Odcinek 31 – Wilki

Odcinek 31 – Wilki


Było jeszcze wcześnie. Postanowiła znaleźć sobie coś do jedzenia. Wokół, przy rzece, rosło sporo krzewów, które właśnie zaczęły się zielenić. O jakichkolwiek owocach nie było mowy. Postanowiła wejść do rzeki i poszukać ryb przy brzegu w kamieniach. Przypomniała sobie jak robił to niedźwiedź w pobliżu jej groty. Nie miała tak ostrych pazurów, ale na pewno mogła nabić jakąś, trzymając długie ciernie między palcami.

Polowanie trwało ponad godzinę. Klaczka była już dobrze najedzona świeżej trawy i odpoczywała na łące. Dziewczyna była zachwycona złapaną w końcu rybą. Szybko ją oprawiła i rozpaliła ognisko, by się nią nacieszyć.

Po posiłku nie było nad czym się dłużej zastanawiać. Należało podjąć decyzję i ruszyć bez odwracana się za siebie. Może tak właśnie miało być. Może właśnie miała jej wystarczyć świadomość, że w ogóle miała matkę, która tak ją kochała. Cokolwiek się nie stało, tu, w tym miejscu i tak by się więcej nie dowiedziała.

Z gwiazd, które obserwowała nocami wiedziała, że jest na północny-zachód od Helmowego Jaru i dokładnie na zachód od Lothlorien.

Mogła wrócić do miasta, co umieściłoby ją wśród ludzi, albo powrócić do swojej groty. Między ludźmi nie czuła się swobodnie, a miasto ją męczyło. Nawet tam wyczekiwała chwil, gdy mogła się oddalić i pobyć na łące w samotności.

Grota była jej domem. Jakkolwiek kochała naturę, to czuła się tam zbyt samotnie. Teraz, po miesiącach mieszkania wśród ludzi, pewnie trochę (niewiele, ale jednak) brakowałoby jej rozmów z kimś bliskim. W okolicach jej groty mieszkali jedynie elfowie, a nie było to przecież zupełnie bezpośrednie sąsiedztwo. Osady elfów i stolica były dość oddalone i położone w głębi Lothlorien, a ona widywała w zasadzie jedynie przygraniczne straże. Strażnicy jej nie niepokoili, a i tak wszyscy mieli właśnie odejść w swą podróż do Valinoru. Teraz więc byłaby tam zupełnie sama.

Przygnębiało ją uczucie całkowitej przypadkowości, dzięki której znalazła się na świecie. Przypadkowości, przez którą nie było dla niej żadnego przeznaczenia na Ardzie, żadnego pożytku. Pójdzie tam czy tu, jakie to ma znaczenie. I tu i tam nie ma dla niej nic ponad zabieganie o codzienną egzystencję. Żyła już tak długo, że nie chciała tego ciągnąć w nieskończoność.

Plany. Każde rozumne stworzenie miało jakieś plany. Każde miało jakieś uczucie w środku, które pociągało je do poszukiwania złota czy zostania mistrzem w jakiejś dyscyplinie albo przewodzenia innym lub też do walki o bezpieczeństwo. Ona nie czuła już żadnego powołania. Uratowała życie elfa. Czego mogłaby pragnąć po czymś takim?

W poszukiwaniu swojego pochodzenia odniosła porażkę. To, co w życiu robiła najlepiej, to przetwory z darów lasu. Jakkolwiek niebezpiecznie było wracać przez góry do domu, wydało się to jej jedynym rozwiązaniem.

Lothlorien, klaczko, wracasz do domu! – ogłosiła uroczyście dziewczyna.

Spakowała rzeczy na konia i usiadła na jego grzbiecie. Obrała kurs na wschód w kierunku gór.

Noc spędziła nad rzeką, wzdłuż której podążała. Niedaleko słyszała wycie wilków, co ją – w przeciwieństwie do wszystkich innych stworzeń na świecie – uspokajało. Następnego dnia znów podążała na wschód, ale tym razem aby zjeść posiłek wybrała się do lasu. Nie chciała tracić dnia na polowaniu. Zauważyła, że wilki trzymają się znacznie bliżej niż wcześniej i zachowują się w inny sposób. Podążała tak w ich towarzystwie jeszcze kilka godzin na wschód, gdy biały wilk zastąpił jej drogę. Pomyślała, że czuje się tu tak pewnie, bo stąd pochodzi. Przecież kamień został wyciosany tutaj, a więc i sfora pochodzi stąd.

Próbowała podejść do niego i minąć powoli, ale jej nie pozwolił. Warczał, momentami krótko wył, by znowu warczeć. Chodził powoli w prawo i w lewo, a patrząc na nią ciągle wydawał różne dźwięki. Dziewczyna nie wiedziała, o co chodzi. Może ją ostrzega o niebezpieczeństwie? Sam nie był agresywny, a gdyby chciał ją zagryźć, zrobiłby to nocą gdy spała. Nie, to nie agresja.

Zeskoczyła z konia i usidła w trawie, krzyżując nogi. Pozwoliła odejść klaczce, widząc jej strach przed wilkami i wbiła w niego wzrok. Nie okazywała strachu, a raczej zaciekawienie.

Wilk chodził tak przez kolejną godzinę, dwie, aż dziewczyna poczuła się głodna i znużona.

Słońce stało w zenicie, gdy z lasu zaczęły wychodzić pozostałe wilki, niosąc w pyskach duże liście, złożone na pół lub na cztery, tak że tworzyły w ich pyskach jakby torby. Były wypełnione niewidoczną zawartością, ale dość pękate. Zwierzęta podchodziły powoli do dziewczyny, kładąc przed nią zawartość. Odpakowała zawiniątka i znalazła w nich owoce i zioła. Większość znała i ucieszyła się na ich widok, bo była bardzo głodna. Wstała i zaczęła szukać gałązek na ogień. Po kilkunastu minutach miała już ogień a w garnuszku wodę na zioła. Wilk podszedł do jednego z pakunków i wskazał nosem na rośliny, których nie znała.

Chcesz by dziewczyna zjadła te zioła? – wzięła gałązkę do ręki i roztarła liść w palcach, by go powąchać.

Wilk warknął i nosem podsunął jej zawiniątko. Dziewczyna popatrzyła na pozostałe i – wskazując na inne liście – zwróciła się do zwierzęcia.

Te wystarczą. Te dziewczyna zna. Tamtych nie chce – odwróciła się do ognia i wrzuciła znane sobie zioła i kilka owoców, by napój był słodszy.

Wilk warknął bardziej agresywnie i znów podsunął jej nieznane rośliny. Gdy dziewczyna spojrzała na niego, warknął ponownie i wyszczerzył białe zęby, wskazując łapą pakunek.
– Nie odpuścisz, co? – spytała.

W odpowiedzi wilk warknął ponownie, nie pozostawiając jej żadnych wątpliwości. Dziewczyna zamarła na chwilę patrząc na niego i wystraszyła się nie na żarty. Nie tyle bała się o swoje życie, co poczuła się jakby zdradzona. Już zaczęła myśleć o tym wilku jak o przyjacielu, a tu nagle on właśnie dał jej do zrozumienia, że nie jest jego przyjaciółką. Chciał nakarmić ją ziołami, jakich nigdy wcześniej nie jadła, bo słyszała o nich, że wywołują straszną biegunkę i można nawet umrzeć.

Wilk robił się coraz bardziej niecierpliwy. Dziewczyna spojrzała dookoła, popatrzyła na czyste niebo i ziemię pod stopami, a potem ponownie na wilka.

Czemu nie zagryziesz dziewczyny szybko, tylko chcesz ją otruć, by ginęła w mękach?

Wilk warknął znowu.

No dobrze, zjem je. Skoro takie me przeznaczenie, by nie zginąć od miecza i nie umrzeć ze starości, to niech tak będzie.

Wzięła do ręki zioła i dorzuciła do garnuszka. Wilk podszedł do małych, białych owoców oraz do innych liści i wymógł, aby użyła wszystkiego. O tej porze roku niewiele płodów roślinnych było dostępnych. Była wiosna. Przyroda dopiero budziła się do życia. Z przyniesionych przez wilki darów udało się jednak ugotować nie tyle napój, co całkiem gęstą zupę. Gdy ta przestygła nieco, dziewczyna wzięła garnuszek do rąk i popatrzyła na jego zawartość niepewnie. Gdy wilk podszedł bliżej i warknął niecierpliwie, spojrzała na klaczkę pożegnalnie i napiła się trochę. Wilk warknął ponownie. Dziewczyna skrzywiła się. Po jej policzkach popłynęły łzy. Napiła się jeszcze i jeszcze. Wilk dopilnował, by wypiła do dna i zjadła całą zawartość. Chwile te zdawały się jej być najdłuższe na świecie. Na działanie ziół nie trzeba było długo czekać. Już po kilku minutach poczuła kamień w brzuchu, a po kilkunastu pobiegła za drzewo. Gdy wróciła na miejsce, wilk wskazał jej nosem rzekę.

Co, ma się dziewczyna umyć teraz? Śmierdzi ci? – rzuciła w gniewie.

Wilk podszedł do wody i napił się trochę, potem znów pokazał jej rzekę. Dziewczyna pojęła o co chodzi i wziąwszy kubeczek nabrała wody. opróżniła naczynie niemal jednym haustem. Po kilkunastu minutach sytuacja się powtórzyła. Po każdym powrocie zza drzewa była zmuszona do wypicia przynajmniej jednego kubka wody. Pod wieczór była już całkiem wyczerpana. Miała wrażenie, że jej wnętrzności są przezroczyste.

twarz31

Między kolejnymi wypróżnieniami, wilk chodził wkoło niej, mruczał i warczał na różne sposoby, niecierpliwie patrząc na nią. Pod koniec dnia zaczęła rozróżniać powoli te warknięcia. Wieczorem była tak zmęczona, że nie dawała już rady. Wilk nie pozwolił jej się położyć do snu, ale chodzi wokół i wydawał rozmaite dźwięki. Dziewczyna czuła, jak powoli wpada w jakieś odrętwienie i że zaraz zaśnie na siedząco. Była już tak bardzo wyczerpana. W końcu upadła i zasnęła.

Rano wilk był tuż obok. Leżał od niej na wyciągnięcie ręki, a gdy otworzyła oczy, podniósł łeb. Gdy spróbowała się podnieść, on stanął na łapach. Gdy wstała, on zaczął warczeć, znów chodząc przy niej. I znów wiedziała, że musi pić wodę. W ciągu ostatniej doby wypiła tyle wody, że dziw, iż ta rzeka nadal ma jej dość, by płynąć.

Wilki znów wyszły z lasu, a dziewczynę przeszył strach. „O, nie! – pomyślała. – Nie znowu”.

Zwierzęta położyły przed nią liście. Ona z niepokojem zajrzała do każdego, wyczekując w jednym z nich trujących ziół. Nie było ich jednak w żadnym. Były owoce i inne, znane jej zioła, ale nie te, co wczoraj. Była bardzo głodna. Miała wrażenie, że poprzedniego dnia wyrzuciła z siebie wszystko, łącznie z organami wewnętrznymi. Przygotowała więc napój z przyniesionych ziół i zjadła owoce na surowo, by poczuć cokolwiek stałego w swoim brzuchu.

Ten dzień był łagodniejszy. Znów siedziała cały czas przed wilkiem, który chodził wokół niej, wydając dźwięki, a ona odchodziła od niego wyłącznie, by załatwić sprawy fizjologiczne i by pić. Wilki przynosiły jej owoce co kilka godzin.

Nastał wieczór, po nim noc. Dziewczyna znów zasnęła w miejscu, w którym siedziała.

Następny dzień przebiegł bez zmian. Jedyną nowością było porzucenie nadziei, że cokolwiek się zmieni. Był to już trzeci dzień, w którym wilk jej nie odstępował. Chciała zapolować na rybę, ale stworzenie zrobiło się wówczas bardzo agresywne. Zrezygnowała więc z pomysłu zjedzenia czegoś konkretnego i znów żywiła się owocami przyniesionymi przez wilki.

Siedziała tak wpatrując się w oczy zwierzęcia. Po kilku godzinach poczuła, że znużenie sprawia, iż przestaje myśleć. Nie próbowała już żadnego logicznego wyjaśnienia tego, co się dzieje lub co wilk mógłby od niej chcieć. Wyłączyła się.

Przez chwilę trwała w osłupieniu, jakby w transie. Gdzieś na obrzeżach swojej świadomości zaczęła słyszeć jakby słowa. Jakiś ich sens krystalizował się z pomruków, warknięć, nawoływań. Zamknęła oczy i po prostu słuchała.

Słuchaj, bo mam ci coś do powiedzenia – dotarło do niej. – Będę tak chodził wokół ciebie, aż zobaczę, że rozumiesz mnie, jak twój ojciec rozumie cały nasz świat. Skup się i rozum. Nie używaj ludzkiej logiki, bo nie jesteśmy ludźmi. Po prostu rozum. Słuchała tych słów dość długo, aż dotarło do niej, że to nie są ani jej myśli, ani jakaś wizja, ale że rozumie owe powarkiwania, którymi wilk ją raczy od trzech dni.

Otworzyła oczy i spojrzała na niego z szeroko otwartymi powiekami. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nic nie mogła z siebie wydusić. Wilk zatrzymał się i popatrzył na nią rozumnie.

No, rozumiesz mnie wreszcie. Pozwoliłaś swemu wnętrzu przebić się przez klatkę ludzkiej logiki. Nareszcie możemy porozmawiać.

Jak?! – poderwała się przerażona. – Jak człowiek może rozumieć zwierzę?

Tak jak twój ojciec. On nas rozumie – odparł wilk. – Nie każdy to potrafi. Ty odziedziczyłaś ten dar po swoim ojcu, tak jak urodę po matce. Tylko oczy masz ojca. Zielone jak las.

Znasz moich rodziców? – ciekawość wzięła górę nad przerażeniem.

Ja nie. Moi przodkowie znali i opowieści o nich przechodzą w naszej sforze z pokolenia na pokolenie.

Jak to?! – dziewczyna nie umiała znaleźć słów ani nawet nie bardzo wiedziała, w jakiej kolejności pytać i co jest najważniejsze. Chciała dowiedzieć się wszystkiego, zanim ten sen się skończy.

Uspokój się. Teraz, gdy już mnie zrozumiałaś, daru tego nie stracisz. Zawsze mogłaś nas rozumieć i jako małe dziecko nas rozumiałaś. Potem jednak zjadłaś pieczonego ślimaka, a potem ryby i tak twój dar został ukryty. By rozumieć zwierzęta, nie możesz jeść zwierząt. W innym razie znów stracisz kontakt z naszym światem.

Rozmawianie ze zwierzęciem to chyba coś nienormalnego – zauważyła.
– Nie dla ciebie. Ojciec twój był wielkim czarodziejem. Jednym z błękitnych czarodziejów wybranym do swej misji przez samą Yavannę. Nazywano ich Ithryn Luin. On zawsze rozmawiał ze zwierzętami i drzewami, i te go słuchały. Tak podają stare wilki. Podobno wciąż to czyni.

Chcesz powiedzieć, że wiesz kim jest mój ojciec i że on żyje? – serce dziewczyny zabiło jak młot.

Wiem jak się nazywa i kim jest. Wiem jak to się stało, że cię zostawił. Czy wciąż żyje i gdzie jego dom, tego nie wiem na pewno.

Mów, mów wszystko! – krzyknęła podekscytowana.

Od dawna widzę, że chcesz poznać prawdę. Nie wiem tylko, dlaczego tak nisko się cenisz i mówisz o sobie jak o kimś innym. Dlaczego tak boisz się powiedzieć „ja”?

Ta nawet imienia nie ma i nic dla nikogo nie znaczy. Porzucona przed laty i nie odnaleziona przez nikogo i dla nikogo. Bez celu, bez historii.

Aiwendil to imię twego ojca. Dawno temu poznał twoją matkę. Była z elfów wysokiego rodu. Odeszła wbrew woli ojca, a ten zakazał jej używać imienia, które jej nadał, gdyż zdradziła i jego, i lud swój odchodząc z obcym. Twój ojciec nazywał ją Bursztynem gdyż kochał las.

Co to bursztyn? – zaciekawiła się.

Gdy w korze drzewa powstanie rana, wypływa z niego sok, jak krew drzewa.

Tak, wiem, żywica. Wiele razy to widziałam, a sok ów jest bardzo użyteczny w wielu zastosowaniach – dodała.

Sok ten, gdy dość długo odpocznie w morzu, stwardnieje i stanie się pięknym kamieniem w kolorze miodu. Podobno ludzie robią z niego ozdoby. Twój ojciec znał ten kamień i podobno podarował jeden, najpiękniejszy twojej matce. Nosiła go na sercu. W kamieniu tym zawarł swą miłość do lasu i do twojej matki. Dlatego nazywał ją Bursztynem – odpowiedział wilk wciąż przechadzając się to w prawo to w lewo.

Bursztyn – powtórzyła rozmarzona. – Bursztyn i Radagst, lub jak inni go zwali: Aiwendil.

Podobno oczy jej były równie złoto-miodowe, jak ten kamień. Nie zielone, jak twego ojca – wilk spojrzał na nią. – I ty masz oczy ojca swego.

Ktoś mi mówił, że ojciec mój był młody, gdy z matką przechodzili przez Tharbad.

Młody na pewno nie, ale był czarodziejem. Kto wie, co potrafił. Może sprawiał, że ludzie widzieli go takim, jakim był w młodości. Matka twoja była z elfów. Ta miała mieć długie życie, a może wieczne. Nam, wilkom, sprawy te są obce.

Miała mieć? – zaniepokoiła się dziewczyna.

Zdążali na wschód. Twój ojciec miał tam misję. W Tharbadzie wykuto kamień. Ten, który nosisz. Mój pradziad złożył przysięgę twemu ojcu, a ten zapisał to na kamieniu. Twój ojciec uratował sforę przed orkami, a mój pradziad obiecał do końca dni swych potomków chronić dziecię czarodzieja.

I co się dalej stało? – spytała niecierpliwie.

Przeszli przez góry. Było zimno. Dotarli do Lothlorien. Pani Lasu nie chciała problemów z ojcem twej matki, a twoi rodzice i tak nie chcieli pozostać tam długo, gdyż zmierzali na wschód. Przeprawili się więc przez rzekę – wilk posmutniał, patrzył na dziewczynę i zamilkł.

I co, i co dalej? – ponaglała go.
– Matka została w grocie a ojciec poszedł do lasu zebrać owoce. Gdy matka usłyszała hałas, pomyślała, że to ojciec twój idzie. Spałaś. Wyszła, a to był oddział orków. Udało jej się zmylić ich, gdyż zobaczyli ją nie przy grocie, ale sporo dalej, gdy biegła. Zamordowali ją.

Dziewczyna zapłakała. Wilk podszedł do niej powoli i szturchnął ją czule nosem. Jakby chciał ją pocieszyć.

A ojciec? – zapytała przez łzy.

Znalazł jej szczątki wracając. Płakał, trzymając ją w ramionach. Wrócił po jakimś czasie do groty, ale ciebie tam nie było. Obudziłaś się i wyszłaś. Poszłaś szukać mamy. Doszłaś do wodospadów i choć wołałaś głośno, nic nie było słychać w szumie spadającej wody.

I ojciec mnie nie szukał? – spytała wciąż łkając.

Szukał. Podążył za orkami, sądząc, że oni cię zabrali. Dopadł ich daleko stąd, ale ciebie tam nie znalazł. Był zrozpaczony. Nie znalazł cię ani tu, ani tam. Podążył więc na wschód. Mój dziad był wówczas z tobą. Nie widział, że twój ojciec cię szukał. Dowiedział się od starego dębu, który spał, a obudziło go łkanie. Ten nie słyszał o tobie, bo obudził się po twoim odejściu, ale widział twego ojca, niemal szalonego z rozpaczy.

Jaki tragiczny tok wypadków! – wykrzyczała.

I dąb, i dziadek dbali o ciebie. Pani Lasu nigdy nie pozwoliła cię skrzywdzić. Choć cię nie przyjęła, to i miała cię na oku. W innych rejonach lasu nie było tak częstych straży, jak tutaj. Byłaś bezpieczna i mogłaś żyć, jak chciałaś.

Samotnie – dodała smutno.

Samotność nie jest taka zła. Nie byłaś wśród sobie podobnych, ale w sumie kto jest tobie podobny? Jesteś pół majarem i pół elfem. Masz moce, jakich elfowie nie mają i życie bez końca. Możesz wiele zdziałać dla całej puszczy. Możesz chronić lasy, jak ojciec twój. Masz moc rozumienia zwierząt. Od dawna rozmawiasz z ptakami, gdyż tego nauczył cię twój ojciec. On kochał ptaki i rozmawiał z nimi godzinami.

I ta kocha ptaki. One nauczyły ją śpiewać. Ona rozumie je i potrafi z nimi rozmawiać. Lata całe były jej towarzyszami. A teraz czy powinna szukać ojca swego, czy pozwolisz jej pójść dalej?

Nie ścigaj duchów przeszłości. Iść ci pozwolę, gdyż chciałem jedynie, byś odzyskała dar swój. Obiecaj, że mięsa jeść nie będziesz.

Nie będzie, skoro takie jej przeznaczenie.

Śpij. Rano ruszamy na wschód, do domu. Tam i moje szczenięta zostały. Teraz już pewnie silne z nich wilki.

Dziewczyna osunęła się na ziemię i okrywszy wełnianym szalem, zasnęła. Dzień ten był pełen wrażeń i nie była pewna, czy to fakty, czy majaki pod wpływem owych ziół.

Warlord, jestem już śpiąca. Muszę się przespać, gdyż jutro mamy cały dzień marszu.

Jasne, maleńka. Dzisiejsza opowieść dała mi wiele do myślenia. Nie chcę cię przemęczyć. Zadzwoń wieczorem, jeśli będziesz miała siłę.

Zadzwonię jak tylko się dowiem, kiedy mam samolot i kiedy przylecę.

Pożegnali się i Kathrin wróciła do ogniska. Dorzuciła kilka drew, by nie zgasło za szybko. Ułożyła się na boku i patrząc w wijące się ognie, zasnęła.

cdn.