– Wzbudzasz, pani, nadzieję w dziewczynie.

Nie może być. Musiałabyś być niemal tak stara jak ja.

Ludzie w osadach wokół miejsca, gdzie dziewczyna mieszkała, dorastali i starzeli się szybciej od tej tu. A ta, zawsze wierzyła, że jest jakaś opóźniona, że tak nie dorasta jak inne dzieci.

Matka mówiła, że elfowie długo żyją, a jak nikt nie przetnie linii ich życia, to i na zawsze. Może nosisz ich krew w sobie? – kobieta usiadła obok dziewczyny. – Gdyby nie te lata, powiedziałabym, że jesteś jak ona i on. Jej włosy i uśmiech, i jego oczy i zęby. Jej figura i głos, i jego gesty i uprzejmość.

Jak się nazywali? – na twarzy dziewczyny wystąpiły rumieńce.

Nie wiem – Tawija spuściła wzrok – nie moja to była sprawa. Byli w podróży. Może nawet nie pochodzili stąd. Po prostu byli w podróży, choć wyglądało, że raczej przed czymś uciekają niż po prostu dokądś zmierzają.

Dziewczyna opadła na krzesło, znów patrząc jak jej nadzieja umyka. Tawija obracała kamyk w dłoni i przyglądała się uważnie.

Kobieta sama musiała wyryć te napisy, by podziałały. Nie mogła tego zrobić moja matka. Było to o tyle trudne, że kobieta nie znała naszego języka. Na szczęście jej mąż trochę rozumiał.

Sama? – spytała dziewczyna zdziwiona.

Sama. Nasze litery wyglądają bardziej kanciaście, ale w quenia piszą bardziej okrągłe znaki. Te trudno przez to zrozumieć. Dziwne, że chcieli opieki zwierzęcia.

Dlaczego zwierzęcia?
– Nie wiem. Ludzie zwykle chcą magicznych ziół, czy by sam kamień ich chronił, a ci chcieli zobowiązać zwierzę, by chroniło ich córeczkę, i do tego wilk, sam w sobie groźny – odparła wciąż się przyglądając. – Matka mówiła, że ludzie są dziwni i nie zawsze zdradzają swoje powody. Może ci ludzie dużo podróżowali przez lasy i wilk mógł ich tam ochronić.

Zawsze był niedaleko groty, ale nie dość blisko, by się bać – odparła dziewczyna. – Wilk z białą łatą.

Nadal wydaje mi się to niemożliwe. Nie spotkałam nikogo, kto by tak długo żył i nie wyglądał jak ja – wyznała Tawija. – A wiele widziałam i sama kontynuuję nauki matki.

A ty jakie czynisz kamienie, pani? – zainteresowała się dziewczyna.

Białe. Rzadko na nich piszę. To wymaga wprawnej ręki, a mnie już starość nie pozwala. Do tego niektóre czary mogą być pisane tylko przez kogoś, kto jest najbliżej, jak matka i dziecko. Tu nie każdy umie pisać.

Dostałam kiedyś biały kamyk, a w nim zaklęty był sen, który się wypełnił – opowiedziała dziewczyna.

Och, a ile czasu to trwało? – spytała kobieta.

Od snu do wypełnienia blisko rok – odrzekła.

To niezwykłe. Zazwyczaj możemy ukryć przepowiednię najwyżej na kilka dni naprzód. Miałaś do czynienia z bardzo uzdolnioną osobą. Kto to był?

Staruszka spotkana w gospodzie. Dała mi kamień za zupę.

Zupa to wymówka. Nie mogła dać ci go darmo. Musiałaś jej zapłacić, a skoro nie zamawiałaś snu, to musiała cię sprowokować. Duchy czuwają nad tobą – wstała i zaczęła spacerować po izbie. – Niemal rok w przód i do tego nie zamawiała. Niezwykłe.

A ty, pani, czemu tu mieszkasz sama, skoro nikt tu już nie mieszka?

Czasem ktoś podróżuje i da zarobić, są też pojedyncze osady w niedalekiej okolicy. Dokąd miałam pójść, skoro tu się wychowałam?

Prawda. I ta pragnie wrócić nad Anduinę, do groty, gdzie żyła w spokojne dni – westchnęła dziewczyna.

Nastawię wody na napój z owoców. Mam suszone owoce słodsze od miodu – Tawija podeszła do kominka i ustawiła nad ogniem naczynie z wodą. – Może i coś zjesz?

Serce twe dobre, pani, niech ci moce sprzyjają.

Twe towarzystwo i wspomnienie młodych lat jest dla mnie wystarczającą pociechą. Dawno nikogo nie spotkałam, kto byłby taki jak ty. Potem pozwolę ci się przespać na tamtym sienniku. Mam ciepłe koce. Zwierzęta tutaj mają długą i ciepłą sierść.

Dziewczyna chętnie przystała na propozycję. Po skromnym posiłku i cudownym, gorącym napoju położyła się spać i okryła kocem. Była tak zmęczona, że nie wiedziała, kiedy nadszedł sen.

Rano, gdy otworzyła oczy, poczuła chłód. Usiadła na miejscu, gdzie spała i rozejrzała się wokół. Dom nie miał dachu, w kominku od lat nie płonął ogień, a wokół nie było sprzętów, które pamiętała z wczoraj. Nie było ni wiszących ziół, ni rozchodzącej się słodkiej woni. Zdała sobie sprawę, że spędziła noc pośród ruin jednego z domostw i nikogo tam nie było. Pytała samą siebie, czy poczęła tracić rozum, czy kolejna mara ją nawiedziła. Co się działo? Przestraszona poderwała się na równe nogi i zaczęła biegać jak oparzona, szukając śladów tego, czego doświadczyła poprzedniego dnia.

Za domem, na ławce zobaczyła szczątki siedzącej kobiety. Niewiele z niej zostało nad odziany w szaty szkielet. Musiała odejść dawno temu i nie miał jej kto pochować.

Dziewczynie żal się zrobiło, więc ułożyła kości na ziemi i obłożyła kamieniami. Po chwili zadumy złapała konia za uzdę i poprowadziła do rzeki, by się umyć i dać klaczce się napić.

Dokąd teraz? Co robić?” – dręczyły ją pytania, na które nie umiała sobie odpowiedzieć.

Wiedziała, że jeśli słowa, które usłyszała poprzedniego wieczoru były prawdą, to jej rodzice wcale nie musieli pochodzić stąd. Być może znalazła ich ślad, ale nadal nie wiedziała, kim byli i co tu robili. Pocieszała ją jedynie myśl, że jej własna matka mogła wypisać te słowa na kamieniu i zrobiła to z miłości, a to by znaczyło, że nie porzuciła jej jak nudną zabawkę. To by znaczyło, że kiedyś była kochana.

Pojawiła się więc nadzieja? – zapytał Warlord.

Tak. Nadzieja, szczególnie w tak beznadziejnej sytuacji, kiedy z pewnością czuła się bardziej sama niż kiedykolwiek w świecie, była niezbędna – odpowiedziała Kathrin.

Moją nadzieją jest, że jeszcze kiedyś cię dotknę – wyszeptał.

Też na to liczę. Muszę obudzić Leo, byśmy mogli szybko wrócić – podniosła się z głazu, na którym siedziała. – Nie gniewaj się, ale dzień nie jest zbyt długi.

Jasne. Twoje bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze. Zadzwoń, jeśli będę mógł, w jakiś sposób… No wiesz.
– Wiem. Odpoczywaj – uśmiechnęła się.

Chciałbym móc o tyle zapytać. Skąd te duchy? Po co? Co teraz, kiedy nic nie znalazła?

Warlord, jeszcze nie wieczór. Wszystko jeszcze ma szansę się wyjaśnić – uspokoiła go z uśmiechem.

Ma szansę czy się wyjaśni? – dociekał Warlord.

Muszę iść. Odpoczywaj! Zadzwonię jak będę mogła.

Choćby w środku nocy. Ja mam szansę odespać – pośpiesznie dodał.

Stoi. Pa – pożegnała się i rozłączyła, nie czekając na odzew.

Leo nie był skłonny wstawać. Nie odstępowało go wrażenie, że dopiero zasnął i nagle jest brutalnie budzony. Podniósł się i usiadł nieprzytomnie.

Miałaś pogadać z Warlordem – rzucił z niezadowoleniem.

Pogadaliśmy całkiem długo – odparła Kathrin.

Obie minuty? A ja chciałem się przespać. Po co mnie budziłaś? – wymamrotał złośliwie.

Wstawaj. Dość użalania. Spałeś ponad dwie godziny. W nocy się wyśpisz – podeszła i zaczęła zdzierać z niego śpiwór.

Dobra, już dobra, wściekła babo – odplątał się z resztek śpiwora i skrzętnie go zwinął do plecaka.

Kathrin wiedziała, że nie ma szans na dalszą podróż w tym stanie. Roznieciła przygasający ogień i postawiła na nim zalaną wodą kawę. Już po kilku minutach przyjemna woń napoju poprawiła Leo nastrój.

cdn.